Siciliano vero!

Po prawie dwóch tygodniach na Sycylii wróciłem. Niektórzy lubią wyjazdy, inni powroty. Uwielbiam wracać, pakować się na drogę do domu, sprawia mi to dużą radość. Z przyjemnością się po powrocie snuję po mieszkaniu, gadam z kotami, piję trzecią kawę. Nie narzekam, że tu zimno, deszcz i szaro, a „każdy dzień wlecze się jak makaron”. Przeciwnie, kocham wracać do kraju, w którym nic nie jest na pewno, w którym nie dostaje się słońca, morza i bajabongo przez większą część roku, w którym wszystko zależy ode mnie (jak zimno – włączam kaloryfer, jak nie ma słońca – włączam więcej lamp). Owszem, narzekam na ten kraj, bo żyć tu jest bardzo ciężko, przeszkoda za przeszkodą, polityki takiej jak u nas wrogom nie życzę, więc narzekam, narzekam, wyjeżdżam gdzieś, wracam i to zawsze z radością. Granice otwarte, mógłbym mieszkać na przykład w Paryżu czy na Korfu (dwa miejsca na krótkiej liście możliwych do zamieszkania), ale mieszkam w Warszawie, z całą jej historią, z jej pulsowaniem, złą organizacją (chociaż dzisiaj akurat najlepsza wiadomość z możliwych – stołek utracił przyspawany do niego najgorszy z dotychczasowych szefów Biura Kultury, który rozwalał jak mógł stołeczną kulturę skłócając ze sobą wszystkie możliwe strony), z brakiem wyobraźni w planowaniu przestrzennym miasta, z jej kulturą rozwijającą się już w znacznej mierze w podziemiu, mieszkam tu i chociaż narzekam, chętnie wracam.  Naprawdę.

Sycylia gorąca jak patelnia. Mieszkanie, w którym byłem zjawiskowe, dobudowane na dachu kamienicy na starówce Trapani, z oknami na morze i kilkudziesięciometrowym tarasem z widokiem na port. Udało mi się omal skończyć pisanie książki, jeszcze kilka dni na ostateczny szlif. Unikałem klimatyzacji, więc okna i taras otwarte całą noc. Usypiałem słysząc rozmowy zbierających się na placyku nad morzem całych rodzin, o jedenastej, dwunastej, kiedy robiło się chłodniej, przychodzili na placyk z krzesłami, stolikami, rozmawiali, pili wino. Budziły mnie mewy nawołujące się, krzyczące, wymieniające ze sobą mnóstwo porannych wiadomości. Nigdzie nie widziałem tak wielkich mew, dosłownie jak latające kury. Przyfruwały na taras. Siadały na poręczy, na murku, na dachu i potrafiły patrzeć prosto w oczy. Aż wyobrażałem sobie, że zaraz zacznie się film „Ptaki”.

