Z wypiekami na twarzy czytam kolejne propozycje najważniejszych książek i zastanawiam się, jakie znaczenie na moje życie ma poezja, i co we mnie zmieniła, czy to się da określić? Sam nie wpisałem żadnego poety ani tytułu tomiku wierszy na swoją listę pięciu najważniejszych książek. A przecież poezja ma znaczenie. Szukam w niej często wyciszenia, czytam ją jak rodzaj medytacji, wracam do swoich ulubionych poetów, są wśród nich na pewno Julia Hartwig, Ewa Lipska, Wisława Szymborska, Tadeusz Różewicz, ks. Jan Twardowski, Kazimierz Nowosielski… a mimo to nie dopuściłem poezji do listy najważniejszych. Sam gdzieś na marginesie zdarza mi się pisać wiersze, a mimo to nie wpisałem poezji na swoją listę. W domu mam wiele zbiorów wierszy, staram się czytać codziennie, przez lata mówiłem, że dzień bez przeczytanego wiersza jest stracony, a jednak poezji w tej piątce nie ma. Może gdybym miał przygotować wybór dziesięciu, dwudziestu czy stu tytułów znalazłaby miejsce, ale dlaczego nie w tej ścisłej piątce? Pomijam, że codziennie myślę również o prozie, która się na „tę krótką listę” nie dostała, wczoraj myślałem o „Nagim sadzie” Wiesława Myśliwskiego, książce, która pomogła mi zrozumieć lepiej relację ojciec-syn. A jednak.
Dzisiaj upominam się o poezję. Sięgnąłem po „Wybór wierszy” Julii Hartwig, wydany w złotej kolekcji PIW-u (2000). Pani Julia Hartwig pisze we wstępie: „Wydawałoby się, że to co jest naszym światem, zawiera się w naszej poezji. Ale czy tak jest naprawdę? Czy nie zawiera się w niej jedynie cząstka tego świata, którym żyjemy, który jest w nas, i to cząstka szczególna i w szczególny sposób wyrażona, skoro określić ją można jako poezję(…) Samotność pisarska jest samotnością z wyboru(…) To wybór ciszy i milczenia”.
Może więc dlatego nie znalazła się poezja na mojej liście? Jest zbyt intymna. Jest ciszą i milczeniem. Chciałbym, aby tak było.
Tytuł dzisiejszego wpisu jest cytatem z wiersza Julii Hartwig „Tyle tylko”.
W 1984 roku napisała pani Julia Hartwig wiersz
NA WYŻYNACH
Powiedział kiedyś ktoś, czytając moje wiersze:
Ach, jak bardzo zazdroszczę pani przebywania w takim świecie!
Więc nad ogonkami po mięso i nad kurczęciem bladym
polatam, ach, polatam.
Nad szpitalem i dziennikiem telewizyjnym
polatam, ach, polatam.
Nad zwyrodnialstwem i gruboskórnością
polatam, ach, polatam.
Nad przyjaciółmi w więzieniu i nad głodówką w kościele
polatam, ach polatam.
Nad kłamstwem zadawanym prosto w oczy
polatam, ach, polatam.
Nad własnym swoim życiem na kulawym skrzydle
polatam, ach, polatam.
Kanon na nowy blog, odcinek 12
Dzisiaj wybór, którego nie udało się okiełznać. Przesłała go z Paryża
Teresa Czekaj, pianistka
No tak, dobre sobie wymienić, wyselekcjonować pięć książek, które zaważyły na moim życiu. To przecież niemożliwe. Bo jak napisze, nikt nie potraktuje mnie poważnie. Bo moje życie kształtowało się książkami. A pięć, które tak naprawdę zaważyły są tak dalekie od powszechnych oczekiwań, że nie sposób podciągnąć je pod żadne kanony. Poza tym opisanie ich w dwóch słowach uważam za bluźnierstwo. Zasługują na więcej.
Pierwszą książką mojego dzieciństwa, którą dochowałam do dzisiaj w stanie całościowym, jest ukochana książeczka z serii „Poczytaj mi, mamo”, zatytułowana „Oj, sikorko, sikoreczko”
A tekst (Lenartowicza) wyglądał w ten sposób:
Oj sikorko sikoreczko!
Nie ściel gniazdka, kochaneczko,
Nie ściel blisko nade drogą,
Bo ci gniazdko popsuć mogą (bis)
Uściel lepiej tam w gęstwinie,
Tam w gęstwinie na leszczynie,
Gdzie się listek nie zachwieje,
Nikt się gniazdka nie spodzieje. (bis)
Oj, sikorko, sikoreczko,
Nie wierz temu, kochaneczko!
Bo i w gąszczach po orzeszki
Pastuszkowie depcą ścieżki. (bis)
Oj, sikorko, sikoreczko!
Ściel gniazdeczko, kochaneczko!
