intymnie

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem po stronie Poezji, że staram się z niej czerpać, to znaczy czytać, że kupuję tomiki wierszy, że wracam do swoich ukochanych poetów. Tak było chyba zawsze odkąd nabyłem jakąś literacką świadomość. Poezja jest potrzebna życiu jak tlen, ale musimy być gotowi na takie spotkanie, mieć czas, ciszę, możliwość skupienia. Coraz to trudniejsze w biegu. Dlatego taką przyjemnością były dla mnie rozmowy z wybitną aktorką Ireną Jun, współbohaterką (ze Stanisławem Brudnym) mojej książki „To, co najważniejsze”, książki objętościowo skromnej, ale chcę myśleć, że będącej czystą esencją, wiem, że ważnej nie tylko dla mnie. Bo Irena cała jest po stronie Poezji. Ewa Bułhak nazwała ją kiedyś wręcz „komiwojażerką poezji”. Irena chętnie wyrusza w podróże, na spotkania z widzami, i zawsze chętnie mówi wiersze. Na wszystkich spotkaniach, jakie mieliśmy wokół tej książki Irena mówiła wiersze Wisławy Szymborskiej. Jednak dobierając zawsze inny, wkomponowując go w sytuację, emocje publiczności, puentując nasze dialogi. Również wczoraj mówiła Szymborską na zamknięcie spotkania promującego naszą książkę w Bemowskim Centrum Kultury. Wczoraj mówiła wiersz „Możliwości”, który też staje przecież po stronie poezji, jest w nim fraza: „wolę śmieszność pisania wierszy od śmieszności ich niepisania”. Wyjątkowa była też dla nas obecność legendarnego artysty Jerzego Kaliny, który włączył się do naszej rozmowy, mówiąc pięknie i poetycko właśnie o teatrze Jerzego Szajny i filmach Piotra Dumały.

Więc też wolę śmieszność pisania wierszy, ale… Dostałem niedawno bardzo ciekawe zaproszenie na spotkanie autorskie w Częstochowie. Ale jeszcze bardziej ucieszyła mnie lista tematów, właściwie paradoksalnych, bo pozwalających zobaczyć w mojej pracy to, co zasłaniam. A zasłaniam przede wszystkim wiersze.

Trudno mi ukryć, że moim debiutem książkowym (i to w roku 1998) był bardzo skromny tomik wierszy. Miał tytuł „Świat banalny” i opublikowała go łódzka oficyna Bibliofilów. Miał skromną objętość i skromne, tak bym to ujął, wiersze. Właściwie do tej książki nie zaglądam, ale kiedy ostatnio coś chciałem sprawdzić i zacząłem je po tych osiemnastu latach czytać miałem poczucie, że w tej małej książeczce jest wszystko i że się tych wierszy w większości nie wstydzę… Owszem, mogę się podeprzeć zawsze publikacją wierszy w pismach literackich od „Poezji” po paryską „Kulturę”, publikowałem również w „Przekroju”… ale… Kilka lat później wydałem kolejny tomik „Drzewa wierzą naprawdę” (2001, więc piętnaście lat temu) i to ze wstępem ks. Jana Twardowskiego i posłowiem Ireny Conti, bohaterki mojej późniejszej książki „Wybór Ireny”. I z tą książką jest mi trudniej się spotkać. Owszem, pod częścią z tekstów mógłbym się dalej podpisać ale wiele z zamieszczonych tam wierszy, tak myślę, ma jakiś zalążek do rozwinięcia a poszły w stronę, która dzisiaj w ogóle jest mi obca, jakby za dużo chciały powiedzieć, były zbyt fabularne. I właściwie ten tomik, choć dobrze przyjęty, kazał mi do samego siebie podchodzić z większą rezerwą, wstrzymać z publikowaniem wierszy. I jednak przez te piętnaście lat starałem się nie publikować. Owszem, zdarza mi się napisać wiersz. – Nawet napisanie tego zdania sprawiło mi trudność, bo teraz piszę wiersz długo, wiele miesięcy, wracam do niego, rozwijam, skracam albo piszę na nowo. I tak bez końca. Wiele z wierszy z tomiku „Drzewa wierzą naprawdę” rozpracowuję nadal. Przepisuję, albo zabieram z długiego wiersza cztery wersy. W jakiś sposób konstruuję swój nowy tomik, ale nie mam pewności, czy się odważę na jego druk.

Oczywiście, to co napisałem wyżej, to jakaś wymówka jedynie, problem z pisaniem wierszy a właściwie z ich publikowaniem jest u mnie większy, dotyka różnych przestrzeni, i mam nadzieję dobrze je przemyśleć do spotkania w Częstochowie w lipcu. Dość, że organizatorka swoimi pytaniami, tak dla mnie ciekawymi, coś we mnie poruszyła, że staram się w sobie przełamać wstyd.

