wiśnie jak baniaki – ostro o rynku książki

Nie tylko tutaj mnie nie ma, już nawet dla mnie mnie nie ma. Zupełnie zanurzony w pracy, w rozmowach, nagraniach, redagowaniu rozmów, pisaniu, dokumentacji. Codziennie przez głowę przelatują tematy, które chciałbym tu poruszyć, sprawy, o których chciałbym opowiedzieć, ale zaraz dzieją się następne i następne… Nie narzekam, bo naprawdę lubię to, co robię. Moja praca przynosi mi wiele odkryć – książek, filmów, spektakli, życiorysów. Jest naprawdę co zbierać, notować, zapisywać. Ale!

Przy okazji festiwalu teatralnego R@port w Gdyni, gdzie byłem jako juror konkursu im. Andrzeja Żurowskiego dla młodych krytyków teatralnych odwiedziłem w Sopocie panią prof. Joannę Penson. Cudownie było wrócić do rozmowy, jaką przecież prowadziliśmy przez wiele miesięcy ze dwa lata temu, pracując nad książką „Było, więc minęło” – czyli wywiadu-rzeki z panią profesor, osobą dla mnie niezwykłą. Ta rozmowa po długiej przerwie była właściwie taka, jakby się urwała, jakbyśmy dalej rozmawiali do nagrań, jak kiedyś. Pani profesor podarowała mi kilka książek, w tym dwie, w które wpadłem zaraz po przyjeździe do Warszawy, a które zrobiły na mnie wrażenie. Jedną z nich jest wydana w 1960 roku „Moja wojenna tułaczka” Arnolda Szyfmana, założyciela i dyrektora Teatru Polskiego w Warszawie, nowoczesnego managera.

Los Szyfmana mnie zawsze interesował, nie tylko dlatego, że był tak nowoczesnym dyrektorem ale i dlatego, że mieszkałem przez kilka lat na Starej Ochocie, na ulicy Prezydenckiej w domu, za którego ścianą Arnold Szyfman kiedyś mieszkał. O tym domu pisał na przykład Jarosław Iwaszkiewicz w „Alei Przyjaciół”. Z książki Szyfmana, gdyby wyszła w Wielkiej Brytanii, sądzę, powstałby wspaniały film. Przede wszystkim pokazuje wojnę, właściwie jej początek poprzez pryzmat Teatru Polskiego. Opowiada, jak ten teatr stał się nagle domem dla wielu, jak artyści, ale przecież nie tylko artyści zaczęli w budynku teatralnym mieszkać zajmując garderoby i inne pomieszczenia. Opowiada o „wizytach” Niemców, wezwaniach na przesłuchania, o ogniu, który był wokół, o bombie, która część budynku uszkodziła, o całej tej maszynerii dwóch planów – wojny i teatru, o sznurowniach, magazynach, o scenie. Opowiada o swoim przesłuchaniu na Szucha. Ale też o spaleniu teatralnych archiwów, w którym było kilkaset listów Tetmajera, Kasprowicza, Przybyszewskiego, Żeromskiego, Zapolskiej, Boya-Żeleńskiego, Reymonta, a nawet Shawa, Manna, Cocteau… Celowo te nazwiska wymieniam i stracone ich listy. Wyjaśnię to dalej.

Opowiada Szyfman i o tym, jak z Warszawy musiał uciekać identyfikowany jako Żyd. I tu rozpoczyna się druga fascynująca w gruncie rzeczy część książki – wędrówka Szyfmana po dworach i pałacach należących do osób, które znał i które dawały mu kryjówkę. Naprawdę malowniczy portret arystokracji, inteligencji i ziemiaństwa. Zwłaszcza na ziemiaństwie nie pozostawia suchej nitki, jest zjadliwy do bólu. Dotąd czytałem książki ziemiaństwo mitologizujące, podczas gdy Szyfman pisze: „Dobre obrazy, stare czy współczesne, są po dworach rzadkością, piękne dywany i makaty jeszcze większą(…) Są dwory, które poza kilkudziesięciu książkowymi dodatkami do Tygodnika Ilustrowanego nie posiadają żadnych innych książek. Inne znów mają bibliotekę składającą się ze starych kalendarzy i książek kucharskich, zupełnie jak w satyrze Naruszewicza. A jeszcze inne lubują się tylko w książkach modnych. Rzadko gdzie można znaleźć całego nie zniszczonego Mickiewicza lub Słowackiego(…) Przez całą wojnę nie słyszałem również w żadnym dworze dobrej muzyki (świętobliwa pani Cecylio z Pławowic, proszę mi wybaczyć!) – z wyjątkiem tych wypadków, kiedy grali oficerowie niemieccy za ścianą. Niestety. Nie ma się więc co dziwić, że gdy panie z elity ziemiańskiej przyjadą gdzieś z wizytą, głównym tematem ich rozmów są dzieje Scarlett z amerykańskiej powieści Przeminęło z wiatrem(…) Ziemian rozmawiających na jakikolwiek poważny temat, nawet w najdłuższe i najnudniejsze wieczory zimowe, w ogóle nie spotkałem”. I tak dalej.