Lepiej w borze na jaworze,
Gdzie go dostać nikt nie może. (bis)
Oj, sikorko, sikoreczko,
Nie wierz temu, kochaneczko!
Jak ten jawor zetną kiedy,
Cóż z gniazdeczka będzie wtedy! (bis)
Oj, sikorko, sikoreczko!
Więc na sośnie ściel gniazdeczko;
Sosna zawsze zielenieje,
Wiatr gniazdeczka nie rozwieje. (bis)
Oj, sikorko, sikoreczko!
Nie ściel gniazdka tak daleczko,
W naszym sadku na jabłoni,
Tam się gniazdko lepiej schroni. (bis)
My i płotek upleciemy,
My i kotka wypłoszymy,
Jeno, miła sikoreczko,
W naszym sadzie ściel gniazdeczko. (bis)
Ważna, bo dochowała się do dzisiaj, a miesięcy miałam z osiem, jak ją dostałam. A później, jak już czytałam samodzielnie (zresztą sikoreczkę umiem na pamięć i po skończenie świata), płakałam rzewnie, bo jak można sikoreczce i gniazdku jakąkolwiek krzywdę uczynić. I tak już mi pozostało.
Drugą książką, która mnie ukształtowała był Bukwar. Tak, Bukwar z 1954 roku, który miał oliwkową okładkę, gładki papier (książki w Polsce były drukowane wtedy na skrzyżowaniu papieru ściernego z toaletowym) i bardzo, bardzo ładne obrazki. Na tym bukwarze nauczyłam się czytać. Bo to były czasy, kiedy książka rosyjska kosztowała złotówkę, a polska pięć. Zostało to jakoś po dziadku, który był inspektorem okręgu szkolnego, zanim go władza ludowa nie przeniosła na tamten świat. A babcia była z zaboru rosyjskiego. A bachor był namolny i nie chciał chodzić do przedszkola za żadne skarby świata. Tak więc w wieku lat trzech i trzech miesięcy wbiłam wszystkich w fotel czytając po rosyjsku.
A potem był ukochany atlas Romera, przy którym spędzałam godziny (i pod kołdrą też). Znałam każdą wysepkę na Pacyfiku i ciągle się dopytywałam, co to takiego ananas. I tak mi zostało do liceum, kiedy pani od geografii skutecznie wyperswadowała mi miłość do tego przedmiotu. Ale wyspy na Pacyfiku pamiętam i bardo przeżywam, jak się rodzą nowe.
A potem było źródło wiedzy wszelakiej (w tym zakazanej), czyli Encyklopedia Gutenberga. Ostatnie hasło brzmiało Zyżymory. Do dziś nie wiem, co to takiego. Czytana z wypiekami na twarzy w toalecie w wieku bardzo nieletnim.
A potem było już bardzo poważnie, więc Bajki i Satyry Krasickiego z ilustracjami Szancera, z których morały pozostały do dziś, a ilustracje śnią się po nocach.
A potem Winnetou Karola Maya, Centkiewiczowie i Szklarski tropami Tomka, którzy mnie ukształtowali i właściwie wszystko, co potem, było już tylko potwierdzeniem.
A potem zrobiło się poważniej. Bo Pamiętniki Rubinsteina (bynajmniej nie ze względu na artystyczne perypetie, a ze względu na spojrzenie na życie), Pamiętniki Jeana Guittona czytane w Polsce i po polsku, potem we Francji po francusku, potem dyskutowane z autorem, który zbliżał się do wieku kanonicznego lat stu – ze względu na malarskość i głębię postrzegania rzeczywistości. I głębię życia.
To to, co mnie tak naprawdę i dogłębnie ukształtowało.
A potem były już otwarcia:
Pierre Assouline i jego biografie, a nawet może bardziej niż biografie „Klientka” za zrozumienie pokrętności ludzkich losów.
Schirrer i jego dziennikarska historia II wojny światowej, która jak mnie wciungła, to jak nie przymierzając tego Juntka na hali, co ino mu kapeluś widoc. I nie odpusco.
Waltera Benjamina Pasaże, którymi ciągle podążam.
Korespondencja Rilkego z Lou Andreas-Salomé jako szczyt głębi i wyrafinowania w szeptach rzucanych na papier.
FelietonyPrusa jako dowód, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło.
I Borges, Cioran i Jankélévich, ale to długa i ważna historia.
A jak choruję, jedno mnie uzdrowi (działa od wielu, wielu lat, nie powiem ilu, bo wstyd): zdezelowany, wyczytany, wystrzępiony i zupełnie rozleciany egzemplarz „Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej. Nazajutrz niezawodna pełnia formy. Lepsze niż antybiotyk.
No i Ty mi kazałeś wypisać pięć książęk. To przecież NIEMOŻLIWE. Wybacz, ze nie ma żadnych noblistów, Austerów i Sartre’ów. Tak jakoś wyszło.