Wczoraj wydrukowałem sobie jeden z wierszy, nad którym pracuję ze dwa lata. Zabrałem go ze sobą na spotkanie na Bemowie. Pomyślałem jadąc tam, że skoro Staszek i Irena dają z siebie coś osobistego, to i ja dam, byłem pewny, że się odważę.

Dwie wydrukowane kartki, zgięte w pół leżały w naszej książce „To, co najważniejsze” i co jakiś czas w trakcie spotkania na nie zerkałem, a nawet próbowałem je otworzyć. Do końca byłem pewny, że ten wiersz przeczytam. Ale tego nie zrobiłem. Nie byłem w stanie przełamać tej fali.

Kilka miesięcy temu przyjaciel-poeta Jan Henryk Cichosz, który zna obie moje poetyckie książki zapytał, czy naprawdę niczego nie piszę. Odważyłem się mu posłać ten sam wiersz, który wczoraj chciałem przeczytać. Więc jakby był gotowy. Po lekturze zapytał mnie, czy pozwolę umieścić go na jego internetowej stronie i napisać o nim. Wpadłem w przerażenie, odpisałem natychmiast: „Proszę cię, nie zamieszczaj tego. Nie chcę publikować”.

Być może jakaś tama, dzięki tak postawionemu tematowi pęka. Być może zrozumiem, gdzie jest powód i o co mi chodzi, być może zabiorę do Częstochowy jakiś wiersz. Albo nie zabiorę. Ponieważ nie zamieszczę tu swojego wiersza, postanowiłem dzisiaj bardziej osobiście o tym napisać. Choć nie sądzę, by dla kogokolwiek to było ważne.

Wolę czytanie wierszy od nieczytania wierszy. Porządkują mój świat, pozwalają pobyć dłużej z bliskimi, którzy odchodzą. Odnajduję ich między wersami, odnajduję ich za słowami, czasami słyszę, jak mówią słowa. Wczoraj odeszła wybitna montażystka, Grażyna Kociniak, żona Mariana Kociniaka, którą uwielbiałem. Z Marianem napisałem wywiad-rzekę „Spełniony”, książkę Grażynce dedykowaną. Bardzo nam towarzyszyła, wspierała. Była też obłędną wprost wielbicielką literatury i czytała tony książek. Każda rozmowa z Grażynką była wielkim świętem i przyjemnością. Marian zawsze mówił o Grażynie z czułością. W naszej książce opowiadał o pierwszym spotkaniu: „Przychodziła często do Teatru Ateneum. To był rok sześćdziesiąty pierwszy, kiedy ją poznałem. Grażynka była asystentką reżyserki Zosi Dybowskiej w studiu dubbingowym. Nagrywałem coś, przedłużałem swoje wyjście ze studia, czekałem, aż Grażyna skończy pracę. Ale wtedy byłem już praktycznie zakochany. Zostaliśmy sobie przedstawieni wcześniej, właśnie przez Zosię Dybowską. Do Teatru Polskiego przyjechał jakiś radziecki spektakl, spotkaliśmy się na nim. Kiedy wychodziliśmy, pamiętam, deszcz lał jak jasna cholera, miałem na sobie skromną marynarkę. Nie miałem parasola. Pobiegłem, żeby znaleźć Grażynce taksówkę. Potem nie widzieliśmy się ze trzy miesiące i nagle to spotkanie przy dubbingu. No, musiało wybuchnąć. W sześćdziesiątym trzecim wzięliśmy ślub”. Mówił też: „Grażynka mówi, że mamy szczęśliwe babieństwo na stare lata, tak jak jest szczęśliwe dzieciństwo. Oczywiście, że Grażynka wciąż marzy. Na przykład o podróżach. Kocha ciepłe kraje. Na Krecie byliśmy chyba kilkanaście razy. Kocha ciepłe morze. Ostatnio marzy o Meksyku. Obiecałem jej tę podróż, prawdę mówiąc, nie bardzo mi się chce, ale chyba pojadę z nią…”

I tak właściwie kartka za kartką aż po zdania: „Jedynym moim przyjacielem w tej chwili jest żona. Mimo wszystkich kłód, które jej waliłem pod nogi. Wciąż jest ze mną i trzyma mnie przy życiu. Grażyna i jeszcze raz Grażyna”.

Jeszcze wiosną 2014 widziałem Ich razem, pięknych i zdrowych na promocji mojej książki „Złodzieje koni” w Teatrze Studio, Marian czytał fragmenty tej powieści. Później zaczęły się choroby. Ale ciągle byliśmy w kontakcie telefonicznym. Wiadomość o śmierci Grażyny to szok, bo zawsze wydawała się silniejsza, pokonująca nawet największe trudności, dla Mariana była zawsze punktem odniesienia, światłem, ratunkiem.