Ksiądz Paradoks

Przed dwoma dniami wydawnictwo Znak przysłało mi egzemplarz książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”, która ukaże się za tydzień, a której fragment dzisiaj publikuje Gazeta Wyborcza. Zanim mogłem zabrać się za lekturę, przekartkowałem. Zasmuciłem się. Wśród zdjęć księdza zamieszczone są fotokopie wyciągniętych z IPN-u teczek księdza Jana. Mój pierwszy odruch był taki, aby nie czytać tej książki.

Księdza Jana znałem, myślę, że byliśmy zaprzyjaźnieni (chociaż to może powiedzieć wiele osób, które się z nim spotykały). Bywało, że odwiedzałem go w domu, u sióstr Wizytek częściej niż raz w tygodniu, rozmawialiśmy zawsze dużo o literaturze, czytaliśmy wiersze, często ksiądz zapraszał mnie na „dziennik” do swoich sąsiadów, braci Olszewskich, bo sam nie miał telewizora. Szedł najpierw sam i pytał, czy może przyjść na dziennik z kolegą. Kilka razy poprosił, żebym obejrzał z nim film, pamiętam, że oglądaliśmy na przykład „Zmierzch Bogów”. Wiele mam wspomnień z tego okresu, do księdza wciąż czuję przyjaźń i czułość, lubię wracać do jego wierszy. W szufladzie biurka mam fotografię księdza, który stoi pod małym skromnym drewnianym krzyżykiem w swoim pokoju. To zdjęcie zostało zrobione do naszej rozmowy „Rozum spokorniał”, która ukazała się w mojej pierwszej książce z wywiadami (od tytułu tej rozmowy wziął się też tytuł całego zbioru). Do dzisiaj uważam za zaszczyt, że ksiądz napisał wstęp do mojego drugiego tomiku wierszy „Drzewa wierzą naprawdę”. Wręczył mi któregoś dnia napisany na maszynie tekst podpisany własnoręcznie czarnym piórem. Miałem przyjemność prowadzić spotkania księdza z czytelnikami – w Błoniu pod Warszawą, ksiądz zasnął nam podczas spotkania i pan Henryk Machalica, który czytał wiersze księdza właściwie prawie zaczął krzyczeć czytając, żeby księdza zbudzić zanim zorientuje się publiczność. W drodze do tegoż Błonia ksiądz wymyślał tytuł dla swojej nowej książki i śmiał się bardzo, kiedy wpadł nagle na słowa: „Ogony i ogonki”. Pamiętam cichy głos księdza w rozmowach telefonicznych, a właściwie w telefonicznym umawianiu spotkań i w czasie kazań. Pamiętam, jak stanąłem w kolejce z życzeniami urodzinowymi, kiedyś po mszy. Trzymałem w ręku prezent, a ksiądz wyłuskał mnie spośród gości i przywołał: „Najpierw ty, z łapówką”. A kiedy miałem poważne rodzinne problemy, przysłał mi kartkę (chociaż mieszkałem dwie ulice dalej), że nie chce przeszkadzać w zmartwieniach, ale pamięta w modlitwie. I pamiętam kazanie na jubileusz posługi kapłańskiej, kiedy powiedział: „Diabeł idzie do góry, a trzeba robić wszystko, żeby szedł na dół”. I pamiętam, że powiedział mi kiedyś: „Piekła nie ma, ale nikomu tego nie mów, bo nie mogę tak mówić jako ksiądz”. I pamiętam, jak czytał, u siebie w domu, jedno ze swoich kazań na najbliższą niedzielę i sprawiał wrażenie, jakby chciał rady. W ogóle zaskakiwał zawsze swoimi pytaniami. I pamiętam, jak był przejęty, kiedy ktoś powiedział mu, że Herbert napisał niezbyt przychylny wiersz mu dedykowany i poprosił mnie wtedy, żeby poszedł do księgarni Prusa i kupił mu egzemplarz książki a potem przeczytał wiersz, i długo to roztrząsał, nie mogąc zrozumieć, czemu. I pamiętam, jak czytaliśmy razem wiersze Janusza Szubera. I jak czuł się zawstydzony, kiedy zauważyłem kiedyś, kiedy wychodziliśmy do samochodu w drodze na spotkanie autorskie, że miał poplamioną sutannę. Zaproponowałem, że wrócimy i to wodą zetrę.