W sycylijskim winie zobaczyć można ten krajobraz – miejscami spalonej ziemi, ale w znacznej mierze uprawnej, tych rozłożystych gór usłanych winnicami, oliwkowymi polami, skał odsłoniętych całymi blokami, bo wydobywa się tam marmur, morza, które widać w dole, morza o kolorze szafiru (kiedy samolot zbliża się do lądowania widać nawet na wielkiej głębokości dno morza). Widać pejzaże zapierające dech w piersiach (jak w prywatnej skalnej zatoczce w Scopelo), ale i monotonne, szare wsie i przemysłowe miasteczka. Podróż autostradą z Trapani do Palermo odsłania malownicze zakątki wyspy, obezwładnia kolorami, nasyconą zielenią, mgłami unoszącymi się w górach, wschodzącym lub zachodzącym słońcem. Palermo wybija z sennego rytmu. Tutaj kierowcy jeżdżą jak w grze komputerowej, nie ma zasad, kto sprawniejszy ten lepszy. Z trzech pasów nagle robią siedem, zajeżdżają drogę, nie dają kierunkowskazów zmieniając jeden lub od razu trzy pasy. Wjeżdża się z tej bajki prosto w miasto-potwora, miasto głośne, rozkrzyczane, tłumne, nawet przeludnione. Nie byłem nigdy na Kubie, ale całe ulice Palermo wyglądają tak jak wyobrażam sobie Hawanę – zrujnowane domy, zabite deskami okna, pozamykane „palazzo”. Ale zaraz za rogiem, albo na tej samej ulicy architektura w rozkwicie, bogactwo i piękno. Ruiny sąsiadują z rozwojem. Kawa przy Teatro Massimo, skwar leje się z nieba, obiad w wąskiej uliczce pomiędzy wysokimi kamienicami – byle schować się w jakikolwiek cień. Palermo miasto-szaleństwo. Piękne, dumne, pogmatwane, chaotyczne, jakby nie nadające się do mieszkania, a tylu przyciąga. Po paru godzinach ma się ochotę jak najszybciej uciec, wrócić do sennego pejzażu sycylijskich górskich wiosek. W Trapani (sto kilometrów dalej) otwieram pudełko z butami, jakie kupiłem w Palermo. Nawet nie dziwi mnie, że oba buty są lewe. Za dużo skwaru, za dużo słońca, za dużo wrażeń. Bo zwiedzać Palermo jednego dnia to jakby przebiegać szybko sale muzeum prezentującego sztukę starą, nową, prymitywną, abstrakcyjną. Dwa lewe buty – wyrzucić je? W końcu postanawiam odesłać do sklepu. Płodzę długi list po angielsku i podkreślam, że proszę o odesłanie butów: one right and one left – jeden prawy, drugi lewy. Podkreślam right and left. Ale trudno jest trafić na pocztę, bo z powodu sjesty poczta prawie zawsze jest zamknięta. Sjesta potrafi być na Sycylii nie tylko w określone godziny, ale i w określone dnie. Na przykład supermarket na ulicy, przy której mieszkałem, mam wrażenie, że otwierany był na „chybił-trafił”. Spod zamkniętych drzwi poczty wędrowałem do cukierni Corso, Sycylia słynie z cukiernictwa, naprawdę to są dzieła sztuki a nie ciastka. Byłem stałym klientem. Podobnie jak pizzy u Mammy. Mammy sycylijskie to oddzielny temat. Doglądające rodzinnych interesów, srogie, dyktujące synom warunki. Wrażenie goni wrażenie. A już prawie wieczór. Chłodniej, więc można usiąść na placyku w świetnej knajpce, gdzie najlepszy jazz, z głośników i Ella i Louis i Ray Charles z „Georgią”. Wystarczy zamówić spritza – najlepszy chyba trunek na włoskie upały (aperol+proseco+woda). I kolejnego spritza, kiedy Ella śpiewa, że black coffee i cigaretts. I przyglądać się ludziom sunącym ulicami, tańczącym omal, wpadającym na siebie, całującym się na powitanie. Francesco! Federica! Ile tu się pali cygar! Co chwilę widzę kogoś z cygarem. To wszystko widać w sycylijskim winie. A najwyraźniej chyba w marsali, ostrzejszej, bardziej ziołowej – i należy ją wypić w Marsali. Przy którejś z uliczek starego miasta. A potem można do Selinuntu, zwiedzić świetnie zachowane greckie świątynie z Akropolem włącznie. Gorąco, a świątynie rozmieszczone na powierzchni 12 kilometrów, ale kupuje się bilet na meleksa kursującego między świątyniami i naprawdę dzięki temu bez nadmiernego zmęczenia można obejrzeć dokładnie te cuda. A widoki na morze z tych ruin! I dalej w drogę. W słońce, gwar i szaleństwo.

W tym wszystkim udało mi się popracować, poczytać (odrobiłem wszystkie planowane lektury, napiszę o nich w kolejnych dniach), ale przede wszystkim nasycić oczy. Słońca nie ma, ale z tych wrażeń nadal je mrużę.