Przypominać sobie…

Miałem taką przerwę w pisaniu tutaj, że nawet nie wiem, jak się za to zabrać, od czego zacząć. Ale rzeczywistość jest tak gęsta, bywa tak trudna, że często nawet szkoda komentować, albo wręcz paraliżuje pisanie. Pomyślałem jednak, że po raz kolejny spróbuję wrócić do regularnego pisania. Wiem, że to brzmi zupełnie beznadziejnie, ale spróbuję. Życie całe składa się z  takiej krzątaniny, walki z oporem. Ciągle musimy siebie do czegoś przekonywać, robić kolejny krok, i kolejny. Jak w tej przypowieści o buddyjskim nauczycielu i jego uczniu. Nauczyciel dał mu młoteczek, którym kazał uderzać w ścianę, tak długo aż runie. Uczeń uderzał z całych sił, każdego dnia, ale ściana ani drgnęła. W końcu poddał się. Nauczyciel zapytał go, co wpłynęło na jego decyzję. – Po prostu uderzam tyle dni, i nic, nawet kamień nie wypadł. Nauczyciel podszedł do ściany lekko poruszył ją dłonią, i wszystkie kamienie runęły. – Mistrzu, jak to zrobiłeś? – Po prostu dotknąłem. Zabrakło ci, jak widzisz, ostatniego uderzenia.

Marian Kociniak z egzemplarzem sztuki „Oczy Brigitte Bardot”, zdjęcie, jakie zrobiłem na próbie

Ale przypowieści przypowieściami… A życie toczy się dalej. Jutro Wielkanoc. Nie umiem nie myśleć w tej chwili o bliskich, którzy odeszli. O ludziach dla mnie ważnych. O tych, którzy mnie kształtowali albo na mnie wpłynęli, a których już po Tej stronie rzeki nie ma. Kilka dni temu w Kościele Środowisk Twórczych, a potem na cmentarzu na Żytniej 42 pochowaliśmy Mariana Kociniaka, wielkiego aktora, naszego Przyjaciela. Marian odszedł miesiąc po swojej Żonie, Grażynie, o której tutaj ostatnio pisałem. Kiedy wiadomości o śmierci Mariana rozchodziły się, dostawałem smsy: „dołączył do Grażynki”, „pobiegł za Nią”. Jeszcze tego samego dnia „Gazeta Wyborcza” poprosiła mnie o wspomnienie. Cały tekst pod tym linkiem:

Marian Kociniak

Jestem Marianowi wdzięczny przede wszystkim za książkę „Spełniony”, kiedy po 50 latach milczenia postanowił opowiedzieć swoje życie. I tak się szczęśliwie stało, że opowiedział je mnie. Jestem mu też wdzięczny za brawurową rolę szofera Zbynia w mojej sztuce „Oczy Brigitte Bardot” w Teatrze Na Woli, w reżyserii Macieja Kowalewskiego. Marian zagrał w niej z Barbarą Krafftówną. Miał niesamowite poczucie humoru. Kiedy wychodzili z Krafftówną do oklasków, szeptał jej do ucha patrząc na publiczność: „Klaszczą, a dupy siedzą”, czekając na „standing ovation”. Trochę ich dialogów z prób zapisałem w książce „Krafftówna w krainie czarów”. Wreszcie jestem Marianowi wdzięczny, że mimo stanu zdrowia, samopoczucia (już unikał wystąpień) zgodził się w kwietniu 2014 roku przeczytać fragmenty mojej powieści „Złodzieje koni” w Teatrze Studio. Było to prawdopodobnie jedno z ostatnich publicznych wystąpień Mariana:

Marian Kociniak czyta fragmenty \”Złodziei koni\”

