Krainy

Pierwszy w miarę wolny dzień. Myślałem, że jutro również będę mógł trochę odpocząć, ale kalendarz już się zapełnił. Przez ostatnie tygodnie, wiele tygodni, naprawdę ciężko pracowałem, zazwyczaj również w weekendy, często od rana do późnego wieczora. Nie miałem jak się do tych wszystkich zdarzeń odnieść, przemyśleć ich, zapisać w sobie. Chciałbym móc je wszystkie zapamiętać. Na razie wracają stop-klatkami.

Jest wieczór. Idę ulicami Mińska Mazowieckiego na spotkanie promujące „Wybór Ireny” w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Tej samej, która kilka miesięcy temu uhonorowała panią Julię Hartwig gwiazdą w Alei Literatury. Było już chłodno. Ale bardzo byłem tego spotkania ciekawy. Rozmowę prowadził Dariusz Mól i mam poczucie, że pozwoliła mi ona po raz pierwszy sformułować różne kwestie i tematy, o jakich wcześniej nie myślałem. Również sprawę wielu moich wątpliwości. Przyszło wiele osób, część znała już książkę. Od początku czułem więcej niż życzliwość. Nie tylko zasłuchanie, ale i empatię dla mnie, przede wszystkim jednak dla bohaterki książki, która nikogo nie bulwersowała. Czytelnicy byli wyraźnie przejęci jej losem. To była publiczność – i to chyba będzie najbardziej adekwatne porównanie – dla której Irena stała się kimś bliskim, kimś nieznanym z własnej rodziny. Miałem po raz pierwszy prawdziwe potwierdzenie na to, że ta książka jest ważna i potrzebna. Czytelnicy chcieli rozmawiać, pytali. Byli po naszej stronie.

W gabinecie Eli Sieradzińskiej, dyrektorki, która przez wiele lat była przyjaciółką Cesarii Evory (zresztą jej pomoc w wywiadzie z Evorą opisałem w swojej książce „Hotel Europa”) plakat z naszego wspólnego koncertu „In memoriam”, w Łodzi, krótko po śmierci pieśniarki z Cabo Verde.

Wspomnienia burzą chronologię. Czas nie jest im do niczego potrzebny. Teraz stanęły mi przed oczami sceny z wczorajszej rozmowy z panem Józefem Henem, w legendarnej kawiarni wydawnictwa Czytelnik. Długiej rozmowy. Dla mnie niezwykle inspirującej. To ważny dla mnie pisarz. A wczoraj szliśmy szlakiem wojny, zaglądaliśmy za okna jego dzieciństwa, nawet do najwcześniejszego mieszkania willi w Michalinie. Pan Józef ocierał policzki. W czasie całej rozmowy kapały łzy. Zapewne z powodu choroby oczu, ale ten obraz na zawsze mi zostanie. Przejmujący.

Kilka dni temu z panią Barbarą Krafftówną na wystawie w Muzeum Historii Żydów Polskich. Wystawie oszałamiającej. Chodziliśmy trzy godziny i nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Zaatakowane omal wszystkie zmysły. Imponująca robota i dbałość o szczegół. Patrzyłem z uśmiechem jak pani Barbara korzysta z multimediów. Jak idzie szlakiem wymiany towarów, jak wymienia sukna na bursztyn itd. Wielka radość. Zachowywała się jak Alicja w Krainie Czarów.