Otworzyłem książkę Magdaleny Grzebałkowskiej i natychmiast, chociaż bardzo dbam o książki i nic takiego nie robię, z filiżanki pociekła na nią kawa. Uśmiechnąłem się do siebie, bo ksiądz wiecznie chodził poplamiony i nawet teraz ta biografia z kawą.

A potem już nie mogłem się od biografii księdza oderwać. Czytałem przejęty. Zobaczyłem znów księdza takiego, jakim go znałem. Starego chłopca z przyklejonym tupecikiem, otoczonego ludźmi, których z uwagą słucha, chociaż później ironicznie komentuje, tęskniącego za rodziną starego księdza, który umawia gości godzina po godzinie, żeby za długo nie być bez towarzystwa i rozmowy, ironicznego poetę, który doskonale zna wartość swojej poezji i wartość pisania innych i który nigdy nie będąc pewnym tego, co napisał, nieustannie zmieniał, przepisywał. Ile to razy czytał różne teksty, wiersze, kazania odwiedzającym go osobom, dopuszczał nas do tego misterium. Zobaczyłem pobożnego księdza, który nie chce nikogo nawracać ale swoją pobożnością pokazuje świat tajemnicy i Słowa. Zobaczyłem mędrca, który nie chce i nie umie niczego posiadać, czym mnie nieustannie rozczulał, bo taka była moja babcia.  Zobaczyłem starego człowieka, który oddał wszystko w ręce osoby, która mieszała mu w głowie, przez którą cofał swoje decyzje, a nawet, będąc w pełni świadomym, przyznawał ze wstydem: jestem stary i czasem nie wiem, co podpisuję, która uczyniła z jego twórczości nie katechizm, a towar, by czerpać z niej po jego śmierci. Za życia ksiądz nic nie miał a jeśli miał, szybko się tego wyzbywał.

Dwa zdania tej książki to właściwie klucz do Jana Twardowskiego:

„Jan Twardowski poeta chciał zdobyć świat.

Jan Twardowski ksiądz nie chciał od życia niczego. Po Bogu najważniejszy był człowiek”.

I tak właśnie Księdza pamiętam. Pierwsze ze zdań rozumiem jako katechizację. Ksiądz Jan naprawdę swoimi wierszami chciał mówić o Bogu do czytelnika w Warszawie, w Radomiu i w Starogardzie. I tylko tak zdobywać świat.

Czytałem biografię księdza Jana z niesłabnącym zainteresowaniem. Bałem się tylko rozdziału dotyczącego jego związku ze służbą bezpieczeństwa. Bałem się, że Magdalena Grzebałkowska napisze tak, jak to zrobił Artur Domosławski w książce o Ryszardzie Kapuścińskim. Bałem się, że odbierze mi osobę mi bliską, ważnego twórcę, autorytet. Jeśli trafiła na teczkę o związkach ze służbą bezpieczeństwa, jako biograf ma obowiązek się do tego odnieść. Ale jako biograf, a przede wszystkim reporterka, ma obowiązek zrobić to rzetelnie. Tak też się stało. Z analizy tej teczki wynika, że podporucznik Grzegorz E., esbek, który rzekomo pozyskał księdza do współpracy nadając mu pseudonim „Poeta”, przez wiele lat utrzymywał z księdzem dosyć sporadyczny kontakt wynikający z pracy księdza Jana jako rektora klasztoru ss. Wizytek na Krakowskim Przedmieściu. A to pojawił się przed rocznicą odzyskania niepodległości, żeby zamknąć bramę do klasztoru popołudniu, a to upewniał się, że w czasie jakiegoś nabożeństwa nikt z opozycji nie wedrze się na ambonę i nie zacznie mówić do mikrofonu. Początkowo ksiądz rozmawiał z podporucznikiem Grzegorzem E., na ławce, przed swoim domu. Ale zdarzyło się, że zaprosił go do domu, jak tyle innych osób, które do siebie przyprowadzał przez lata. Widocznie esbek nie był w stanie uzyskać od księdza wystarczających informacji, skoro zarejestrował go dopiero pod koniec 1987 roku, czyli siedem lat od pierwszej rozmowy. Według teczki celem pozyskania „tw Poeta” było uzyskanie informacji o seminarium, w którym ksiądz wykładał a także o duszpasterzu środowisk twórczych ks. Niewęgłowskim. Z całej tej współpracy pozostały dwa chyba nieprzychylne komentarze księdza Jana wobec księdza Niewęgłowskiego, wynikające – tak można to zrozumieć – z urazy – Niewęgłowski nigdy nie zorganizował księdzu spotkania autorskiego, nie zaprosił na spotkania z opozycyjnymi artystami. Ksiądz rzekomo pozytywnie odnosił się do systemu politycznego panującego w kraju. W sierpniu 1989 roku rozwiązano współpracę z Księdzem, którego stan zdrowia się pogorszył i „z tego względu t.w. odmawiał kontaktu z pracownikiem”. Parę dni wcześniej w charakterystyce księdza esbek pisał, że „T.w. nie był wynagradzany ani nie otrzymywał prezentów okolicznościowych. Informacje przez niego przekazane miały charakter bardzo ogólny”. Magda Grzebałkowska dotarła do Grzegorza E., który jednak odmówił rozmowy, a teczkę konsultowała z profesorem Wojciechem Polakiem, historykiem i politologiem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Powiedział, że po lekturze materiałów jest przekonany, że ksiądz Jan „nie miał zielonego pojęcia o rejestracji. Moim zdaniem zrobiono to bez jego wiedzy i zgody(…) To typowe. Esbek przychodził, a on nie miał odwagi go pogonić. Zależało mu na spokoju. Jednak żaden dokument w teczce nie świadczy o świadomej współpracy księdza z bezpieką” – wyjaśnił profesor.

