Czekanie jest ważne. Na nowy dom, na swój kawałek podłogi, na nową książkę, wiersz albo film albo na wyjście z domu, kiedy za długo się choruje albo na poranną kawę z miodem, na rozmowę albo na spotkanie, które jak mówił Piotr Łazarkiewicz jest celem. Czekanie jest wartością, i czym byłoby życie bez czekania, jaki miałoby smak? To czekanie pozwala dotrzeć do kubków smakowych, jak sól wydobywa z potrawy jeden po drugim smaki. Ale ważne też, by niczego nie uronić niosąc ten kubek ze źródlaną wodą, aby móc się w tej wodzie odświeżyć. I by zawsze czuć ten pierwszy łyk źródlanej wody. I by go nie zapomnieć. Czekam na swoje nowe miejsce na ziemi, na nową powieść Stefan Chwina, która podobno już za chwilę, na wiosnę i na lato, które pozwolą zapuścić korzenie a potem rosnąć. Obejrzałem wczoraj film Danny’ego Boyle’a (tego od „Slumdoga. Milionera z ulicy”), w wielu kategoriach nominowany do Oskara film „127 godzin”. Opowieść o młodym alpiniście uwięzionym – przez tytułowe godziny – w rozpadlinie skalnej, gdzieś w Utah. Aron Ralston (znakomity James Franco, grał na przykład w „Obywatelu Milku”), bo tak nazywa się bohater filmu ale też prawdziwy alpinista, którego to spotkało, walczy o przetrwanie. Spadający głaz zablokował mu rękę i sytuacja Ralstona wydaje się beznadziejna. Jednak nie poddaje się. Ucieka do swoich wspomnień i do wyobraźni. Szuka w życiu tych jasnych momentów, które pozwolą mu unieść kamień i uratować się, szuka w sobie siły, nie traci nadziei, nie przestaje w siebie wierzyć. Ten film to właściwie monodram, film jednego aktora, opowieść o sile przetrwania. Ten film łapie za rękę i ściska ją do końca. Nawet na chwilę nie odbiera wiary, że się uda. Plus genialny montaż, wspaniała muzyka, znakomite zdjęcia. Ralston mówi, że właściwie całe życie czekał na ten dzień, że to zdarzenie było nieuniknione, jemu potrzebne, pozwoliło wskoczyć do basenu, zanurzyć się, wypłynąć.
JULIA HARTWIG
CO WCZORAJ JESZCZE
Więc już codzienne ci to i zwyczajne
co wczoraj jeszcze było zachwytem
i poczuciem że niezasłużone?
Oko które przywykasz
serce co się ścierasz zbyt szybko jak porowaty kamień
uczcie się trwać na co dzień w odświętności
Jezioro nad którym chyli się ta góra
przebita strzałą mgły
jest przecież równie piękna dziś jak wczoraj
Słońce ślizga się po nim
jak uczniak zjeżdżający wzdłuż poręczy schodów
(z „Wierszy Wybranych”, PIW 2000)
*
Kanon na nowy blog, odcinek 14
Pięć swoich najważniejszych książek przedstawia dzisiaj
Kamila Jansen, tłumacz, teatrolog:
„Portret Doriana Graya” Oskara Wilde’a – absolutny numer jeden, jedyna książka, do której chcę wracać i wracam co kilka lat. Dyskurs o sztuce, o jej granicach, o odpowiedzialności twórcy. A jednocześnie fantastyczna powieść grozy. Piękne, smutne, przerażające, jeszcze raz piękne. No, i lord Henryk Watton…!
„Upadek” Alberta Camus – właśnie „Upadek”, a nie „Dżuma”, ani nie „Obcy”. Głównie ze względu na formę – to od początku do końca monolog. Jak monodram. Diabelski, genialny pomysł.
„Biesy” – pierwsza powieść Dostojewskiego, jaka wpadła mi w ręce, kiedy miałam lat naście. Po przeczytaniu pierwszej strony pomyślałam „oto geniusz”. Do dziś twierdzę, że to jego najlepsza powieść. O wszystkim. Ale o Rosji przede wszystkim. Zawiera w sobie całą Rosję…
„Dzienniki” Witolda Gombrowicza – uwielbiam Gombrowicza, ale „Dzienniki” mają w sobie wszystko, co w jego pisarstwie najważniejsze. Często łapię się na tym, że wielu pisarzy do Gombrowicza porównuję. Nie tylko pod względem stylu, ale i stosunku do polskości.
„Imię róży” Umberto Eco – lektura pożarta podczas zwolnienia lekarskiego, która później często mnie inspirowała. Najpierw widziałam film Jean-Jacquesa Annaud, co trochę rzutowało na percepcję książki, ale i tak utonęłam w tym mrocznym średniowieczu. Ta powieść to dla mnie czysta kreacja.