Kartki na kulturę

Tutaj zamieszczam różne fragmenty i teksty, które nie są ze sobą powiązane, które napisałem z jakiegoś powodu i po prostu chcę się nimi podzielić (czasem dlatego, że uzupełniają kontekst jakiegoś wpisu na blogu):

 7 czerwca 2017

Tekst, jakim otworzyłem spotkanie promujące „Fantom bólu” Hanny Krall w PWST w Krakowie, organizowane przez Wydawnictwo Literackie. W spotkaniu udział wziął również Jerzy Stuhr:

Minęło czterdzieści lat odkąd Wydawnictwo Literackie opublikowało jedną z najważniejszych książek XX wieku „Zdążyć przed Panem Bogiem”, książkę, która zmieniła reportaż, chciałoby się powiedzieć szerzej: dziennikarstwo w Polsce. Hanna Krall pokazała, że opowieść o wielkiej historii, aby miała siłę rażenia, potrzebuje prostych słów, w jakimś sensie uzwyczajnienia niezwykłych wydarzeń.

Opowieść Marka Edelmana o powstaniu w warszawskim getcie zaczyna się od słów reporterki: Nosiłeś tego dnia sweter z czerwonej puszystej wełny. To był piękny sweter – dodałeś – z angory. Po bardzo bogatym Żydzie. Na nim były dwa skórzane pasy na krzyż, a pośrodku – na piersi – latarka. Słuchaj, jak ja wyglądałem! – mówiłeś mi, kiedy zapytałam o dzień dziewiętnasty kwietnia…

Jej bohater od razu staje się nam bliski. Ale trzeba powiedzieć, że książka wywołała również kontrowersje, pytano wówczas, czy w ogóle można w ten sposób pisać o wielkich wydarzeniach i wielkich bohaterach. Między „Zdążyć przed Panem Bogiem” a „Fantomem bólu” są inne książki o Zagładzie i pamięci: „Sublokatorka”, „Okna”, „Hipnoza”, „Taniec na cudzym weselu”, „Dowody na istnienie”, „Tam już nie ma żadnej rzeki”, „To ty jesteś Daniel”, „Wyjątkowo długa linia”, „Król kier znów na wylocie”, „Różowe strusie pióra” i wreszcie książka, która snuje się jak sieć pajęcza i która się nie kończy „Biała Maria”. W tych książkach, zebranych w jednym tomie „Fantom bólu”, opublikowanym przez Wydawnictwo Literackie, powracają nie tylko tematy, ale i sceny, niektóre obsesyjnie, jak scena z niedoszłymi rodzicami chrzestnymi, czy scena z komisariatem. Powraca też dziewczynka, którą autorka zna dość dobrze. Kiedy kilka lat temu zapytałem Gdzie jest dzisiaj czarnowłosa dziewczynka, która wędrowała ze swoją mamą? Hanna Krall odpowiedziała: Jak to gdzie? Na świecie. Żyje sobie.

Ta dziewczynka znana jest nam też dość dobrze z „Dekalogu” ósmego Krzysztofa Kieślowskiego, w którym podjęty jest temat, cytuję film: „piekło etyczne”.

Do Polski przyjeżdża amerykańska badaczka losów Żydów uratowanych w czasie wojny. Przychodzi na wykład znanej profesorki i chce opowiedzieć pewne zdarzenie: jest rok 43, luty, zima. Bohaterką historii jest 6-letnia dziewczynka, Żydówka, przechowywana w piwnicy pewnego domu, traci to lokum… Przyszli opiekunowie stawiają pewien warunek…

Ten warunek, tę historię i tę dziewczynkę podarowała Hanna Krall reżyserowi Krzysztofowi Kieślowskiemu. Tak jak podarowała mu Krzysztofa Piesiewicza, poznając ich ze sobą.

Po latach Piesiewicz opowie Hannie Krall, że istnieje coś takiego jak wina niezarzucalna. Pisałam o niej wiele razy, mówiła reporterka, tylko nie wiedziałam, że się tak nazywa. To ona stanie się jednym z najważniejszych tematów „Białej Marii”, książki, która w jakimś sensie stanowi dialog z Kieślowskim. Tak jak rozmawiali ze sobą za jego życia, o ludziach, o trudnych wyborach, o etycznym piekle, czy o Bogu, który wierzy w ludzi, tak rozmawiają nadal, co zapewne Kieślowski prowokuje, bo to, co w filmach Kieślowskiego się Hannie Krall nie podobało, co uważała być może za zbyt wymyślone jak podwójne życie Weroniki, zaczęło się teraz narzucać, a nawet wdzierać w historie, jakie opowiada w swoich książkach. Tak pojawiło się dwóch poruczników Wiślickich, tak pojawiło się dwóch Władysławów Sokołów. Po publikacji „Białej Marii” uzupełnionej o kolejną część, pojawia się ktoś, kto zna więcej, kto zna tego drugiego, prowadzącego drugie życie…

Prowadzą więc Hanna Krall z Krzysztofem Kieślowskim dialog o prawdę i zmyślenie. Właściwie, trzeba by powiedzieć dokładniej: dialog o prawdę. Bo robiąc filmy fabularne, Kieślowskiemu zdarzało się opisać sytuacje, które przytrafiały mu się później, już po realizacji filmu, pytanie: przewidział, sprowokował? A może słowo napisane ma większą siłę niż sądzimy?

Zacząłem od zdania, że „Zdążyć przed Panem Bogiem” zmieniło reportaż. To prawda. Ale zmieniło też świadomość wielu, uwrażliwiło kolejne pokolenia czytające „Zdążyć…” jako lekturę szkolną. Dzisiaj my, dla których opowieść Marka Edelmana jest świadectwem kluczowym, pytamy Hannę Krall o dobro, zło, o ich współistnienie. Tym samym pytamy o jej bohaterów, i o wybory, jakie musieli podejmować. Tym samym pozwalamy sobie zobaczyć ich w naszym świecie, bo przecież są.

