topić lód, codziennie

Jakoś nie mogę przeboleć, że nie nagrałem wczorajszego spotkania z Krystyną i Stefanem Chwinami, które współprowadziłem z Anną Janko w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Obiecałem nawet rodzicom, że nagram, i jak zwykle, w stresie przed spotkaniem zapomniałem zabrać dyktafon.

Rozmowa dotyczyła rzecz jasna państwa Chwinów jako pary i jako autorskiej czy też autorsko-redaktorskiej spółki. Mówili o swoim poznaniu (na schodach), o tym, że całe życie są w rozmowie, że nieustannie rozmawiają, inspirują się, razem podróżują, że świat oglądany w pojedynkę jest w jakimś sensie inny, bo brakuje mu perspektywy czterech oczu. Mówili o sobie w odniesieniu do baśni o Gerdzie i Kaju, i że fragment lodu w oku trzeba topić codziennie, pracować nad tym. Zapytałem, jak pisarz powinien pisać o żonie, bo na sali było kilku pisarzy, a przecież Stefan Chwin w chyba każdej swojej książce pisze o żonie, i to jak! Mówił o tym, jak uderzyło go, że Gombrowicz nie pisał o Ricie. I że pisarze w ogóle nie piszą w dziennikach o żonach, i dopiero po śmierci pisarzy wdowy niejako odzyskują głos, tak zaczyna się druga biografia tych pisarzy.
Pytałem też państwa Chwinów, czego dotyczą ich spory.

Ania Janko zapytała, w kontekście ich wspólnej książki „Wspólna kąpiel”, która prezentowała alternatywne życiorysy różnych postaci, jak inaczej napisaliby swoje życie. Stefan Chwin powiedział, że żona chciała mieć wielu synów, więc wyobraża sobie, że mają więcej synów (mają dwóch), na co pani Krystyna odpowiedziała: lub córek. Naprawdę żałuję, że tego nie nagrałem. Inspirująca piękna, para. Miałem poczucie, że się z Anią Janko ładnie dopełniamy. Zagraliśmy nawet jakieś sceny, wyobrażone rozmowy państwa Chwinów – dotyczące tego, co sobie zawdzięczają i jakie mogą mieć wobec siebie pretensje.

Znam Krystynę i Stefana Chwinów zawodowo, pewnie gdzieś od końca lat 90. Ostatnio widzieliśmy się dawno, nawet chyba bardzo dawno, ale miałem poczucie, jakby czas nie mijał od tamtego dnia, jakbyśmy wczoraj kontynuowali dopiero rozpoczętą rozmowę. Potem były rozmowy – nazwijmy to – kuluarowe.

A później, i ta scena dla mnie jest jak z powieści właściwie, jakbyśmy wyszli, wypłynęli z jakiegoś balu, na którym wypija się wysokointelektualne trunki pierwszej jakości, samą esencję literatury i tak wypłynęliśmy rozkołysani fragmentami „Dziennika dla dorosłych” Stefan Chwina, wierszami czytanymi przez Krystynę Lars, na Krakowskie Przedmieście. Na przystanku rozmowa trwała jeszcze, a potem całe towarzystwo – państwo Chwinowie, Ania Janko z mężem Maciejem Cisło, Ania Bolecka kontynuowała ją w autobusie 116, jakby innego, poza tym światem nie było. Pan Stefan zapytał, co teraz robię, nad czym pracuję, a ja wiszący na drążku opowiadałem o swojej podróży do Izraela, o emigrantach, którzy w 1946 porwali węglowy statek, by płynąć do ziemi, o której dotąd czytali, o której słyszeli, o którą chcieli walczyć, o której śnili albo której się bali.
Raptem, szybkie, urwane pożegnanie, państwo Chiwnowie jechali, płynęli dalej. My z Anią Janko i Maciejem Cisło na tramwaj, właściwie tramwaje, bo jadące w przeciwnych kierunkach. Odwróciłem się jeszcze za autobusem 116. Pani Krystyna w czerwonym toczku z woalką, pan Stefan w czarnym kapeluszu.

Czesław Miłosz w Gdańsku, foto Sławomir Fiebig

Wsiadłem do tramwaju i natychmiast zaczął czytać nową książkę Stefana Chwina „Miłosz”, którą dostałem wczoraj w prezencie, a która niebawem trafi do sprzedaży. Między innymi o gdańskich wizytach Czesława Miłosza, o jego stosunku do Powstania Warszawskiego, a także o tym czy Miłosz chciał, aby wiersz „Który skrzywdziłeś człowieka prostego” został umieszczony na gdańskim Pomniku Poległych Stoczniowców.

W najbliższą niedzielę (25 listopada) o 16.30 na targach muzycznych „Co jest grane” w Pałacu Kultury będę prowadził spotkanie z Renatą Przemyk. Zapraszam.

KRYSTYNA LARS

PIĘKNY WSTYD

Dotknij mnie. Oni już tu nie wejdą
Możesz odetchnąć. Zamknąć oczy
Szkło, w którym śpią nasze odbicia
Lśni w głębi pokoju
– czarne i pełne wspomnień
od których różowieją nam koniuszki uszu
Ten Piękny Wstyd ożywia nas –
nie chcemy, by umierał wraz z nami
Dłonie, w których pulsuje jeszcze niedawny dotyk
przefruwają za oknem jak para gołębi
Białe i senne nie pamiętają swoich imion
Powietrze odwraca się na wznak
i w miękkim znużeniu odsłania włosy wiatru
Teraz pokój ciemnieje –
tak jakby żaluzje stały się powiekami
To noc udaje, że nie chce na nas patrzeć
Nie wierzymy jej –
zbyt dobrze ją znamy
Mrużymy oczy. Splatamy palce nad głową
Czujemy słodki dreszcz – gdy wspomnienie wędruje
pod skórą
jak ukryty tatuaż
Czekamy wstrzymując oddech
– nie potrafimy się bać
W pokoju jest coraz ciemniej
Powietrze drży – jak przebite włócznią
Umarli pochylają się nad nami jak lustra
– łagodni i piękni – zaglądają przez ramię
w otwartą książkę, która powoli oddycha
między nami na poduszce
Wiemy dobrze: jest niebezpieczna – widziała zbyt wiele
Nagle
Kiedy odgarniając włosy
nieostrożnie dotykam jej –
zachodzi purpurą, w której przebłyskują łzy
Ramiona są rozchylone
Czerwień delikatnie dotyka zmrużonych rzęs
Cyprysowy krzyżyk gaśnie na piersiach
Moja szminka – na twoich wargach