Druga z książek od pani profesor Penson to „Niebieskie kartki” Adolfa Rudnickiego (rok 1956). Jakie to wspaniałe i często również zjadliwie wrażenia, impresje i felietony pisane z cierpień autora. Ile w nich aktualności. Pisze w jednej z kartek:

„Konwencji starych Greków nikt dotąd nie prześcignął. Przy pomocy kilku symboli grają najgłębszymi problemami ludzkimi, wzruszając jak nikt przed nimi ani po nich. Wszystko, co przyszło potem, ustępuje im przede wszystkim jako konwencja, nawet Szekspir, nawet powieść dziewiętnastowieczna, z której jesteśmy tak dumni. Wierzę głęboko, że pewnego dnia odwrócimy się od wszystkiego, by raz jeszcze prześledzić tajemnicę Sofoklesa i Ajschylosa. Wierzę, że ta chwila jest nawet bliska: świat zmalał, a niektóre symbole stały się zrozumiałe dla wszystkich.

Montaigne chce zrozumieć świat, Pascal siebie, Balzak społeczeństwo, Stendhal miłość, Musset miłość, Maupassant miłość, Lew Tołstoj historię Rosji, życie rodzinne podminowane przez sumienie, Dostojewski cierpienie, Żeromski Polskę, Szołochow Kozaków, Erenburg pokój, a ty, członku Związku Literatów Polskich z siedzibą na Krakowskim Przedmieściu? Gdzie i w czym ciebie szukać? Co masz w swym koszyku, spiesząc o świcie na targ? Co sprzedajesz? Co masz do ofiarowania ludziom? Jeśli nie potrafisz odpowiedzieć na to pytanie jednym słowem, jeśli sam nie wiesz, co masz na swym straganie, jeśli nie czujesz się w prawie zawołać jak straganiarka: do mnie! do miodu! tylko u mnie wiśnie jak baniaki! – to nie spodziewaj się, że ktokolwiek jutro zbliży się do twego kramiku!”

To Adolf Rudnicki. Niedawno pisałem dla „Polonistyki” tekst „Dobry autor to żywy autor”, trochę właśnie na ten temat. Tylko tyle dziś straganików, właściwie jeden wielki bazar. Znowu nie taki duży, bo czytających – w przeciwieństwie do piszących – jak na lekarstwo. Badania Biblioteki Narodowej zatrważające. Nie tylko nie czytamy ale i nie mamy w domu książek. Dzisiaj kolega przesłał mi filmik z jakiejś telewizji. Dziennikarz pyta przechodnia o jego lektury. Ten coś duka. Czy kupuje czy wypożycza. – Pośrednio – odpowiada. Jakie książki czyta. – No, poważne. – Ma w domu książki? – Raczej wypożycza. – Jakie poważne? – No, poważnych aktorów…

Właściwie można by powiedzieć, dziękuję. Nie mam więcej pytań i komentarzy. A jednak mam. Temat-wyschnięta rzeka. A jednak.

Dzisiaj przeczytałem (natemat.pl), że na całym fatalnie rozregulowanym rynku książki tylko uwaga! 5 procent książek to literatura ambitna, poważniejsza, rozwijająca, w tym klasyka i literatura zagraniczna. Więc 95 procent to książki komercyjne. To wiśnie jak baniaki! Że pomalowane na czerwono, tym lepiej się w nich odbija słońce i świecą się jak psu…

Tysiące, dziesiątki tysięcy książek przepada każdego roku w magazynach. Książka w Polsce żyje od półtora miesiąca do może trzech miesięcy a potem ląduje w księgarniach internetowych i dosyć szybko do sieci tanich książek. W ambitnym Dedalusie można znaleźć dosłownie wszystko – od klasyki po Noblistów. Za grosze.

Książka przywalona książką i książką pogania. Jestem autorem i jestem za tym, aby dużo (choć mniej niż teraz) wydawać ale też aby wszystkie osoby dramatu starały się wpłynąć na regulację rynku. A to autorzy, tłumacze, agenci, dalej wydawcy, hurtownicy, sieci księgarskie, księgarnie i samorządy (bo robią zakupy biblioteczne), również bibliotekarze. Trzeba przeciwstawić się książce traktowanej jak karta kredytowa – do spłaty za 50 dni, kiedy wypadnie z rynku. Tysiące tytułów wirują jak na karuzeli aż głowa boli. I nawet nie widzimy, że to poluzowany diabelski młyn, z którego wszyscy pospadamy. Tysiące tytułów wydawanych bez sensu, bez logiki, bez pieniędzy na ich promocję i marketing (bo sprzedaż dzisiaj tak ważna). Nie, przepraszam, jakaś logika w tym wydawaniu na morgi jest – obrót gotówką. Więc wydawcy wydają nie aby książkę dobrze sprzedać, ale aby upchnąć mały nakład i wydać zaraz następną książkę, tak krąży gotówka, z opóźnieniami rzecz jasna olbrzymimi. Autor? Jaki autor? Za drzwiami, za biurkiem, pod sznurkiem. Wydawcy tłumaczą: nie mamy wyjścia, hurtownicy, duże sieci księgarskie… No tak znacząca część ceny książki to przecież nadmuchana marża, którą się rynek musi szybko podzielić. W tę cenę trzeba wrzucić też sprzedaż, bo i za obecność książki w księgarni się płaci.