Znana profesorka z filmu Kieślowskiego mówi do owej amerykańskiej badawczyni, tej czarnowłosej dziewczynki: Przestraszyłam się, że pani nie ma, że pani nie było…

To zdanie, choć Hanna Krall, ósmego Dekalogu nie lubi, porusza mnie do głębi.

Hanna Krall powtarza, że świat jest po to, żeby go zapisać. A losy same wiedzą, że są jej potrzebne. Opowiedziane przez nią stają się przypowieściami o biblijnej sile. Stoją za Dekalogiem, a może przed nim.

To wyjątkowe, że dzisiaj mamy możliwość spotkania wokół „Fantomu bólu”, wokół Dekalogu Kieślowskiego, spotkania z Hanną Krall, Krzysztofem Kieślowskim i Jerzym Stuhrem, świadkiem i uczestnikiem rozmów o życiu, prawdzie i zmyśleniu.

Foto: Teatr Nowy, Łódź.

*

8 września 2016 r.

Europejskie Centrum Solidarności.

 

Laudacja dla Prof. Joanny Penson z okazji przyznania jej odznaczenia Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Jeżeli umiesz patrząc na wielką przegraną pracy całego życia,

podjąć ją od nowa

Lub stracić w jednym rzucie stokrotną wygraną

Bez gestu, jęku ni słowa

Jeśli z tkliwością siła połączyć się zdoła.

Jeżeli umiesz kochać nie straciwszy głowy

Nie znasz sam nienawiści czując ją dokoła

Przecież z nią walczyć gotowy.

Jeżeli umiesz słuchać jak czereda pusta

Przeinacza twe myśli by schlebiać głupocie

I jak cię oczerniają jej plugawe usta – a sam nie skłamać na jotę;

Jeśli będąc przystępny godności nie tracisz,

I trzymasz z ludem będąc na królewskim chlebie

Jeżeli możesz kochać przyjaciół jak braci

Choć nie są wszystkim dla ciebie,

Jeżeli umiesz patrzeć, sądzić i dociekać

Nie stając się sceptykiem ani burzycielem

Spod władzy marzeń zawsze w czas uciekać – rozmyślań nie czynić celem

Jeśli jesteś stanowczy, choć bez porywczości

Jeśli umiesz być dzielny nie będąc zuchwały

Jeśliś pełen dobroci i pełen mądrości, bez pedanterii i więzów morału

Jeśli umiesz przyjąć sukcesy i klęski i kłamcom też stawić czoło

Jeśli umiesz pozostać spokojny i męski, gdy widzisz popłoch w około

To losy i bogowie zwycięstwa i króle, splotą ci wieniec z wawrzynu

a nadto co jest więcej niż chwała i króle, będziesz Człowiekiem mój synu

– Ten wiersz Rudyarda Kiplinga w 1936 roku przełożył prof. Jan Muszkowski, szef Biblioteki Ordynacji Krasińskich w Warszawie, bibliotekoznawca, późniejszy współzałożyciel Uniwersytetu Łódzkiego, ojciec Pani Profesor Joanny Penson. Ten wiersz bez wątpienia był lekcją dla niej i dla jej brata, Krzysztofa. W tym wierszu, mam takie wrażenie, zapisało się to wszystko, czym prof. Joanna Penson kierowała się w całym swoim życiu, będącym dla mnie, i dla wielu, ważną lekcją humanizmu.

Pani Profesor urodziła się w Warszawie. Jej mama, Janina Badior pochodziła z bardzo zamożnej rodziny – była dziedziczką Simonów, tych od „Simon i Stecki” i bankierów Badiorów. Wiążąc się ze skromnym bibliotekarzem, badaczem a przede wszystkim idealistą Janem Muszkowskim wybrała zwykły, niezamożny los, za to u boku człowieka, który wierzy w duchowy i intelektualny rozwój społeczeństwa w państwie, które dopiero co powróciło na mapę świata. Te dwie rodziny nie są bez znaczenia. Z jednej strony obserwowała Joanna Muszkowska elegancki dom dziadka w Alejach Ujazdowskich, z drugiej ogromny wysiłek swojego ojca, który podjął zadanie dokończenia bibliografii polskiej Estreichera, zapisując każdą pozycję wydrukowaną w Polsce. Robił to często po pracy, poświęcając tej bibliografii ważną część życia. Kiedy omal ją skończył, wybuchła wojna, a bibliografia spłonęła. A jednak po przegranej całego życia, zaczął od nowa.

Imponująca jest biografia pani prof. Joanny Penson, biografia naznaczona odwagą i godnością. Była tuż po maturze, kiedy podjęła konspiracyjne zadania Związku Walki Zbrojnej. 26 marca 1941 roku znalazła się w zakonspirowanym lokalu na ulicy Mokotowskiej w Warszawie, kiedy pod kamienicę zajechały trzy samochody gestapo. Wspólnie z koleżankami została aresztowana. Trafiła do żeńskiej części Pawiaka, na Serbię. Była wożona na przesłuchania, na Szucha.

W naszej książce zapytałem panią profesor: – Pani była torturowana? – Nie, ja nie. Byłam trochę pobita. Krzyczałam wniebogłosy, kiedy mnie tłukli. Że boli, żeby dali spokój. – I dali? – Wreszcie dali, tak… Pejczem mnie bili. Kazali się kłaść na krzesłach na brzuchu i tłukli pejczem. Ale innych gorzej bili. – To wraca czasem? – Te wspomnienia? Nie, panu tylko opowiadam.

