Od rana myślę o różnych przyzwyczajeniach, które nasączają dzień, wyznaczają jego rytm, codziennie odświeżają jego barwy. Na przykład poranna kawa, bez której naprawdę trudno wyobrazić sobie dzień. Kawa, dla której warto się wieczorem położyć. Tak się złożyło, że w grudniu musiałem się położyć w szpitalu. W dniu, na który wyznaczono operację, oczywiście miałem zakaz jedzenia i picia. Ale jak zacząć dzień bez kawy i gazety? Nawet tłumacząc sobie, że to konieczność. Zjechałem do bufetu, kupiłem Gazetę, zamówiłem podwójne espresso. Usiadłem przy stoliku, spokojnie przeczytałem gazetę delektując się kawą. Wróciłem do sali, sąsiad z łóżka obok zapytał, gdzie byłem. „W bufecie, na kawie” – powiedziałem. „Przecież ci nie można”. „Wiem. Przecież jej nie wypiłem. Ja ją wywąchałem”. „Jak to?” „Przecież nie wolno mi nic pić, po prostu wąchałem kawę”. Jego mina w tym momencie? Bezcenna. Po chwili pojawiła się pani z takiego szpitalnego Warsu, sprzedająca z wózeczka kawę i bułki. „Ile kaw?” – zapytała. Na sali, poza mną, było jeszcze dwóch sąsiadów. „Dwie” – powiedział jeden z nich. „A pan?” – zapytała mnie kobieta, jednak zanim zdążyłem odpowiedzieć, jeden z moich sąsiadów śmiejąc się już mówił: „Dwie wystarczą, on powącha”.
Przypomniałem sobie telewizyjny monodram „Co się właściwie stało Betty Lemon?” z Barbarą Krafftówną grającą inwalidkę roku. Jest w nim genialna scena, w której Krafftówna robi kawę. Scena wręcz boska. Opracowała metodę niesienia tej kawy, tak by nic z niej nie uronić. Nalewa ją do kubka. Kubek wstawia do sporej miski, przenosi tę miskę, oczywiście kawa z kubka wylewa się do niej, i kiedy już Betty Lemon trafia na swoje ulubione miejsce, wyjmuje kubek a to, co się z niego wylało do miski, z powrotem wlewa do kubka. Mniej więcej coś podobnego musiałem przed chwilą wykonać i naprawdę się uśmiałem, za to teraz mam już pełną synchronizację: piszę bloga i popijam już drugą dzisiaj kawę. I niech ktoś mi powie, że życie nie jest piękne. Jest bardzo piękne!
Blog od lat wyznacza codzienny rytm, poza półroczną przerwą, kiedy musiałem się bardziej zająć różnymi kłopotliwymi sprawami, właściwie nie wyobrażam sobie, żebym rano nie myślał o blogu. Nie muszę pisać codziennie, chociaż staram się, a nie piszę tylko wtedy, kiedy naprawdę nie mogę, ale samo myślenie o blogu układa mi w głowie zdania.
Ela Czerwińska, którą upomniałem: „na Boga, Ela, pisz bloga” obiecała mi, że postara się pisać prawie codziennie. Bo przecież dla piszącego blogi ważna jest też jakaś energetyczna komunikacja, energetyczny przesył pomiędzy ulubionymi blogami. Mam sporo takich adresów. Wymieniam tylko te regularne, bo do sporadycznych wpisów się zniechęcam i rzadko wracam: Ela, Marta Fox, India, która teraz każe dłużej na swoje wpisy czekać, Krystyna Kofta, Monika Libicka, Renata Kamińska, Kamila Jansen, Magda Fres, a z facetów Tomasz Jastrun, Jarosław Czechowicz ze swoimi książkowymi recenzjami, Mariusz Szczygieł, Jerzy Sosnowski, Pierre Assouline, z duetów Magda Umer i Andrzej Poniedzielski.
Zdaje się, że to Ela Czerwińska napisała na swoim blogu, że to nie my wybieramy książki, a książki wybierają nas. Chyba jest w tym coś, kiedy obserwuję kolejne odsłony „kanonu na nowy blog” czyli kanonu naszych najważniejszych książek.
Mnie wybrał wczoraj „Wybór wierszy” Julii Hartwig. Trafiłem znów na wiersz, który mnie uderzył.
Julia Hartwig
KIEDY ZDAWAŁO MI SIĘ
Kiedy zdawało mi się że nie ma już żadnego ratunku
bo czas stokrotniał i widok nieśmiertelnego morza
nie przynosił pociechy – rozebrzmiał Haydn
I ból na chwilę przycichł i zaczął szukać sobie formy
szalejąc dotąd i niszcząc wszystko dokoła
*
Kanon na nowy blog, odcinek 13
Lektury „na piątkę” przygotowała dzisiaj
Marta Fox, pisarka:
To najtrudniejszy wybór. Już trzeci raz zmieniam kanon. I czuję się podobnie jak Józef Hen, który stanął w Auchanie pomiędzy półkami i krzyknął: – Marta, zobacz, ile tu rodzajów majonezów i ketchupów.
1. Jack, London, „Martin Eden” – przeczytałam w wieku 12 lat i uwierzyłam, że wytrwałością tudzież uporem można osiągnąć wiele. I uwierzyłam, że warto sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga.
2. Julio Cortazar, „Gra w klasy” – Cortazar pokazał mi, że można wywrócić swój świat, ułożony wedle maminych kanonów, do góry nogami; i że po nas, choćby potop.
3. Fiodr Dostojewski, „Idiota” – dzięki tej powieści odroczyłam moje pierwsze samobójstwo, ponieważ chciałam najpierw zrozumieć mroczność i szaleństwo Nastazji Filipownej.
4. Wiersze Emily Dickinson, do których wracam bardzo często, podziwiając precyzję języka i głębię myśli oraz „Sercątko” Herty Muller, do którego nie będę wracać, wystarczy mi, że od tej pory szukam wszędzie i piekła, i podszewki każdego słowa, każdego snu, każdego zdarzenia.
5. Alice Miller, „Zniewolone dzieciństwo” – dzięki czemu zrozumiałam, że nie jestem winna.