Karuzela jeszcze się kręci. Już tylko udaje, że nęci. Gdzie Grecy, gdzie Sofokles, gdzie klasycy, gdzie Balzak, Stendhal, Tołstoj? Gdzie dzisiaj jest Adolf Rudnicki? Nikt się nie ostaje. Jak ze śmiercią, tnie sprawiedliwie prędzej czy później.

Pisarze lądują na wielkim śmietnisku książek. I to jest jedna strona. Po drugiej są Czytelnicy, nieliczni. Z głową nie w chmurach a w chaosie, który im zafundowano. Pięć procent rynku książki to literatura ambitniejsze? Poważna? Rozwijająca? Czytaj – niszowa. Dzisiaj mam ochotę krzyknąć: – Ludzie, ratunku!!! Przecież za chwilę nie będziemy umieli samodzielnie myśleć, bo skąd? Przecież za chwilę nie będziemy chcieli nic zrozumieć, bo po co? Przecież za chwilę a może już… Niuanse sruanse. Kogo dziś interesuje złożoność dziejów, losów i ludzi? Kogo interesuje szeroki kontekst?

Nawet tak marnie znikome środowisko jak ludzie książki podzielone jest na obozy i oboziki. Podczas gdy olbrzymia część autorów walczy o stałą cenę książki choćby przez rok, żeby książka nie była od razu towarem przecenionym lądującym w kornerze na sejlu (koleżanka pisała niedawno na FB, że pani w galerii handlowej wskazała jej ubrania przecenione mówiąc, że sale jest w cornerze), żeby autor mógł zachować jakiekolwiek poczucie godności, pewne grupy i środowiska wmawiają, że to zabije czytelnictwo na amen. Co zabije? Przepraszam? A może nie zabije? Może wpłynie w efekcie na obniżenie cen książek, bo będą musiały z ceny wypaść chore i nieuczciwe marże? Może wydawcy przemyślą, że trzeba zmienić myślenie o rynku? Może zauważą, że już dalej nie można na rynek reagować ale trzeba go zmieniać? Wpływać na niego? Przydałby się Szyfman książki, oj przydał.

Wiem, tak było miło, jak omawiałem Rudnickiego i Szyfmana. Książki ze śmietnika historii, na które trafiłem cudem. Macham szabelką? Piórkiem najwyżej? I tym też nie. Jedynie zdezelowaną klawiaturą mógłbym pacnąć ale nie pacnę, bo mi jej szkoda, bo to mój chleb. Skończyłem się chyba przyglądać i już od jakiegoś czasu zaczynam głośno mówić. Choć to głos wołającego na puszczy. Bo do kogo? Do czytających to piszę? Więc po co?

Bo o czym myślę? Że nam mózgi wyprano? Trudno. Jakieś tam resztki jeszcze w pamięci zostały z lektur klasyki i z książek ważnych, ambitnych, o czymś. Ale przecież kolejnym pokoleniom to nie zostanie. Bo co ma zostać? No, może ból fantomowy. Ale i w niego nie wierzę. Zostanie relikt a nie intelikt.

Autorów i ludzi kultury, która w całości niepotrzebna, tak  się genialnie traktuje w tym kraju i ich opłaca (no skoro rynek taki mały), że aby ze swoimi zadaniami zdążyć zacznę sobie zakładać pampersa, by nie tracić czasu na wyjście do toalety. Ale zmienić go już zapewne nie zdążę. W tym markecie, gdzie każdy woła: – Moje wiśnie jak baniaki! I chcę wyrazić się jasno: mówię w imieniu wielu! Kiedy ostatnio napisałem koledze, że jestem kilka dni zagranicą, bo pojechałem popływać (to pływanie było zresztą żartem), odpisał, że ubawił się, bo czyta moje „lewicowe” wpisy i o tym, jak staram się walczyć z systemem. Czyli, że tak krzyczę a zagraniczne wywczasy… Więc powiem tak, pojechałem na pięć dni wakacji a pracuję od rana do późnej nocy, bywa siedem dni w tygodniu i po przyjeździe z kilkudniowego raju do Warszawy tyle mam zaległości, że się z nich wydźwignąć nie mogę.

Kocham swoją pracę, więc zawijam te folijki (bo przecież nie sreberka). A mówię, bo chyba ktoś już w końcu musi.

Adolf Rudniki otwiera „Niebieskie kartki” definicją:

PISARZ

Pisarz: istota przeciwna zasadzie życia. Wszystko wokoło znajduje się w ruchu, w szumie, a on stoi. Stoi pośrodku morza i rozgląda się. Co za rola!