Piekło dopiero się zaczynało. Z Pawiaka trafiła na cztery lata na Planetę Ravensbruck, do obozu koncentracyjnego. Otrzymała numer 7804. Wyładowywała cegły, nosiła kilkudziesięciokilogramowe bele materiału do szwalni. – Na początku człowiek się przewracał, ale później się przyzwyczajał. Znalazła się w grupie pomagających sobie kobiet. – To mnie ocaliło – mówiła.
W obozie przeszła tyfus plamisty, czerwonkę, żółtaczkę. Ale Ravensbruck to był też początek medycyny. Obserwując pracę lekarek, które nie miały do dyspozycji dosłownie nic, nawet leków, zdecydowała o swojej przyszłości. Zobaczyła,
że lekarz może pomóc nawet mając puste ręce.  Wielu, którzy doświadczyli
w czasie wojny najgorszego wybierało medycynę – Alina Margolis, Marek Edelman, z którymi zresztą studiowała w Łodzi na jednym roku. Do Łodzi, gdzie byli jej rodzice, przyszła z Ravensbruck, po wyzwoleniu obozu, w pasiaku. Kiedy weszła do hotelu, w którym mieszkali jej rodzice, portier nie chciał jej wpuścić. – W ogóle nie wiedział, co ten pasiak znaczy, że coś takiego, taka łachudra jak ja istnieje… Pewnie myślał, że jestem żebraczką.

Nie było jeszcze Uniwersytetu Łódzkiego, kiedy zaczęła studia medyczne. Wykłady odbywały się w kinie, wydawały się abstrakcją po Ravensbruck. Tam poznała swojego przyszłego męża, prof. Jakuba Pensona, lekarza, który przeszedł warszawskie getto.

W 1949 roku dostała skierowanie do pracy, do Gdańska, tu doktoryzowała się, zrobiła habilitację, a w 1976 otrzymała tytuł profesora. Pracowała w Klinice Chorób Nerek Akademii Medycznej w Gdańsku a potem była ordynatorem interny Szpitala Wojewódzkiego.

A potem w życiu pani profesor przytrafiła się kolejna konspiracja – Ruch Młodej Polski, Solidarność, Stocznia Gdańska ale przede wszystkim Lech Wałęsa, o którego dobre imię walczy do dzisiaj. Kiedy zapytałem, czy podejmuje rozmowy z prezydentem, chociaż wie, że prezydent zdania nie zmieni, odpowiedziała: Tak, bo mnie nie chodzi o to, co on mówi, bo mówi jak chce. Mnie chodzi o to, co myśli.

Pani Profesor od sierpnia 1980 roku była i jestem pewny, że wciąż jest, osobistym lekarzem Lecha Wałęsy. Myślę, że jest najbardziej zaufaną mu osobą. Chociaż, kiedy się poznali, powiedział: Co?! Kobieta?! Kobieta będzie mnie badać?! Mowy nie ma! Nie zgadzam się! Nie chcę! – Kiedy badałam go po raz pierwszy powiedziałam: To jest dla mnie wielka emocja. Odpowiedział: To bardzo źle. Jak pani jest w takich emocjach, to źle mnie pani zbada.

Ponieważ kiedy powstawała „Solidarność”, miała za sobą wojenne doświadczenia konspiracyjne, bardzo szybko zaangażowała się w działalność opozycyjną. Ukrywała w swoim mieszkaniu działaczy Ruchu Młodej Polski, kładła w szpitalu chorych na „Solidarność”, aby pomóc im zgubić się przed światem. Pomagała zdobywać i rozdzielać pomoc medyczną z Zachodu, nawiązała kontakty z Lekarzami Świata i Lekarzami Bez Granic. Mniej więcej w tym czasie zajęła się też działalnością hospicyjną. Była właściwie współzałożycielką ruchu hospicyjnego w Polsce.

W 1984 roku została zatrzymana za działalność opozycyjną. Jedyna strata z przeszukania jej domu, to taśmy z piosenkami Edith Piaf, którą uwielbia, a których nigdy nie oddano mimo starać mecenasa Jacka Taylora.

Walczyć nigdy nie przestała. Brała udział w strajku w stoczni w 1988 roku.

Kiedy Lech Wałęsa został prezydentem, wyjechała do Glasgow wychowywać wnuka Piotra. I wychowała – jest dziś najmłodszym szefem działu politycznego brytyjskiej prasy. Jej córka, Anna Dominiczak, wybitna specjalistka od nadciśnienia tętniczego właśnie uzyskała od brytyjskiej królowej tytuł Damy, co dla osoby, która nie urodziła się w Wielkiej Brytanii jest wyjątkowym osiągnięciem i zaszczytem.

Profesor Joanna Penson protestuje i dzisiaj. Kiedy opluwane jest dobre imię jej Szefa, Lecha Wałęsy, a także kiedy niszczone są ideały Solidarności, kiedy reinterpretowana jest historia, łamane prawo i deptana demokracja, zabiera głos. Choć całe życie starała się być w cieniu, korzysta z prawa do oceny i do krytyki i z prawa do obrony innych. Pisze listy protestacyjne i wyjaśnienia. Powtarza, że Wałęsa jest dla niej symbolem wolności, której nie było w totalitarnym ustroju komunistycznym.

Na koniec, jeśli wolno mi powiedzieć coś osobistego, chciałbym przywołać doświadczenia nie tak dawne, pewnie sprzed półtora roku. Ci, którzy znają panią profesor dobrze, wiedzą, że często żegna się ze światem, mówi o śmierci, i o tym, że życie byłoby rozpaczliwe, gdyby się nie kończyło. I że z biologicznego punktu widzenia, wspaniałe jest, że się kończy. To, że człowiek jest skończoną materią, jest bardzo cenne – mówiła mi często. Tak się stało, że panią profesor spotkała potężna niemoc, choroba, która wydawało się, nie rokuje. Musiała zrezygnować z codziennego wychodzenia do pracy, do ukochanego Szefa, pozostać w domu. Właściwie musiała zdecydować się na domową opiekę hospicyjną. Po raz kolejny pożegnała się ze mną, a ja też rozmawiając przez telefon, miałem poczucie,
że pani profesor mówi już z Innej strony. Miała stłumiony głos i była pogodzona z odchodzeniem. A jednak… Choć bardzo cierpiała, odstawiła środki przeciwbólowe, i dzień po dniu przygotowywała się do powrotu do pracy.
I pewnego dnia wróciła. Jest to jedyny znany mi przypadek Takiej wygranej. Takiej Sprawy.