Moje myśli wędrują do Tych, których znałem, ale i do Tych, których nie znałem. Dopiero niedawno, zaledwie kilka tygodni temu poznałem siostrę mojego dziadka, Zygmunta Grzeli, Annę. Dziadek umarł długo przed moimi narodzinami, więc niewiele mogłem się dowiedzieć. To było niesamowite dla mnie spotkanie z ciocią Anią, jej wnukiem, Marcinem, a moim kuzynem. Dotąd rekonstruowałem obce historie, składałem puzzle cudzych biografii. W ostatnich miesiącach coraz więcej dowiaduję się o historii mojej rodziny, bywa, że przez przypadek poznaję kogoś, z kim, jak się okazuje, jestem spokrewniony. Ciocia Ania dała mi fotografię swoich rodziców, a moich pradziadków, Anny i Franciszka. Prababka Anna pochowała troje dzieci, łatwo zrozumieć, że miała depresyjne nastroje, uważała jednak, że została na nią rzucona klątwa czarownicy z sąsiedztwa. Pradziadek Franciszek uwielbiał tańczyć, był do tańca i do różańca. I był pedantycznym typem. Zamiatał podwórko kamienicy, chociaż był do tego dozorca, jednak pradziadek uważał, że zrobi to lepiej. Pracował we dworach, zajmując się końmi. Nie mogłem tego wszystkiego wiedzieć pisząc swoją powieść „Złodzieje koni”. Jakby tego pradziadka wymyślił mi Belmondo, bohater powieści, brawurowy bajarz. Na fotografii pomiędzy nimi mój dziadek Zygmunt, od komunii, trzyma w lewej książeczkę do nabożeństwa i biały różaniec, w prawej świecę. W lewej części zdjęcia okrągły stolik z koronkową serwetą a na nim wazon z kwiatami – róża, asparagus i chyba frezje. Wszystko minęło. Może ta serweta gdzieś, w czyjejś komodzie błąka się jeszcze… I to zdjęcie zostało. Ciocia Ania podarowała mi je, trzymałem je w dłoni, patrząc na zupełnie nieznanych mi, ale przecież bliskich ludzi. Postawiłem na biurku, obok zdjęcia, na którym z Agatką stoimy na gdyńskiej plaży, w chłodny jesienny dzień. Po prawej na biurku fotografia Ireny Conti, czyli Ireny Gelblum, bohaterki mojej książki „Wybór Ireny” i fotografia Jose Saramago pod wulkanem. Mam słabość do Saramago i jego Lanzarotte. Odkąd zwiedziłem jego dom (pisałem tutaj o tym), mam słabość jeszcze większą. Czarno-białe zdjęcie na czarnej jak węgiel wyspie. Słońce i piekło.

