cztery pory pieśni nieustającej

Irena

Póki można zaczynać od pisania o słońcu, robię to z przyjemnością. Zapomniałem już czym jest polska złota jesień. Oczywiście, wolałbym śródziemnomorskie lato ale Bałtyk o różnych porach roku też jest przejmująco piękny. W ubiegłym tygodniu była w Polsce Cristina De Stefano, włoska biografka Oriany Fallaci, bo właśnie ukazała się u nas jej książka „Oriana Fallaci. Portret kobiety”. Tak się złożyło, że miałem przyjemność prowadzić warszawski wieczór promujący tę książkę w Faktycznym Domu Kultury, a następnego dnia oprowadzić Cristinę po Warszawie. Byliśmy m.in. w pracowni Ryszarda Kapuścińskiego na Starej Ochocie. Spacerowaliśmy w słońcu, które odbijało się już od pożółkłych liści leżących na trawie, w Ogrodzie Saskim. Wtedy powiedziałem, że od lat już chyba nie było polskiej złotej jesieni. Cristina zainteresowała się tym powiedzeniem i dopytywała mnie, co oznacza. Zapisała sobie ten zwrot, również po polsku. Piszę o tym, bo przypomniałem sobie wszystkie jesienie z dzieciństwa i w ogóle regularne pory roku, jak w „Chłopach” Reymonta. Przyroda miała swój rytm i wprowadzała ziemię w kolejne etapy aż po etap wegetacji i smutny i dający nadzieję, bo jednak szybko przychodził czas obudzenia. Pojawiały się przebiśniegi. Może więcej o tym myślałem, bo wychowałem się na wsi. Ale mam poczucie, że ostatnie lata zaburzyły ten naturalny dla nas rytm pór roku. Że trudno już mówić o wiośnie, lecie, jesieni i zimie. W ubiegłym roku, kiedy pracowałem nad książką „Było, więc minęło” o prof. Joannie Penson, kiedy przyjechałem do Gdańska, a był kwiecień, był siarczysty mróz. Pamiętam spacer sopocką plażą,  morze wyglądało jak skute lodem. Tegoroczny kwiecień rozbuchany, soczysty, zupełnie inny. 1 października minął rok od wydania tamtej książki, z której wciąż tak się cieszę. Bo takie spotkania jak to z prof. Penson właściwie prawie nie zdarzają się w życiu. Coś kosmicznego jest w tym, że poznałem panią profesor przypadkiem i z tego przypadku jest książka, która będzie zawsze miała dla mnie znaczenie. Książka o sile życia ale i o sile humanizmu. – W opowieści o rodzicach pani profesor, w opowieści jej samej.

A teraz otwiera się kolejny etap. Za chwilę, za kilkanaście dni wychodzi „Wybór Ireny”, książka którą dokumentowałem pięć lat. I cieszę się, że wyjdzie właśnie teraz, bo październik to miesiąc urodzin i miesiąc śmierci Ireny Conti Di Mauro. Za chwilę minie pięć lat od jej śmierci. Również pięć lat od śmierci Marka Edelmana. Napisałem, że otwiera się kolejny etap, bo książka choć gotowa właściwie coś zaczyna. Nie zamknęła się. Właśnie znalazłem kogoś w Izraelu, kto Irenę znał. Tak jest zawsze, kiedy pracuję się nad trudnymi, biograficznymi tematami. To poczucie, że niczyjego życia nie można opowiedzieć do końca. Więc ja będę z Ireną dalej. Tak jak jestem z Franzem Kafką. Kiedy pracowałem nad książką „Bagaże Franza K.” i kiedy pisałem rozdziały o jego ostatniej miłości Dorze Diamant, nie mogłem jeszcze przewidzieć, że poznam jej rodzinę. A pracując nad „Wyborem Ireny” poznałem w Izraelu jej bratanka, Zvi. I jego żonę Szoszi. I ich rodzinę. Zaś Zvi przedstawił mnie Pawełkowi, papierosiarzowi z placu Trzech Krzyży. Ten Pawełek, czyli pan Perec Hochman nagle powiedział mi, w jaki sposób przypłynął do Palestyny. I okazało się, że przypłynął tym samym, co Irena statkiem. Nagrałem pana Pereca, fragmenty publikuję w książce. Cztery miesiące później pan Perec zmarł, a potem umarł Zvi. I to jemu zadedykowałem tę książkę. Chciałem, żeby był w niej z nami. Z tą historią. W tej podróży.

Od lat myślę o tym, aby „Bagaże Franza K.”, które kończą się w połowie lat 80. XX wieku, wraz ze śmiercią córki Dory, kontynuować – uzupełnić o walkę o rękopisy Kafki, jakie były w posiadaniu Maxa Broda, później jego sekretarki a w końcu jej córek. Nawet którejś gorącej nocy w Tel Awiwie poszedłem, ukradkiem, zobaczyć ten dom, gdzie są rękopisy, dom przy ulicy Spinoza.  Dwa tygodnie temu w Warszawie, siostrzeniec Romka, z którą Irena, bohaterka „Wyborów Ireny” była związana, mówi, że jest lekarzem tej pani, która owe rękopisy dziedziczyła.

I to nie ma końca.

Cudowny jest świat książek, owszem, ale świat opowieści. A ta dzisiejsza odkryła się w słońcu wczesnej jesieni. I chyba jest jak być powinno, kiedy są słowa i słowo za słowem. I starają się mieć znaczenie.

PS

W kalendarzu zamieściłem aktualne wydarzenia. Jutro (poniedziałek) o tej porze prowadzę w „Gazecie Wyborczej” spotkanie z Mają Komorowską i Tadeuszem Sobolewskim. Zapraszam.