Sens

Pozwól mi spróbować jeszcze raz. Niepewność mą wyleczyć(…) Chcę trochę czasu, bo czas leczy rany. Chciałbym zobaczyć co dzieje się w mych snach i nie chcę płakać Panie Mój - śpiewał Ryszard Riedel w kultowym songu, z którym właściwie nie powinno się mierzyć. Ewa Błaszczyk śpiewa ten utwór w swoim nowym recitalu, którego tytuł wzięła właśnie od Riedla „Pozwól mi spróbować jeszcze raz”. Śpiewa porażająco. Nie dlatego, że z powodzeniem mierzy się z Riedlem ale że właściwie z tym songiem prowadzi dialog. Ale w ogóle prowadzi dialog ze swoim doświadczeniem, życiem, smutkiem. Prowadzi tę rozmowę wydobywając z siebie światło. Jest artystką, jakich już niewiele. Pieśniarką-interpretatorką, dla której ważne jest słowo, jego znaczenia, jego siła wydobywana czasem choćby przez zmianę akcentu. To pieśniarka tej miary co Barbara czy Ute Lemper, których sceniczna osobowość, charyzma skupiają uwagę widza od ich pojawienia się na scenie do jej opuszczenia. Jakby stały wyłącznie w punktowym świetle.

W swoim nowym recitalu w Teatrze Studio Ewa Błaszczyk opowiada swój los piosenkami m.in. Agnieszki Osieckiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Włodzimierza Wysockiego, Jacka Kleyffa. Część repertuaru, jak „Orszaki” jest powszechnie znana ale brzmi inaczej, nie tylko inaczej zinterpretowana ale niosąca inną niż dotychczas opowieść. Bardzo mi ten recital koresponduje z książką Mai Komorowskiej i Tadeusza Sobolewskiego „Pytania, które się nie kończą” – bo też jest o działaniu, o pracy, o krzątaniu się w życiu, wreszcie o szukaniu sensu w tym, w czym go czasem dostrzec najtrudniej. Biografia Ewy Błaszczyk jest doskonale znana – śmierć męża, choroba córki, walka o jej życie, później walka o jej prawo do leczenia, o jakość tego życia, o zrozumienie, że człowiek w śpiączce ma swój świat i swoje sny, w które nie potrafimy zajrzeć, działanie Fundacji Akogo (od A kogo to obchodzi?), budowa kliniki Budzik, w której wybudziło się już kilkanaścioro dzieci. Znana jest jej działalność artystyczna i społeczna. Jej bezkompromisowość wobec siebie samej. To wszystko przebija z tekstów, jakie wykonuje zarówno grając w przedstawieniach teatralnych (choćby „Rok magicznego myślenia”) jak i śpiewając recitale (ostatnim był „Nawet gdy wichura” również na scenie Teatru Studio, którego jest aktorką). W swoim nowym wokalnym projekcie śpiewa o tym, że świat nawet jak się kończy nadal jest piękny, że można znaleźć w nim sens. Bo są sens, logika i porządek.

Pojawia się na scenie w ciężkim skórzanym płaszczu. Trochę jakby przeszła z nim historię. Trochę żołnierskim, bo jeśli wojna jest to zmienia reguły gry, trzeba znieść więcej, trzeba być na wiele gotowym. Ten płaszcz pozwala jej się w sobie schować. Ogrzać się nim. Ale też pokazać siebie silniejszą. Znów przypomina się fragment z książki Mai Komorowskiej, która mówi, że grając postać zastanawia się idąc do teatru, czy dzisiaj ta postać, np. Winnie ze „Szczęśliwych dni” Becketta będzie dla niej jak płaszcz, który na siebie narzuci? Więc idzie ta postać – pieśniarka – artystka przez życie swoje i przez historię i wiemy, że ten marsz ma znaczenie, że ten marsz tak naprawdę pozwala żyć. Opowiada swoje życie raz to sentymentalnie, balladowo, raz to rockowo, czasem poetycko, czasem z poczuciem humoru. Ale ten świat jest gęsto tkany. Tak gęsto, że nagle my, widzowie, sami zaglądamy w siebie, zanurzamy się w jakimś smutku, którego często nie dopuszczamy do głosu. Żeby przejść psychoanalizę trzeba opowiedzieć. I ten recital opowiada bardzo dużo. Mówi o bólu i o utraconej radości. Mówi też o radości wydobywanej spod dna smutku. O jasności, która jest tak ważna, bo prowadzi. A prowadzi w gruncie rzeczy do oczyszczenia. Tak, nie wstydzę się, że wychodząc z tego recitalu czułem się trochę lepszy, silniejszy, może trochę bardziej świadomy, gotowy zobaczyć sprawy inaczej, zajrzeć w siebie trochę głębiej. To wielka rola teatru i piosenki.

Kilka zaśpiewanych przez Ewę Błaszczyk piosenek zapada w pamięć szczególnie. Jej wykonanie „Koni” Wysockiego jest wydarte z dna duszy. Przejmująco śpiewa piosenkę Marleny Dietrich,  w „Pocałunkach” Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej przegląda się właściwie cały jej los. „Orszaki” śpiewa w półmroku, wydobywając z tej piosenki jeszcze więcej. To jak tlen móc zanurzać się w świecie tak ważnych, często wielkich piosenek.

Na scenie towarzyszy artystce córka, Marianna Janczarska (wokal i gitara), która dodaje temu recitalowi światła swoją świeżością interpretacji. Zwłaszcza śpiewając piękną balladę „If you want me” z filmu „Once” (wspólnie z Andrzejem „e-mollem” Kowalczykiem).

Widać, że dobrze czuje się Ewa Błaszczyk ze swoimi muzykami, którzy są nie akompaniatorami a partnerami na scenie. A są to muzycy z najwyższej ligi: Andrzej „e-moll” Kowalczyk, Marcin Partyka, Sebastian Feliciak.

Partnerem jest też kamera, która ujawnia na ekranie w tle różne detale, raz to zamazując (jakby klisza miała się spalić) raz wyostrzając obraz (jak w czasie wywoływania zdjęć w ciemni), przenikają przez to ilustracje filmowe realizowane przez ks. Wojtka Drozdowicza.

Od tygodnia sobie o tym recitalu myślę. Ciągle we mnie siedzi. Musiałem o nim napisać.

Opublikowano Film, Muzyka, Teatr | Komentarze są wyłączone