Może dlatego, że jest wielbicielką Chagalla, u którego wszystko dzieje się między niebem a ziemią.

Siła i wolność, jaką trudno sobie w ogóle wyobrazić. Myślę, że w Ravensbruck również czerpała siłę z wewnętrznej wolności.

Biografia pani profesor Joanny Penson jest dla mnie, dla mojego pokolenia, dla kolejnych pokoleń wielką lekcją Życia, wolności, ale przede wszystkim wielką lekcją humanizmu, społeczeństwa otwartych głów, wyobraźni, tolerancji i rozwoju.

I tak wspaniale, Pani Profesor, że ciągle można spotkać Panią na Pani ulubionej „promenadce” nad morzem, idącą z „Wyścigów” w stronę sopockiego molo. Taką szczęśliwą, że To jest, że wszystko jest i że jest morze.

Bardzo serdecznie Pani dziękuję za postawę, która jest wzorem i gratuluję dzisiejszego odznaczenia Rzecznika Praw Obywatelskich za zasługi dla ochrony praw człowieka.

Laudacja – nagranie wideo

*

TRZY KOBIETY. TRZY ŻYCIA. JEDNA TWARZ

Irena Gelblum była brawurową łączniczką Żydowskiej Organizacji Bojowej. Wspólnie z Lubą Gawisar prowadziła mieszkanie kontaktowe ŻOB-u w Warszawie, na ulicy Pańskiej 5, po aryjskiej stronie. To w tym mieszkaniu ukrywali się m.in. Antek Cukierman i Cywia Lubetkin, Marek Edelman, Kazik Ratajzer. Ten ostatni był jej wojenną miłością. Z Kazikiem dołączyła do grupy żydowskim Mścicieli, którzy mieli plan – zabić sześć milionów Niemców za sześć milionów Żydów. Plan się nie powiódł. Wyjechali razem do Palestyny. Był rok 1946. Irena nie doczekała narodzin państwa Izrael. Wróciła do Polski, już z włoskim „panieńskim” nazwiskiem Conti. Dalej jest coraz trudniej zrozumieć wybory Ireny. Mijały lata a ona coraz bardziej odklejała się od własnej biografii. Stawała się włoską poetką Ireną Conti Di Mauro. Kiedy poznałem ją jakieś piętnaście lat przed jej śmiercią wiedziałem tylko tyle ile o sobie mówiła. A o wojennej przeszłości nie mówiła nigdy. Zdekonspirował ją Marek Edelman w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, który przeprowadziła Joanna Szczęsna dwa lata przed jego i Ireny śmiercią.

Od śmierci Ireny dokumentowałem jej niezwykłe życie. W Polsce, Izraelu, we Włoszech. „Wybór Ireny” ukazał się 20 października, nakładem Domu Wydawniczego PWN.

BAŁAM SIĘ KSIĄŻKI O MAMIE

 

 

Z Janką Kaempfer Louis, córką Ireny, dziennikarką telewizji szwajcarskiej rozmawia Remigiusz Grzela

Naprawdę nie jestem dobrą osobą do mówienia o mojej mamie. Wiem, że była dobrą poetką, że ludzie ją szanowali… Dzisiaj znam jej brawurową przeszłość wojenną, wiem o jej bohaterstwie, ale nie miałam z mamą wiele wspólnego.

 

 

Ignacy i Irena Waniewiczowie z córką Janką

 

Co wiedziałaś o jej przeszłości?

Niczego nie wiedziałam, ale to nie jest oryginalne. Wiele osób nie zna przeszłości swoich rodziców. Z relacji innych wiem, że Irena zaraz po wojnie dużo opowiadała. Miała przyjaciółkę, Irenę Rybczyńską-Holland, z którą chodziła na nocne spacery i jej mówiła. Jest nagranie z 1963 roku, na którym opowiada o swoich akcjach w czasie wojny, kiedy była łączniczką Żydowskiej Organizacji Bojowej. To nielegalne nagranie, bez jej wiedzy, ale dowód na to, że wtedy jeszcze opowiadała. Chociaż nie chciała tego rozpowszechniać. Kiedy na końcu pada stwierdzenie jednego z mężczyzn, którzy ją przepytywali, że zgoda na emisję to jedynie kwestia honorarium, odpowiada, że w czasie wojny nie robiła tego wszystkiego dla pieniędzy. W jakiś sposób zatrzymała emisję. Ale właśnie to nagranie uświadomiło mi, że naprawdę się zmieniała. Tam jeszcze brzmi jak osoba, którą znałam z dzieciństwa.

Zmieniała się na twoich oczach?

Niezupełnie. Wyjechałam z Polski po marcu 68. – Mama była jeszcze polską dziennikarką i poetką, która właśnie rozwiodła się z moim ojcem Ignacym Waniewiczem, dziennikarzem i wyszła za mąż za dziennikarza włoskiego Antonio Di Mauro. Temat wojny był tabu, powodował rozpacz. Nie mogłam pytać. Ale jak mówię – to był czas, kiedy się nie ukrywała. Później mieszkałam w Genewie, ona w Rzymie, na Sycylii, w Warszawie. Widywałyśmy się rzadko. Owszem, widziałam  jakieś zmiany, ale nie wiedziałam, że nagle stała się włoską poetką, bo nie widziałam jej w tym nowym środowisku. W tym sensie nie zdawałam sobie sprawy, że jest już kimś innym. Wiedziałam już, że kiedy ktoś z dawnych przyjaciół do niej dzwoni, odpowiada: pomyłka! Że odkłada słuchawkę. Kiedy pytałam, dlaczego nie spotyka się z nimi, odpowiadała, że są dla niej za starzy i że woli towarzystwo młodych. To jeszcze nie świadczy, że ktoś ma inne życie. Może bym pytała, ale rozmowa z nią była trudna. Nie miałam nigdy łatwych kontaktów z matką, bo nigdy nie chciała odpowiadać na moje pytania. Rozmawiało się tylko na tematy, które sama wybierała. Z mojego punktu widzenia to była sytuacja bardzo patologiczna.