Z zachwytem czytałem Marty Wyki „Przypomniałam sobie” (Wydawnictwo Literackie, 2015). Zagląda w przeszłość jak w album fotografii. Zapisuje ludzi sobie ważnych na nowo. Zapisując daje im po raz kolejny życie. Daje zresztą im życie za każdym razem, kiedy ktoś sięga po jej książkę. Bardzo ceniłem pisarstwo Janiny Katz, ale Marta Wyka pokazała mi w swojej książce coś, co w książkach Katz schowane. Uświadomiła niedopowiedzenia. I zaczyna najbardziej poruszająco, jak można tylko mówić o Zmarłych, bez patosu: „Przypomniałam sobie nagle, bez wyraźnego powodu, śmiech Janki”. Teraz i dla mnie Katz stała się Janką, która zajmuje pokój z wielką szafą szczelnie wypełnioną opowieściami. Janina Katz, zdaniem Wyki, chciała stworzyć siebie jako postać. Całe jej życie, ale i jej pisanie było kreacją. I to zdanie, że „wszystkie książki Janki są zbyt proste jak na jej biografię”. Opowiadając o Janinie Katz opowiada też o swoim pokoleniu – „ciekawym, podglądającym”. Dużo w tej książce o pamięci, którą często skazuje się na zagładę. Siłą i wartością tej książki jest jej zastanawianie się (książki żyją, więc też mogą się zastanawiać). Nie ma w niej niczego kategorycznego. Pisząc o Janie Goślickim, zastanawia się właśnie: „Różniliśmy się bardzo i trzeba było prawie pół wieku, żebym ja, niegdysiejsza panienka z krakowskiego domu, zrozumiała, dlaczego mój kolega ze studiów upokarzał nas swoją złośliwością, atakował i wyśmiewał, rozwijając przed nami ogon mądrości i wyższości. I tutaj się zatrzymuję. Bo może jednak nic nie zrozumiałam?” Kapitalnie opowiada o słynnym domu na Krupniczej 22 w Krakowie, domu, w którym mieszkało wielu literatów, w tym przyszła Noblistka, Wisława Szymborska. W tej opowieści wszystko wraca jak by było wczoraj: „Tańczyli Kira Gałczyńska i Kasia Kudlińska, malarze, poeci i dziennikarze, Tadzio Nowak, piękny chłopak ze wsi, siedział w loży i błyszczał urodą, Ludwik Flaszen tajemniczo recytował zakazane wersety, żadnemu ustrojowi nie udało się powstrzymać zabawy”. Nie chcę tu omawiać całej książki, bo trzeba by poświęcić jej osobny tekst, ale i legendarna zakopiańska Astoria i zaginione rękopisy Witkacego, „Przekrój” i Marian Eile, choć warto by tu wrócić do cywilizacyjnego przekazu „Przekroju”: „Żyj ładnie. Rób coś. Rozejrzyj się, świat jest ciekawszy, niż przypuszczasz”. Ale jest też kapitalny autobiograficzny esej wokół zaginionego rodzinnego albumu. – „Czy szukaliśmy tego albumu? Zapewne nie, tracono przecież tyle przedmiotów cenniejszych, życiodajnych, zasługujących na żałobę. Album nie ma więc nekrologu, ale prowadzi życie pozagrobowe. Oczywiście wiem, że nie odnajdzie się nigdy i nigdzie, nie zostanie odzyskany i ponownie sprywatyzowany. Tam, gdzie spoczywają jego szczątki, rośnie trawa i wysokie krzewy”. Wiele godnych zapisania myśli. Jak ta: „Przeszłość składa się z ornamentów, ornamenty, stając się palimpsestem, czekają na stosowną dla siebie chwilę – ja piszę o nich i one wypływają na powierzchnię, która je odrzuca jak obce ciało”. Z powodu takich albumów cierpimy na „chroniczny brak kompletu”. A „pamięć nam przyzwala i wiele wybacza”.

To w gruncie rzeczy piękna książka o sensie odtworzenia albo odtwarzania na nowo. Przeczytałem już jakiś czas temu, nie jest to moja ostatnia lektura, ale wciąż do niej wracam i o niej myślę, bo rozmawia sobie ze mną tak, jak lubię, zaglądając w przeszłość i w przyszłość. A przy tym dużo w niej humoru.

„Janka się śmiała: Mówią nam, że wszyscy staniemy przed obliczem Pana. I co wtedy: siądziemy?”.

A na razie wspaniale, kiedy przypominamy sobie, bez powodu. Słonecznych, radosnych Świąt i dużo dobra od ludzi, bo tu jest deficyt na całej linii. Szkoda, że na dawnych zdjęciach portretowani się nie uśmiechali. Chciałbym zobaczyć, jak uśmiechają się albo śmieją moi pradziadkowie.

PS Rodzina prosiła, aby zamiast kwiatów na pogrzeb Mariana Kociniaka wpłacać pieniądze na Fundację dzieciom „Zdążyć z pomocą”. Wszystkim, którzy chcą Mariana w ten sposób „wspomnieć” podaję numer konta:

Fundacja dzieciom Zdążyć z pomocą

Tytuł przelewu: 25556 Kołodziejski Jakub – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia.

Nr konta: 15 1060 0076 0000 3310 0018 2615

Opublikowano Film, Książki, Muzyka, Obrazy, Teatr | Komentarze są wyłączone