Kot Tutka z parapetu poluje na ptaki. Cieszę, że w ten sposób, to znaczy przez zamknięte okno. Nie chcąc przyglądać się temu, w jaki sposób je straszy, usiadłem do stołu z filiżanką kawy i egzemplarzem książki, od której chciałbym zacząć, a właściwie kontynuować rozpoczęty wczoraj nowy wirtualny życiorys.
Właściwie nie musiałem zastanawiać się, od którego tytułu zacząć. Po prostu wybrałem książkę, która była dla mnie książką roku 2010, czyli „Koniec jest moim początkiem” Tiziano Terzaniego, wspaniałego włoskiego reportera. O sile jej przekazu świadczy choćby to, że na jej podstawie powstały zarówno sztuka teatralna jak i film.
Oto w toskańskich Apeninach, w niewielkim Orsigna godzi się i wadzi ze światem ciężko chory włoski reporter Tiziano Terzani. Zna diagnozy i wie, że kres jego wędrówki i arcyciekawego życia (przecież uczestniczył w większości najważniejszych wydarzeń swojej epoki) jest bliski. Wysyła list do swojego syna Folco. Prosi go o przyjazd i o to, aby codziennie poświęcił mu godzinę, w czasie której zada mu wszystkie pytania, jakich dotąd nie zadał, a on, ojciec na nie odpowie. Terzani chce opowiedzieć swoje niezwykłe i burzliwe życie komuś najbliższemu. Syn ubierze te wyznania w formę książki. Rozmawiają w górskiej pustelni Terzaniego bądź siedząc na leżakach przed domem, rozmawiają wolno, Folco pozwala snuć ojcu opowieść życia, pozwala na powtórzenia, powroty, wie, że teraz również sposób opowiadania jest ważny. Jest w tej opowieści coś bardzo intymnego, nie tylko w relacji ojciec – syn, również z powodu okoliczności. Z kolejnymi rozdziałami, kiedy stan zdrowia Terzaniego się pogarsza, rozmowy stają się bardziej esencjonalne, często są urwane, bo Terzani musi coraz częściej odpoczywać. Syn jest z ojcem do końca. Między jego wypowiedziami opisuje też jego stan, coraz szybsze odchodzenie. Ale najpiękniejsze, co płynie z tej opowieści to pogodzenie Terzaniego ze zbliżającą się śmiercią. Wraca do źródła. Koniec staje się jego początkiem.
Wstrząsające są słowa Terzaniego w jednym z ostatnich rozdziałów tej książki: „Otrzymałem od życia dwa wielkie prezenty, oba dostałem w tym samym momencie: raka i emeryturę. Wtedy zrezygnowałem ze świata. Z lekkim sercem zostawiłem dziennikarstwo, przyjaciół, społeczeństwo i poszedłem żyć do aśramy z mistrzem Swamim, który uczył mnie nie tylko sanskrytu, ale istoty hinduskiej filozofii, można powiedzieć, religijnej(…) Spędziłem w tej aśrami trzy miesiące, nie mówiąc o swojej przeszłości, o tym, kim byłem, co robiłem. Bo tożsamość, jakkolwiek by na to patrzeć – fizyczna, psychologiczna czy imienna – jest ograniczeniem, nie możesz być niczym innym(…) To wielkie odkrycie nie mieć żadnego imienia”.
W ten sposób znakomity reporter Tiziano Terzani stał się bezimienny, ograniczył kontakty ze światem, zamknął się w swojej górskiej gompie i kontemplował świat i te fragmenty życia, które wciąż były przed nim.
Ojciec przekazuje synowi sens życia. Mówi: „Nigdy nie twierdziłem, że jestem kimś więcej, niż człowiekiem, który rozsiewa piękne wspomnienia”.
Bezimienny Terzani opowiada świat, do którego dojrzał. Najpierw widział świat we fragmentach, później świat podzielony wojnami i konfliktami, później szukał go poprzez wtajemniczenia wróżbitów (napisał o tym inną książkę), w efekcie znalazł świat, z którego wyszedł, świat w sobie. Dlatego, kiedy syn pyta go, czy nie jest mu żal zostawiać żony, rodziny, Terzani mówi, że chce, aby byli przy nim do końca, ale że ma ich w sobie.
Wstrząsające są jego słowa: „I pamiętaj, będę tu. Będę tu w powietrzu. Jeżeli kiedyś zechcesz ze mną porozmawiać, odejdź na bok, zamknij oczy i poszukaj mnie. Można tak ze sobą rozmawiać, ale nie w języku słów. Za pomocą ciszy”.
Mógłbym o tej książce opowiadać z wielu jej perspektyw – analizy świata i jego konfliktów, relacji między ludźmi, miłości i poszukiwania dobra, warsztatu reportera, ale nie chcę odbierać przyjemności obcowania z tą książką, lekturą konieczną.
Kiedy ją czytałem, myślałem dużo o Ryszardzie Kapuścińskim, myślałem o tym, jak wiele z Terzanim mieliby sobie do powiedzenia.
Moje spotkanie z książką Terzaniego też było symboliczne. Trafiłem do szpitala, zszedłem do małej księgarni na drugim piętrze i tam znalazłem tę książkę, od której nie mogłem się oderwać.
Baner moje bloga to zdjęcie pracowni Ryszarda Kapuścińskiego, które kiedyś zrobiłem. Pomyślałem, że to idealna fotografia na inaugurację tego bloga, w którym będziemy się spotykać z tymi, którzy darowali nam słowa.
Tiziano Terzani „Koniec jest moim początkiem. Opracował Folco Terzani”, przekład Iwona Banach, Zysk i S-ka, Poznań 2010.