W którym momencie przestałaś Irenę rozumieć?

Nigdy jej nie rozumiałam.

Zastanawiasz się czasami, dlaczego mama zmieniła tożsamość?

Zastanawiałam, ale nie mam żadnej odpowiedzi. Prawdopodobnie musiała zmienić całe życie, bo po wielokrotnej zmianie daty urodzenia, po całym tym odmładzaniu się, nic do siebie nie pasowało.

I grała Irenę Conti, włoską poetkę, konsekwentnie 24 godziny na dobę. Rozpoznawałaś w tej kobiecie mamę?

Nie. Zmieniła nie tylko datę urodzenia (i to kilkakrotnie) i narodowość, ale również głos, sposób mówienia. Zaczęła mówić tak, jak się wygłasza kazania. Do 68 roku mówiła normalnie. Jeszcze na tym nagraniu, o którym wspominam, mówi tak jak ją pamiętam z dzieciństwa. I nagle zaczęła mówić inaczej – niskim głosem, ciężko, emfatycznie. To jedna sprawa. Nie nawiązałyśmy nigdy prawdziwych relacji, bo chyba nie chciała być ani mamą ani babcią. Wnuki kompletnie jej nie interesowały. Nigdy nie zabrała moich synów na spacer. Moja praca też jej nie interesowała. Interesowała ją tylko poezja. Naprawdę nie miałam z moją mamą żadnego tematu. Bo o czym miałyśmy rozmawiać? Że jeździ po Polsce i czyta dzieciom poezje? Nawet nie mogłam się dowiedzieć, jak się czuje. Wiedziałam, że czuje się źle, że powinna się zoperować, proponowałam pieniądze na leczenie, ale ucinała rozmowę. Mogłabym powiedzieć, że przez wszystkie te lata moja matka była dla mnie właściwie obcą osobą. Ale przecież gdyby była obca, jej zachowanie zapewne nie miałoby dla mnie znaczenia.

 

 

Janka, Irena i Ignacy Waniewiczowie

 

Zawsze tak było? Jakie są twoje najwcześniejsze wspomnienia związane z rodzicami?

Zapamiętałam, że rodzice byli ładną parą. Teraz wiem, że nie byli parą. Najwcześniejsze mieszkanie, jakie pamiętam to z ulicy Kazimierzowskiej na Mokotowie. Dzieliliśmy je z Olgą Lipińską, jej mężem i ich pudelkiem Basią.  Rodzice mieli swoje sypialnie, Olga z Piotrem mieli swój pokój. Była jeszcze pani Zosia, która nam pomagała. Najczęściej siedziałam u niej w kuchni. Bo nie miałam z kim rozmawiać. Mam niewiele wspomnień związanych z rodzicami. Pamiętam jak któregoś dnia wylałam tacie gorącą herbatę na koszulę. Bardzo się zdenerwował. Mama przestraszyła się, że może mnie uderzyć, chociaż nigdy tego nie zrobił.  Natychmiast zabrała mnie z jego kolan. Mama nie wstawała rano. Pani Zosia robiła śniadanie i wyprawiała mnie do szkoły. Mamę widziałam rano tylko raz w roku, w dniu moich urodzin, kiedy przynosiła mi prezenty. Kiedy zaczęłam odwiedzać koleżanki, zrozumiałam, że to nie jest normalny dom. Każdy żył swoim życiem. Bardzo rzadko jedliśmy razem obiad. Od czasu do czasu w niedzielę chodziliśmy razem do restauracji w dużych hotelach. Lubiłam chodzić do przyjaciół, którzy mieli gotujące mamy, wspólne obiady i życie rodzinne. Mama miała straszne migreny. Zostawała w domu. Mówiła, że musi leżeć. W jej pokoju były zasłonięte kotary i w ogóle nie wolno było się poruszać, każdy nawet minimalny ruch, czy hałas jej przeszkadzał. No i byłam jedynaczką, co było smętne. Kiedy wracałam ze szkoły, czekała na mnie pani Zosia, ale później, kiedy przeprowadziliśmy się do mieszkania przy Sadach Żoliborskich, mama już całe okresy bywała za granicą, ojciec też wyjeżdżał. Zdarzało się, że nikogo w domu nie było. Zdarzało się, że pomieszkiwałam u przyjaciół rodziców. Poza tym każde z rodziców miało swoje życie, swoje towarzystwo. Ale chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiał. – Bardzo podziwiałam swoją mamę, bo była piękną i elegancką kobietą. Projektowała sobie i mnie sukienki. Przychodziła do nas regularnie krawcowa. Mama uczyła mnie recytować wiersze. Pamiętam, że recytując na konkursie wiersz Tuwima o telegrafiście Piotrze Płaksinie, sama tak płakałam, że pani Maria Kuncewiczowa, która była w jury na pocieszenie dała mi wszystkie swoje książki.  Kiedy byłam mała, nie wolno mi było na ulicy mówić do niej: mamo. Była zachwycona, kiedy ktoś mówił, że jesteśmy siostrami.

Rodzice byli szczęśliwym małżeństwem?

