żółtą taksówką pod teatr

Mariusz Kwiecien jako Don Giovanni w MET

Po raz pierwszy uczestniczyłem w takim zdarzeniu. Byłem w legendarnej Metropolitan Opera w Nowym Jorku, nie będąc w Nowym Jorku. Teatr Studio w Warszawie zaczął niedawno transmisje na żywo spektakli wystawianych w słynnej MET. Nie mogłem być na operze „Anna Bolena” przed tygodniem, za to z przyjemnością poszedłem na „Don Giovanniego”, zwłaszcza że tytułową rolę śpiewał Mariusz Kwiecień, od lat związany z Metropolitan Opera, i teraz debiutujący w MET rolą, którą śpiewał już w wielu teatrach operowych na świecie.

Dla mnie niezwykła była nie tylko opera, ale i cała otoczka wokół transmisji, również obserwowanie publiczności. Przed każdą z transmisji w Teatrze Studio o historii danego tytułu opowiada pani profesor Ewa Łętowska, znawczyni opery i muzyki klasycznej. To nie tyle wykład, ile opowiedziana z pasją pełna anegdot opowieść o kompozytorze, autorze libretta, kolejnych wykonaniach, słynnych śpiewakach. Pani profesor powiedziała wczoraj, że gdyby ją zapytano, które z interpretacji roli Don Giovanniego najbardziej ceni, odpowiedziałaby – czego, jak podkreśliła, nie powinna mówić jako prawniczka i sędzia – że są to role ze spektakli nagranych piracko, z całą tą atmosferę nagrania, które nie może być opublikowane, z reakcjami widowni i wszelkimi niedoskonałościami. W czasie opowieści pani profesor na ekranie Metropolitan wyświetlała różne informacje o spektaklach i całym projekcie „Live HD”, na przykład że wczorajszy spektakl transmitowany był na żywo do 1250 teatrów na całym świecie.

W czasie tych „reklam” włączony był dźwięk z sali, strojenie orkiestry, szmer zapełniających salę widzów. My w teatrze w Warszawie, widzowie w teatrze w Nowym Jorku. Potem, w ostatnich minutach przed spektaklem pokazywano nowojorską publiczność, siedzącą z płaszczami trzymanymi na kolanach, ktoś wycierał nos, ktoś wyłączał telefon, ktoś rozmawiał z siedzącymi obok dziećmi. Potem nastąpiła zapowiedź dziennikarki prowadzącej ten wieczór, później zdjęcia zza pulpitu inspicjenta, który prosił właśnie „Maestro” na scenę. Maestro wszedł. Światło na widowni MET przygasło i to samo ze światłem z wielkiego kryształowego żyrandola w Teatrze Studio.

Kiedy orkiestra grała uwerturę, właściwie już całkiem dobrze siedzieliśmy w nowojorskim teatrze. Na początku jeszcze, kiedy nowojorska publiczność nagradzała poszczególne sceny, wykonania czy arie brawami, my nie do końca wiedzieliśmy, czy klaskać, czy traktować to jak kino. No, jednak spektakl był na żywo. Po pierwszym akcie amerykańska dziennikarka rozmawiała ze schodzącymi ze sceny w kulisę artystami, w tym z Mariuszem Kwietniem, który po polsku pozdrowił widzów oglądających spektakl w Polsce, a zwłaszcza w Krakowie (wczoraj takich transmisji w Polsce było kilka, poza Teatrem Studio, w kilku kinach). W półgodzinnej przerwie w foyer teatru był poczęstunek. No, naprawdę, wspaniała atmosfera.

Kiedy rozpoczęła się część druga, siedzieliśmy już całkiem wygodnie w nowojorskich fotelach. Teraz już właściwie daliśmy się porwać spektaklowi, już omal każde zejście artysty ze sceny nagradzane było brawami, również po naszej stronie ekranu. Druga część zdecydowanie też należała do Mariusza Kwietnia, który miał teraz okazję pokazać nie tylko pełnię swoich wokalnych możliwości, ale i możliwości aktorskich, jego rola z każdą kolejną sceną nabierała barwy, tempa, wyszedł poza schemat cynicznego i nieustraszonego Don Giovanniego, pokazał jego lęk i wewnętrzne rozdarcie.

Publiczność w Nowym Jorku współtworzyła spektakl swoją energią, my też współtworzyliśmy nie współtworząc, po prostu było nam już w MET wygodnie, a śpiewacy byli na wyciągnięcie ręki. Zresztą mieliśmy tę przewagę, że oglądaliśmy śpiewaków w zbliżeniach, a może gdybyśmy byli naprawdę w Metropolitan Opera, siedzielibyśmy wysoko na balkonie albo na jaskółce, oglądając w dole niewielkie przesuwające się postaci. Wygodnie, blisko, naprawdę u siebie. W końcu spektakl się skończył i klaskaliśmy już tak głośno jak nasze nowojorskie klony, każdego z pojawiających się na scenie artystów nagradzając brawami, czasem okrzykiem, zdarzało się, że ktoś wstał, żeby wyrazić swój podziw.

Tak naprawdę to były dwa spektakle, a nawet trzy. Jeden – „Don Giovanni” pokazywany na żywo w Metropolitan, drugi – kulisy teatru pokazywane w przerwach, rozmowy z artystami, napięcie, które rosło już od „gry” strojącej się orkiestry, trzeci – publiczność w Nowym Jorku i publiczność w Warszawie. Chyba stałem się miłośnikiem tej formy. W repertuarze Teatru Studio kolejne transmisje, najbliższa już 5 listopada. Znakomity pomysł, zapadające w pamięć wrażenia. No i monumentalna, przejmująca muzyka Mozarta. Miałem w głowie jeszcze spektakl czwarty, pamięć przywoływała sceny z genialnego filmu Milosa Formana „Amadeusz”. Aż tyle jednego wieczora.

JULIA HARTWIG

NIE ZAWSZE

Nie zawsze można usłyszeć całość koncertu

czasem pochwycić możesz tylko ostatnią frazę

ulubionego kwartetu

a to zakończenie to już tylko:

Do widzenia do usłyszenia

bo wszystko co ważne już przebrzmiało

Więc do widzenia we śnie lub gdy czas już minie

do widzenia co przechadza się jak blade światło

jak błądząca poświata

do widzenia cień cienia co pragnie być żywy

bo pokochaliśmy twardość należną materii

i nie same obrazy ale żywe wzory

te pospolite i te zadziwiające

co nie chciały podobać się sobie ni innym

i chwaliły rzeczywiste oblicze dnia

w śniegu i płomieniach

(z tomu „Gorzkie żale”, Wydawnictwo a5, 2011)