Warszawa, 1959

Kolega, który przez lata mieszkał w Los Angeles, a właśnie przeniósł się do Warszawy, napisał, że dobrze, że napisałem o Jubileuszu Barbary Krafftówny, bo polska prasa nie relacjonowała imprezy. Zrobiło mi się wstyd, jako dziennikarzowi, za prasę, za media w ogóle, że tak trwonimy ważne wydarzenia, okazje, że pomijamy, przemilczamy, nie nadajemy rozgłosu. Myślę też, że takie wydarzenie powinno być nagrane przez TVP (przecież to ich misja) albo przynajmniej Narodowy Instytut Audiowizualny. Przecież Barbara Krafftówna to narodowe dziedzictwo. W dodatku minister kultury przysłał człowieka, który dosłownie wydukał list od niego. Wstydziłem się za to. Akurat Barbarze Krafftównie nikt nie powinien dukać. Wstyd. Nie chciałem o tym pisać i rzeczywiście w poprzedniej notce nie zająknąłem się, ale teraz, poruszony mailem od Radka, wytykam. Dziadziejemy coraz bardziej. Robi się coraz smutniej, coraz głupiej, coraz banalniej.

I nagle jak podarunek z nieba spada tekst o siostrach Lilpopównach w dzisiejszej „Gazecie”, autorstwa Magdaleny Grochowskiej. Dużo tlenu, wraca przedwojenny, z dzisiejszej perspektywy piękniejszy świat. Na pewno bardziej kolorowy, rozwibrowany.

Na przykład taki fragment: „Rano budził Anielę zapach kruchych bułeczek i kawy z cykorią. W niedzielne ranki msza u św. Zbawiciela (bez ojca, był protestantem). Uważne nakręcanie zegara, jakby w małym kluczyku i dłoni ojca skupiały się losy świata. Wystawy w Zachęcie. Ciastka u Lourse’a. Tak pięknie miało być zawsze. Lecz nim wybuchnie Wrzesień ’39, troje z nich umrze, pozostali się rozpierzchną, a rodzinne pamiątki trafią do kufra w mieszkaniu Anieli” (z tekstu „Aniela, kawaler d’Eon”).

Dużo dzisiaj myślałem o przeszłości Warszawy, bo trafiłem też na zdjęcia robione u zbiegu ulic Nowy Świat i Aleje Jerozolimskie, z 1959 roku. Ich autorem był Zbyszek Siemaszko. Przypomniały mi film „Dym”. Jest w nich coś poruszającego. Można je obejrzeć tutaj:

Warszawa, 1959

„Dym”, który jest jednym z moich ukochanych filmów, odsłania magię przypadkowych kadrów. Właściciel trafiki Auggie każdego ranka robi zdjęcie w tym samym miejscu przed sklepem. Pozornie zdjęcia są takie same. Tylko pozornie. Ich siła poraża.

Kończyłem pisać tekst. Jedna kawa, druga, gazeta. Dużo słońca. Kończyłem tekst, a ciągle myślałem o tych zwykłych zdjęciach mieszkańców Warszawy, zrobionych pod dzisiejszym Empikiem na skrzyżowaniu Alej i Nowego Światu.

Tak pięknie.