Najważniejsze

Uwodziła. – Tak, gdybym miał ująć jednym słowem jej życie i jej sztukę, zobaczyłem Alinę Szapocznikow w biograficznej książce Marka Beylina „Ferwor”.  Jej historia, dotąd mało znana, raczej ubrana w legendy, jest przejmująca i fascynująca zarazem. Dużo odsłoniły opublikowane wcześniej listy Szapocznikow i Ryszarda Stanisławskiego „Kroją mi się piękne sprawy” – listy, w których wyczytać można ich manifest sztuki i manifest życia.

Marek Beylin, pisząc „Ferwor” poszedł tropem uwodzenia, próbował uchwycić  jej relacje ze sztuką, z odbiorcami, z mężczyznami, z artystami, z własnym ciałem a na końcu również z chorobą.

Urodzona 16 maja 1926 roku w zasymilowanej żydowskiej rodzinie w Kaliszu, wychowała się w Pabianicach. Dokładnie w dniu jej szesnastych urodzin, czyli w roku 1942 Niemcy rozpoczęli likwidację pabianickiego getta i wywózkę Żydów do getta w Łodzi: „Każdy musiał ustawić się przed domem, w którym mieszkał. A ponieważ nikt nie spodziewał się dramatu, ludzie zostawili swój dobytek w mieszkaniach. Najpierw zamordowano tych, którzy nie chcieli opuścić mieszkań. Potem zebranych Żydów, także rodzinę Szapocznikowów, prowadzono w niemieckim szpalerze ulicami Warszawską i Zamkową na stadion firmy Krusche i Ender przy ulicy Zamkowej. Po drodze zabijano słabych i chorych. Pozostałych przy życiu umieszczono na skrawku placu i posegregowano według liter otrzymanych podczas wcześniejszego badania. Żydów z literą A, czyli sprawnych, oraz tych, którzy mieli legitymacje pracy, oddzielono od oznaczonych literą B: dzieci, chorych i starców”.

Alina Szapocznikow zapisana jest w  papierach jako „pielęgniarka”. W łódzkim getcie uczyła się kroju i szycia, a także pracowała w zakładzie produkującym gorsety i biustonosze. Mniej więcej wtedy zapisuje w żółtym zeszycie: „Jabłonie kwitną. Ach! Jakże jestem piękna. Och! Jakże jestem nieszczęśliwa, jak szczęśliwa, uwięziona, pognębiona, jak chcę wolności! Jak chcę wyjść stąd!”. I tym będzie się kierować całe życie. – Potrzebą niezależności, wolności a później również koniecznością budowania swojej artystycznej pozycji.

Marek Beylin pisze, że już wtedy była wobec życia żarłoczna, flirtowała bywało z kilkoma kolegami, chciała po prostu być, czuć.

Po likwidacji getta trafiła z matką do Auschwitz, stamtąd do Bergen-Belsen. Matka pracowała w szpitalu obozowym. Kolejnym obozem był Duderstadt, gdzie dostały pracę w fabryce amunicji. Kiedy obóz ewakuowano, zostały rozdzielone. Alinę wywieziono do Terezina. Po wojnie, będąc pewną, że jej matka nie żyje postanawia pozostać w Czechosłowacji. Polskę uważa za ziemię „przeklętą i pustą”.  Wybiera Pragę, podaje się za urodzoną w czeskim Cieszynie Alenę Šapocnikovą i zdaje egzamin do Wyższej Szkoły Artystyczno-Przemysłowej, gdzie trafia do pracowni rzeźbiarza Josefa Wagnera. Być może jeszcze w getcie zrodziła się w niej decyzja o zostaniu artystką. Na razie próbuje zostawić za sobą przeszłość, zagubić się w teraźniejszości – w studiowaniu sztuki, próbach rzeźbiarskich, miłościach, flirtach, odbudować się po wszystkim, co spotkało ją w czasie wojny. Była sama, bez pieniędzy, chodziła w ubraniach, które dostawała od koleżanek. Była „bezwstydna” (bo spotykała się z dwoma mężczyznami), żywiołowa i nazywano ją Torpedą. Spaceruje uliczkami Malej Strany w zielonym świetle gazowych latarni, chwyta życie takim, jakie jest. Natychmiast. Jak najwięcej. Zachłannie żyje i zachłannie rzeźbi. Powie później, że to jest jej baza na zawsze. Praga była wówczas swobodna obyczajowo. Znalazła tam zapewne to samo, co później znajdzie w Paryżu. I kiedy świat zaczyna w końcu wirować razem z nią, kiedy jest z nim w tańcu, okazuje się, że matka żyje, mieszka w Łodzi. Alina, choć z powodów formalnych nie było to proste, kiedy tylko jest to możliwe podróżuje na trasie Praga – Łódź. Po jednej z wizyt wyciągnęła ze stanika banknoty, jakie dostała od matki: „Dziewczyny, jedziemy na plażę”. Kiedy z koleżankami jedzie do Łodzi, widzą ją inną niż dotąd. Widzą, że jest u siebie, w zamożnej mieszczańskiej rodzinie.