Magdalena Grzebałkowska nie ujawniła nazwiska esbeka, który założył księdzu teczkę. Napisała, że były esbek ma dwoje trzydziestokilkuletnich dzieci, nie chciała ich nazwiska plątać w sprawę, z którą nie mieli przecież nic wspólnego.

W dzisiejszej „Gazecie” fragmenty książki dotyczące kobiet w życiu księdza Jana. Swojej fascynacji kobietami, miłości do nich nigdy nie krył, nawet w wywiadach, ale do końca, również umierając, powtarzał, że nigdy z kobietą nie był.

Wiele w tej książce fascynujących fragmentów i historii, na przykład historia domu przy ul. Elektoralnej 49, gdzie mieszkał od urodzenia, również w czasie wojny. Tajemnica tego domu, jako jednego z dwóch przy Elektoralnej, wyłączonych z obszaru getta. O pomoc w rozwikłaniu tej tajemnicy poprosiła Barbarę Engelking, współautorkę monumentalnej pracy „Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście”.

Grzebałkowska wciąż stawia pytania, ale sama unika komentarzy, pyta fachowców. Przygląda się paradoksom i próbuje pokazać sprzeczności, jakie w księdzu były, czyniąc z niego postać pękniętą, postać z krwi i kości, równocześnie nie ujmując jego autorytetowi. Ta książka nie pozostawia na księdzu skazy, bo po ludzku mamy dla niego czułość, bo żył tymi paradoksami, być może czasem w niezgodzie z samym sobą. Przede wszystkim jednak książka pozostawia tajemnicę Jana Twardowskiego – człowieka i kapłana, nierozwikłaną.

Pozostaje tylko smutek, że pod koniec życia otoczył się również ludźmi, którzy nie byli godni być w jego otoczeniu i którzy odebrali mu godność. A on tylko ze smutkiem kiwał głową.

W ostatnie urodziny odwiedziłem księdza u Wizytek. Wyglądał jak prorok z długimi śnieżnymi włosami opadającymi na ramiona. Później odwiedziłem księdza kilka dni przed śmiercią, w szpitalu na Banacha. Pani Aleksandra Iwanowska, jego spadkobierczyni wyrzuciła mnie z sali. Zdołałem tylko uścisnąć księdzu rękę. Ksiądz był zawstydzony, właściwie zażenowany jej zachowaniem. Nic nie powiedział, ale uśmiech, z jakim mnie przywitał natychmiast znikł z jego twarzy. Spojrzałem na księdza po raz ostatni, zamykając drzwi. I nigdy nie zapomnę i wstydu i smutku, jakie pojawiły się w jego oczach.

Magdalena Grzebałkowska „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”, Znak, Kraków 2011.