Myślę, że nigdy nie byli szczęśliwym małżeństwem. Mama mówiła, że została z ojcem tylko dlatego, że zaszła w ciążę. Byli zupełnie inni. Ale myślę, że się przyjaźnili. Fajnie ze sobą rozmawiali. Lubiłam z nimi dyskutować na różne ciekawe tematy. Właściwie bardzo krótko byli parą, spali osobno, mieli innych przyjaciół, inne godziny pracy, jeździli osobno na wakacje, razem nigdzie nie wyjeżdżali.

Nie jeździłaś z rodzicami?

Dwa razy pojechałam na kolonie z Agnieszką Holland i Małgosią Krasucką. Raz gdzieś pojechałam z mamą, mętnie to pamiętam, bo miała tam swojego przyjaciela. Zawsze była w różnych relacjach. Raz pojechałam do Krynicy z tatą, który też miał jakąś panią. Kiedy rodzice kupili domek na Mazurach, w Dłużku, jeździłam tam z przyjaciółkami i to były wspaniałe wakacje, bo miałyśmy do dyspozycji dom, jezioro i pomost. Ale to trwało krótko, może dwa lata. I to były ostatnie moje polskie wakacje, bo przyszedł rok 68.

 

 

Janka i Irena

 

Kiedy dowiedziałaś się o swoim pochodzeniu?

Miałam czternaście lat. Byliśmy w Rzymie. I nagle rodzice mi powiedzieli… Byłam zaszokowana i natychmiast postawiłam się na miejscu Anny Frank, której historię już dobrze znałam, bo przeczytałam kiedyś jej dziennik, u cioci Loni, siostry mojej babci. Strasznie się u niej nudziłam, więc wdrapałam się po drabinie na najwyższą, zabronioną półkę i znalazłam Annę Frank. Kiedy mama po mnie wróciła i zobaczyła, co czytam, przeraziła się. Nie rozumiałam dlaczego była w szoku. Po tej lekturze byłam dosłownie chora. Miałam dziesięć, może dwanaście lat. Więc kiedy później rodzice powiedzieli, że jesteśmy Żydami, natychmiast wcieliłam się w Annę Frank i raz jeszcze przeżyłam jej historię tak, jakby to mnie się przydarzyła. Nie wiedziałam jak wygląda religia żydowska, bo nie miałam żadnego wychowania religijnego. Zazdrościłam koleżankom, które do pierwszej komunii zakładały białe sukienki i wianuszki. Opiekunki zabierały mnie czasem do kościoła. Po prostu wszędzie mnie ze sobą zabierały, również do znajomych.  Bo co miały ze mną robić całe dnie? Ciągle byłam z innymi ludźmi, siedziałam w kącie, czytałam książkę, dostawałam dobre jedzenie. Raz w roku była choinka w redakcji „Nowej Wsi”, gdzie mama pracowała i było bardzo miło i ciepło. Lubiłam tych ludzi, oni chyba mnie też. Żadnych świąt nie pamiętam. Nie pamiętam czy w domu była choinka, mam wrażenie, że nie było. Nasz dom był oderwany od wszelkich tradycji.

Rozumiem, że wtedy jeszcze miałaś odwagę pytać.

Chciałam wiedzieć, jak nazywali się moi dziadkowie, kim byli. Pytałam. Mama opowiadała, że jej rodzice mieli dużą posiadłość z jeziorem na północnym wschodzie od Warszawy, że zimą mieszkali w Warszawie, że miała piękną mamę i starszego brata Władka, który był wspaniały. To było takie wystylizowane opowiadanie. Kiedy pytałam o jej prawdziwe nazwisko był kłopot. Nie chciała tego mówić. Nie wiem, dlaczego się uparłam. W końcu opowiedziała mi o śmierci rodziców, brata i jego narzeczonej. Mówiła, że miała ich uratować, ale spóźniła się o jeden dzień. Pamiętam z jej opowieści, że zostali zastrzeleni nad dołami, które sami wykopywali. Mówiła, że brat z narzeczoną mieli okazję się uratować, ale brat nie chciał zostawić rodziców. Powiedziała mi, że noszę imię po babci.

To jest zdjęcie rodzinne, nie bardzo wiem kto jest kim. Jedna z tych pań to moja babcia. Mam po niej imię. Rodzice zabrali mnie w rodzinne strony mamy. To zdjęcie tamtego dnia wręczyła mamie starsza pani, która była jedną z jej nianiek. Pamiętam, że mama płakała, kiedy je dostała. Zachowała się jeszcze fotografia brata mamy… To wszystko. O tym, że ojciec zmienił nazwisko dowiedziałam się, kiedy przyjechał do nas jeden z jego braci. Nie rozumiałam, dlaczego jeden nazywa się Weinberg a drugi Waniewicz. Dziś wiem, że to mama chciała aby ojciec zmienił nazwisko. Nie chciała nazywać się Weinberg. Tak jak nie chciała nazywać się Gelblum.

W którym momencie mama zaczęła wypierać się swojej żydowskiej tożsamości?

W 68 roku na pewno już nie chciała być Żydówką. Myślę, że to wtedy postanowiła, że nigdy nie będzie Żydówką. Ojca wyrzucili z Telewizji, mamę z „Nowej Wsi”, gdzie była sekretarzem redakcji. Mama była związana z Tonino Di Mauro od kilku lat, jeździłam do niego na wakacje itd. Kiedy miałam trzynaście lat mieszkałam pół roku u niego w Rzymie, z mamą. W Rzymie mama uczyła mnie włoskiego, tam jeszcze było normalnie. Tonino gotował, chodziłam z nim na zakupy, to był bardzo fajny, ciekawy człowiek. Jeździliśmy na wycieczki, poznawaliśmy jego rodzinę. Wieczorami chodziliśmy do restauracji, przychodzili jego przyjaciele-komuniści ale mówili głównie o jedzeniu. Porównywali te sama dania z różnych regionów. Mówiłam do mamy zdziwiona: oni jedzą i mówią o jedzeniu. Kiedy rodzice się rozwiedli, Antonio szybko przyjechał do Warszawy, żeby wziąć ślub. Mama nie chciała wyjeżdżać z Polski z biletem w jedną stronę, tylko na włoskim paszporcie konsularnym.