Jest młodą kobietą i zawsze będzie chciała, aby ją taką widziano. Po latach dorosłego syna będzie przedstawiać jako swojego asystenta.

W kolejnych rozdziałach Beylin ustawia reflektor w innym miejscu, portretuje ją z różnych perspektyw, co czyni tę biografię fascynującą. Zbliżamy się do Aliny Szapocznikow, najpierw może bojąc się jej młodzieńczej pewności siebie, jej twardości. Potem coraz więcej jest światła, więc lecimy w tę stronę, wabieni urokiem charyzmatycznej i świadomej rzeźbiarki,  intrygującej kobiety, która wierzy, i ma rację, że „zawsze i stale trzeba zaczynać od nowa”.

To opowieść o pasji życia i samorozwoju. A także o świadomości, kim się jest. Alina Szapocznikow, nieustannie poszukująca artystka, doskonale zdawała sobie sprawę z wagi i jakości swojej pracy. Próbowała nawiązać zawodowe relacje, które pokazałyby światu, kim jest naprawdę. Chyba wiedziała zawsze, że świat musi się poznać na jej rzeźbach. Nie miała szczęścia. Jakby zawsze mijała się z nim o krok. Paryż był takim oczekiwaniem, że się wydarzy, wybuchnie, że teraz już na pewno. Później również Nowy Jork. Nawet na chwilę zamieszkała u Wojciecha Fangora, próbując nawiązać kontakty z ważnymi krytykami sztuki i marszandami. Wcześniej, w Polsce, gdzie wróciła z Paryża, wpadła na pomysł, że z Fangorem i jego żoną stworzą trójkąt, że zamieszkają razem. Podobno była tak przekonująca, że żona Wojciecha Fangora się na to zgodziła.

Żyła reżimem pracy. Właściwie katorżniczej, stale popękane, poranione dłonie i ona w szarym starym swetrze, który sama sobie kiedyś zrobiła i nie mogła się z nim rozstać. W jej pracowni wolno było mówić tylko o sztuce. Na niektórych pracach zostały ślady jej palców.

Alina Szapocznikow zarówno w życiu jak i w twórczości próbowała „przekroczyć rozpacz”. W 1949 roku pisała do Stanisławskiego: „Różnica polega na tym, że w czasie Twego kształtowania się, w czasie ostatnich 10 lat nie przeszedłeś tego chrztu rozpaczy, tego wszystkiego, nie skończyło się bez reszty wszystko kilkakrotnie, jak to miało miejsce u mnie w gettach i obozach”. Więc usiłowała „wejść całą sobą w to, co jest”. Pisała, że ten świat jest jej. „Jestem w nim, by nim się cieszyć, i wobec niego, by go współtworzyć”.

Zawsze wybierała tę drogę w stronę jasności, choć dawne doświadczenia musiały się przebijać. Andrzej Wajda mówił: „Tak jak my wszyscy powinna była iść za głosem zmarłych. Ale tego nie robiła”.

Niezwykle ciekawe jest dla mnie to, co Marek Beylin napisał o jej pracy, o jej filozofii rzeźby jako zapisu znikania. „Najpierw przestawali być potrzebni modele, ustawał proces twórczy, a potem sama artystka była już niewidoczna. Zostało samotne dzieło, zredukowany rezultat procesu twórczego. To widzenie dzieła jako zapisu braku, nieobecności będzie później częstym motywem jej twórczości”.

Jako artystka przełamała opowiadanie historii poprzez mężczyzn. Temat płci, tożsamości i ciała eksplorowała do końca. Usiłowała prowadzić w swojej sztuce grę z samą sobą. Nie bała się negowania siebie samej, przekraczania własnych granic. Była niezależna, również od siebie. Zaskakiwała przekształcając swoje ciało w przedmioty użytkowe. Szokowała i uwodziła zarazem. Pisała: „Wśród wszystkich przejawów nietrwałości, ciało ludzkie jest najwrażliwszym, jedynym źródłem wszelkiej radości, wszelkiego bólu i wszelkiej prawdy”. I pisała to chorując na raka. Zbierała więc „uchwytne cząstki życia, stając się ich kolekcjonerką”. Zapisywała nie tylko swoją obecność ale i już swoją nieobecność, dokumentowała w swoich pracach degradację ciała i swoją chorobę.

W swoim testamencie napisała zdania, które nie wychodzą mi z głowy.

„Najważniejsze

Chcę, żebyście pamiętali, że każdy liść fruwający, który można widzieć, każdy śmieć, który można dotknąć, każdy smak czy zapach, czy szum wiatru jest ważniejszy od wszystkich dzieł sztuki i sukcesów artystycznych”.

Ferwor. – Życia. Tworzenia. Znikania. Tak zobaczył artystkę Marek Beylin, oddając nam napisaną z pasją, rzetelną, intrygującą biografię. Opowieść o ucieczce do wolności. Jedna z piękniejszych książek o artystach i ich sztuce jakie kiedykolwiek czytałem.

Marek Beylin „Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow” (Wydawnictwo Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Kraków-Warszawa 2015).

Opublikowano Książki, Obrazy | Komentarze są wyłączone