Irena Kwiatkowska

Właśnie usłyszałem wiadomość o śmierci legendarnej Ireny Kwiatkowskiej. Jeszcze kilka miesięcy temu świętowała w Skolimowie 98. urodziny. Ale była to już inna, nieobecna Pani Irena, chociaż po uroczystości dowcipnie podziękowała występującym dla Niej artystom i gościom. Koniec legendarnej epoki ale przecież nie koniec legendy. Właśnie dzisiaj, w dniu, w którym odeszła Wielka i bezbłędna, niezwykle pracowita i precyzyjna Artystka, legenda wielu pokoleń, również mojego (wychowałem się na czytanych przez nią tekstach, również dla dzieci, np. wybitnie zinterpretowanym „Ptasim radiu”), właśnie dzisiaj trudno uwierzyć, że Kultura kiedykolwiek uratuje się z komercyjnej ekspansji i że telewizja publiczna, w której powstawał Kabaret Starszych Panów, będzie nas rozwijała. Skończy się na kształtowaniu i rozwijaniu braku gustu. Jeszcze jedynie radio publiczne trwa i pomijając politykę, jest ostatnim okopem intelektualnych podrygów.

Dodaję tutaj, do tego wpisu coś co chwilę, od tej smutnej wiadomości, jaką podały media. Przypomniałem sobie jedno wspomnienie Pani Ireny, jakie mam w głowie do dzisiaj. Kiedyś mój przyjaciel, wówczas dyrektor szkoły w Wilkszynie pod Wrocławiem,  Krzysztof Zajdel, wpadł na pomysł zebrania przepisów kulinarnych różnych znanych osobistości z całego świata, które wydał w dwóch tomach. Kogo tam nie było. Tą książką zbierał fundusze na działalność szkoły. Na apel Krzysztofa odpowiedziała również Pani Irena Kwiatkowska. Przesłała odręczny przepis. Brzmiał tak:

Podaję przepis na zupę, którą mnie karmiono w dzieciństwie – 80 lat temu. Woda, kawałki (nieliczne) kartofla i bardziej liczne kawałki brukwi. Nie była to zupa, za którą przepadałam. Pamiętam, że wyraziłam życzenie: wolałabym, aby zamiast tej brukwi – były skwarki. Dziękuję Bogu, że teraz dzieci takiej zupy nie znają.

(za książką Krzysztofa Zajdla „101 potraw znanych osobistości z Polski i ze świata”, art&science, Wrocław 2004).

Przypomniałem sobie ten przepis również w związku z książką „Pusta woda”, o której tu właśnie pisałem.

Zdjęcie ilustrujące wpis zrobiłem Pani Irenie w dniu jej 98. urodzin.

Kanon na nowy blog, odcinek 38

Dzisiaj o swoich najważniejszych książkach opowiada

Manana Chyb, redaktor naczelna miesięcznika „Zwierciadło”:

Krótki komentarz do tej listy. Książki, które wywarły na nas największy wpływ, to książki przeczytane za młodu. Wszystkie te książki czytałam w liceum, bądź na przełomie liceum i studiów. Są to więc wybory młodości. Nie wiem, czy przeczytane po raz pierwszy w latach późniejszych, zrobiłyby na mnie równie mocne wrażenie. Tak czy inaczej, pozostały we mnie na zawsze.

IDIOTA

Moja miłość młodzieńcza, egzaltowana. Bezkrytyczna. Czytając o Myszkinie, Nastasji Filipownie i innych angażowałam się do tego stopnia w te ich namiętności, że rosła mi temperatura do stanów podgorączkowych. Dzięki Dostojewskiemu dowiedziałam się m.in., że za jednym ludzkim zachowaniem, czynem może się kryć kilka równoległych motywów. Dziś to odkrycie może się wydawać naiwne, wtedy zaczęłam przypatrywać się ludziom – w tym sobie samej – ze wzmożonym zainteresowaniem. To chyba Dostojewski uświadomił mi, na czym polega psychologia. Dziś w jego książkach widzę szwy, powtarzające się chwyty w budowaniu fabuły, konstruowaniu postaci. Ale wielkość pisarza-wizjonera pozostaje nienaruszona.

W POSZUKIWANIU STRACONEGO CZASU

Zanurzyłam się przy pierwszym tomie i lekko przetrącona wychynęłam przy ostatnim. Przełom liceum i studiów. Jak wiele rzeczy przed Proustem było nieopisanych! Najlższejsze drgnienia serca, dziwne stany pamięci, ćwierćuczucia, mgławice nastrojów… Całe połacie życia wewnętrznego wziął pod lupę, przeanalizował, nazwał. Przetworzył w piękno literatury najwyższych lotów.

MISTRZ I MAŁGORZATA

To niewątpliwie książka kultowa dla naszego pokolenia, nie mogłam jej na tej liście pominąć. Po raz pierwszy czytałam ją po rosyjsku wydaną na Zachodzie, przemyconą przez siebie z Paryża. Potem poświęciłam jej pracę magisterską. W czasach komuny miała wielką siłę rażenia przez rozpierający ją duch wolności, obecność metafizyki, wyobraźnię rozbijającą ubóstwo – zarówno materialne, jak i duchowe – ówczesnej rzeczywistości. Napawała nadzieją, że świat i ludzie nie dadzą się zglajszachtować przez siły nawet tak potężne, wydawałoby się wszechmocne, jak stalinizm w wersjach mniej lub bardziej opresyjnych. Aktualna nadal. Niedawno widziałam na własne oczy pusty garnitur dyrektora rozmawiającego przez telefon z właścicielem zatrudniającej go firmy. Tak, jak go opisał Bułhakow. Niektórzy ludzie wolą wyparować, żeby nie mieć problemów i nie stawać wobec wyborów.

STO LAT SAMOTNOŚCI

No nie będę silić się na oryginalność. Tak, wszyscy to kiedyś czytaliśmy, ale zachwyt był autentyczny. Tyle prawdy i cudowności w jednym, czyli siła realizmu magicznego. Boję się do tej książki wrócić po latach, podejrzewam, że świat Macondo mógł idealnie odpowiadać młodzieńczym potrzebom emocjonalnym: przeżywanie samotności, przeczuwanie przeznaczenia, tęsknota za magią. I nauczka na marginesie lektury. Nawet tak wielki pisarz, jak Marquez, może być politycznym idiotą i ślepcem moralnym, przyjaźniącym się z Fidelem Castro i wspierającym jego reżim. Sztuka żyje życiem niezależnym od życia jej twórców.

UCIECZKA OD WOLNOŚCI

Wielkie odkrycie intelektualne: wolność, którą uważałam za wartość bezwzględną, może mieć negatywny aspekt. Wolność odczuwana przez ludzi jako brzemię i odrzucana w imię odzyskania poczucia bezpieczeństwa to była dla mnie nowa perspektywa w postrzeganiu człowieka i jego dziejów. I wiele pytań do dziś otwartych: czy człowiek, jako gatunek dojrzeje do osiągnięcia „wolności do”, jedynej wolności, o którą warto zabiegać? Opisując pojęcie „wolności do” Fromm wkracza na teren rozważań duchowych. Wskazuje drogę integralnego rozwoju wewnętrznego człowieka, drogi która może być jedyną dla nas możliwością uniknięcia samozagłady. 60 lat, które minęły od opublikowania dzieła Fromma, potwierdzają z coraz większą siłą jego przenikliwość.