Mnie najbardziej poruszyła kładka nad gettem. Ten moment, kiedy się na niej stoi a w dole, za szybą filmy miasta. Klaustrofobiczna wystawa Zagłada, na której opisy, zdjęcia i eksponaty są umieszczone jakby się je oglądało z kryjówki. Trzeba je oglądać schylając się nisko. A później, również w Muzeum premiera filmu według wspomnień Henryka Schonkera „Dotknięcie anioła” w reżyserii Marka Pawłowskiego z animacjami mojego przyjaciela Roberta Manowskiego. Nie wiem, czy kiedykolwiek jakikolwiek film o Ocalonym zrobił na mnie takie wrażenie. Pan Schonker wychowany w Oświęcimiu, w znanej rodzinie ocalał wielokrotnie, i za każdym razem wiąże się jego ocalenie z jakąś mistyczną, cudowną historią lub postacią. Wiele w tym filmie niewyjaśnionych zdarzeń. Oto, jeszcze przed budową obozu Auschwitz starszy od niego chłopak, którego często spotykał, lekko upośledzony Bocian, bo całe dnie wpatrywał się w niebo, pokazując palcem na późniejsze miejsce obozu mówi nagle (a mówił rzadko): Tam, tam powstaną baraki i piece, gdzie będą palić dzieci mojżeszowe. Ale nie, ty nie zostaniesz spalony. Schonker mówił o swoim przerażeniu. I o tym jak zapytał: Ale skąd? Skąd wiesz? – Ptaki mi powiedziały. Inna scena. Z czasów wojny. Rodzina dzieli mieszkanie z pewnym skrzypkiem. Pewnego razu chłopiec usłyszał jak gra. Był przejęty. Poszedł podejrzeć. Łzy płynęły mu po policzkach. Dotąd nie wiedział, że muzyka ma taką siłę. Kiedy skrzypek skończył ukłonił się chłopcu. Powiedział: „Teraz już wiem, jak to zagrać”. I nagle pan Schonker puentuje: „Może dlatego jestem głuchy, żeby zawsze słyszeć tamtą muzykę, żeby jej nigdy nie zapomnieć”. Bo pan Schonker jest człowiekiem niesłyszącym. Opowiada swoje życie jakby je grał. A właściwie jakby chciał je zinterpretować. I mówi tak jakby mówił z samego środka, płacząc, lekko stłumionym głosem. Jakby ten film, ta opowieść to był jego Kadisz za zmarłych. Wiele scen mógłbym opowiedzieć. Również tę o tytułowym aniele, ale zachęcam do obejrzenia filmu albo lektury książki. Sam chętnie po nią sięgnę. Pan Schonker był na pokazie, brał udział w rozmowie po nim. Kilkakrotnie dostawał owacje na stojąco, bo nikt z nas chyba nie miął dotąd do czynienia z taką opowieścią, i takim bohaterem.

W Teatrze Żydowskim „Bagaże kultury” tym razem poświęcone Izabelli Cywińskiej. Genialnie było siedzieć przy stoliku z Izą, Danutą Szaflarską, Jadwigą Jankowską-Cieślak i Danutą Stenką, jeszcze przed spotkaniem. Pani Danuta Szaflarska mówi: „Za dwa miesiące skończę sto lat” – i śmieje się jak dziecko. „Śmieszy to panią?” – pytam. – „Bardzo” – odpowiada i śmieje się jeszcze mocniej. I mówi: „I wciąż jestem na etacie w teatrze, który to etat Grzegorz Jarzyna zaproponował mi chyba jak skończyłam dziewięćdziesiątkę”. I śmieje się dalej. A potem, kiedy szliśmy za kulisę pani Danuta mówi: „Nie, kuli chyba nie wezmę. Wejdę bez kuli. Jakoś mnie postarza”. I powtórzyła to, co mówiła kiedyś na spotkaniu w „Gazecie”: „Wiek nie musi mieć coś wspólnego z człowiekiem. Ze mną nie ma. Ja wszystko pamiętam. Coraz dokładniej. Gdybym tylko mogła trochę lepiej chodzić”.

Przedwczoraj prowadziłem galę wręczenia nagrody im. Janusza „Kuby” Morgensterna Perspektywa za reżyserski debiut filmowy. Tegoroczną laureatką jest Katarzyna Jungowska, za film „Piąte: nie odchodź!”. Przypomniałem sobie spotkanie, jakie kilka lat temu prowadziłem z panem Kubą Morgensternem w „Gazecie Wyborczej”. Miał roześmiane oczy. Uśmiechał się figlarnie. To była wspaniała rozmowa, po której zapragnąłem rozmawiać dalej i zaproponowałem mu wywiad-rzekę, na który się nie zgodził. Przeszłość zawsze była milczeniem. Za dużo w niej było traumatycznych doświadczeń. Po tym spotkaniu w „Gazecie” powiedziałem: „Pan nadal jest tym chłopakiem z chlebakiem na plecach, o którym pan robi filmy?”. Roześmiał się. I to we mnie zostanie.

To był trudny czas. Ale ciągle jestem w Krainie Czarów. Koty śpią obok, bliżej siebie niż kiedykolwiek.

(foto Robert Sotwin)

Opublikowano Film, Książki, Muzyka, Obrazy, Teatr | Komentarze są wyłączone