Była już Ireną Conti.

Nazwisko z Gelblum na Conti zmieniła już po wojnie, a właściwie zaraz po powrocie z Palestyny w 48 roku. Później zaczęła opowiadać legendy o swoim włoskim pochodzeniu, ale ja ich nie znałam. Nie wiem, dlaczego Conti. Nikt tego nie wie. Nawet Kazik Ratajzer, jej wojenna miłość, pytał ją w jednym z listów: „Skąd to Conti?”.  Małżeństwo z Tonino na pewno pomogło jej późniejszej przemianie. Stała się w pełni Włoszką, z domu Conti, po mężu Di Mauro.

Jak pamiętasz rok 68?

Zdałam maturę w czerwcu, dostałam się na Uniwersytet Warszawski, na romanistykę. Zostałam przyjęta, chociaż musiałam napisać, że rodzice są bezrobotni. Potem były wakacje,  zaczął się rok akademicki, a po trzech tygodniach rodzice powiedzieli, że wszyscy wyjeżdżamy z tego kraju. To był dla mnie wstrząs, ale byłam niepełnoletnia i nic nie mogłam zdecydować.

Nie buntowałaś się?

Byłam w strasznym szoku. Wciąż byłam grzeczną dziewczynką, która miała zakodowane, że się robi maturę, idzie na studia i słucha rodziców. Kiedy zorientowałam się, co tak naprawdę się stało, było już za późno. Gdybym była pełnoletnia, nie wyjechałabym z Polski. Nie reagowałam tak, jak mój ojciec, który powtarzał, że to wredny kraj, że nigdy tu nie wróci. Kraj, w którym się urodziłam, jest dla mnie ponad wszystko. Uważałam, że tu jest moje miejsce na świecie. Naprawdę nie przyszło mi do głowy, że mogę się zbuntować. Rodzice mówili, że tutaj nie mogę żyć, bo jestem Żydówką a w Polsce jest niebezpiecznie i nie będę miała żadnej przyszłości. Wyjechałam. W ogóle to był potworny czas, ciągle się chodziło na dworzec, wszyscy płakali i się całowali. Najpierw odprowadziłyśmy ojca na czeską granicę, samochodem. Tam się pożegnaliśmy i wróciłyśmy do Warszawy. W święto zmarłych mama wsadziła mnie do pociągu. Na peronie było bardzo wiele osób, które płakały. Nie zapomnę nigdy mojej przyjaciółki Aśki – Joanny Bojańczyk, dzisiaj jest dziennikarką – która biegła szlochając za pociągiem. To ostatnie wspomnienie jakie mam z Warszawy, z mojego wyjazdu. Miałam siedem walizek, w dwóch były pierzyny, nie wiem po co. Jechałam do Rzymu, gdzie miałam czekać u Tonino na wizę szwajcarską, bo plan był taki, że będę studiować w Genewie.

Jechałaś sama?

Do granicy jechał ze mną mój chłopak, Jurek Warman. Jego rodzice byli przyjaciółmi mamy. Razem z Markiem Edelmanem ukrywali się w piwnicy na Promyka, na Żoliborzu. To znana historia. To był pociąg z przesiadką w Wiedniu. Jurek chciał się ożenić, ale na szczęście byłam niepełnoletnia. Na całej trasie widziałam cmentarze, bo na każdym grobie paliły się lampki. Było ponuro. I ja byłam w strasznym stanie. Do dzisiaj z tego powodu nie lubię pożegnań. Mama nie mogła tego zrozumieć i za każdym razem, jak wyjeżdżałam z Polski, odprowadzała mnie na lotnisko, często z kwiatami. Mimo że prosiłam, aby tego nie robiła. Pomijając już, że nie wiadomo co zrobić z kwiatami w samolocie. – A były to olbrzymie bukiety, bo i niej wszystko było przesadzone. Kiedy dotarłam do Genewy, byłam w absolutnej depresji. Ale najpierw był Rzym, potem Paryż z ojcem, który miał tam wynajęte małe mieszkanie. Miał już projekt wyjazdu do Toronto, gdzie proponowano mu ciekawą pracę. Kiedy okazało się, że w Szwajcarii muszę zdawać następną maturę, bo polska nie była ważna, pojechałam do Fryburga. A potem zaczęłam studia.

A Irena?

Została w Warszawie, bo musiała spakować całe mieszkanie, wysyłała wszystkie meble do Rzymu, gdzie przecież miała zamieszkać z Tonino. A jak już wszystko wysłała, to zakochała się w przystojnym urzędniku z biura paszportowego. Miał żonę i dzieci, był od mamy dużo młodszy. Kiedy meble dotarły do Rzymu, mama powiedziała Tonino, że je zostawia i wraca do Polski. Myślę, że ona nie chciała tego małżeństwa. Nie miała wyjścia. Odmówili jej paszportu. Tonino był jej jedynym wyjściem, żeby nie wyjeżdżać z Polski jako Żydówka.

Nie wróciła do Polski od razu.

Na razie spędzała sporo czasu w Rzymie, również na Sycylii, wracała do Polski. Jeździła w obie strony. Musiała się sama utrzymać, więc tłumaczyła dla włoskiego parlamentu oficjalne nudne dokumenty. Na początku miała ładne mieszkanie, ale kiedy nie było jej na nie stać, musiała je zmienić. Zaczęła się przeprowadzać aż znalazła się w strasznej wilgotnej norze. W końcu zwinęła manatki i wróciła do Polski. Zaczęła budować dom w Konstancinie, który stał się jej obsesją. Ciągle go powiększała. Ta budowa nie miała końca.

Wróciła do tego mężczyzny?

Właściwie nigdy razem nie mieszkali,  chociaż miał swój pokój w tym domu. Chciał mieć drzwi, bo w całym domu ich nie było, więc jedyne drzwi poza toaletą, były do pokoju, który sobie wybrał.

Przyjeżdżała do ciebie?

Na samym początku raz, czy dwa razy, ale to też było ponure, bo miałam wtedy mały pokoik przy rodzinie, mama wynajęła pokój w hotelu, miała jeszcze trochę pieniędzy. Przez kilka dni mieszkałyśmy w tym jej pokoju i było zupełnie jak na tratwie pośrodku morza.

A dlaczego właściwie miałaś studiować w Genewie? Logiczniejszy byłby Paryż z ojcem albo Rzym z mamą.

Chciałam studiować romanistykę. Najchętniej w Rzymie, ale uniwersytet nie działał, były strajki. Rodzice kategorycznie odmówili wysłania mnie na studia do Paryża, bo tam też były strajki i do tego tłukli studentów. Została spokojna Szwajcaria, gdzie od razu poczułam się tak, jakbym na inną planetę przyjechała. Pytano mnie, jak się czuję w dużym mieście, a ja przyjechałam z Warszawy, po Paryżu i Rzymie. Miałam zaliczyć semestr, czy dwa i pojechać do ojca do Kanady. Ale skończyłam osiemnaście lat, zakochałam się w młodym asystencie na uniwersytecie i powiedziałam, że nie jadę, bo mam chłopaka. Ale to już były plany, które nie miały sensu. Po tym wszystkim nie miałam ochoty ani na mieszkanie z ojcem ani z matką. Zresztą mama już zostawiła Tonino.

Jak zareagował?

Straciłam z nim kontakt. Był w szoku. Naprawdę mamę kochał. Był tym rozstaniem boleśnie dotknięty. Wiem, że Tonino kochał mnie jak córkę. Jeszcze kiedy byłam w Polsce, pisał do mnie wspaniałe listy. Takie, jakie się pisze do dorosłej osoby. Bardzo dużo rozmawialiśmy o polityce. Po latach dowiedziałam się, że się ponownie ożenił, że ma syna. Ucieszyłam się. Miałam zamiar nawiązać z nim kontakt, ale nie zdążyłam. Umarł.

Kiedy relacja z mamą się rozluźniła?

Zaraz po moim wyjeździe. Na pewno miałam jej za złe, że mnie wypuściła samą w świat. Później było mi coraz trudniej nawiązać kontakt z rodzicami, bo ojciec z ortodoksyjnego komunisty stał się ortodoksyjnym Żydem. Mama stała się gorliwą katoliczką. Pod koniec życia podobno przeszła na prawosławie. I nie pytaj mnie, czy to rozumiem. Bo nie wiem, jak zrozumieć kobietę, która w czasie wojny nie czuła strachu. Wyprowadzała ludzi z obozów i getta, przewoziła broń, zasypiała niemieckim oficerom na ramionach w pociągu a po wojnie to wszystko wymazała. Bała się dekonspiracji. Żyła w strachu i samoudręczeniu. Stała się kimś kompletnie innym. Wszyscy mi tłumaczyli, że mama się tak zachowuje, bo miała straszną przeszłość. Niestety, bardzo dużo ludzi miało taką przeszłość, ale nie zwalnia ich to z odpowiedzialności.

Przyjeżdżała czasami?

Przyjeżdżała, ale zabierała sobą bardzo dużo miejsca. Przywoziła toboły ubrań i jedzenia. Wszystko w ilości przesadzonej. Kiedy się rozpakowała, nie zostawało miejsca do życia.  Każdy lubi podarunki, ale ona nimi zarzucała.

Może chciała ci coś zrekompensować?

Bardzo możliwe, ale nie miałam dystansu, żeby to zrozumieć. Nie sądziłam, że to może być jakaś rekompensata. Była bardzo inwazyjna. Poza tym miała potrzebę rywalizacji.

Było trudno z nią współżyć. Zawsze musiała być w centrum uwagi, to było nieprzyjemne. To wtedy odkryłam, że jest kompletną egocentryczką. To nie była osoba, z którą można było normalnie zjeść śniadanie, cały czas musiałam być do jej dyspozycji. Kiedy zaczęła pisać wiersze, odnosić sukcesy, próbowała na mnie wymusić taki sam podziw jak u innych. Powtarzała wkoło, co kto powiedział, jak ją pochwalił. To wszystko, aby mnie przekonać, że jest wspaniałym człowiekiem. Mówiła, że nie rozumie, jak mogę tego nie widzieć, dlaczego jej nie doceniam. To było strasznie nachalne. Kiedyś powiedziała: ty mnie nie lubisz. I rzeczywiście w końcu tak się stało. Ten podziw, jaki dla niej miałam w dzieciństwie zniknął. Ale co miałam czuć? Kiedy przyjeżdżałam do Warszawy, śledziła wszystkie moje kroki, sprawdzała z kim idę, gdzie, na jak długo. Nie chciałam mówić, zrobiłam się zamknięta w sobie. Obdzwaniała wszystkich przyjaciół, żeby mnie sprawdzić. Próbowała mnie zmusić, żebym spędzała z nią jeszcze więcej czasu. A kiedy z nią zostawałam, robiła mi psychoanalizy. Nawet nie chciałam u niej mieszkać. Zostawałam u Ireny Rybczyńskiej-Holland. Po prostu musiałam się zmuszać, żeby się z mamą widywać. Czułam się też winna, że nie mam ochoty na spotkania z nią. Kilka razy powiedziałam jej przez telefon, co czuję, próbowałam ją przekonać, żeby mnie posłuchała. I raz prawie mnie usłyszała. – Mówiłam, żeby przestała  starać się przerobić mnie na siebie, żeby po prostu przyjęła mnie taką jaka jestem, z wadami, z zaletami, to może kiedyś będziemy mogły się porozumieć. Ale to było dla niej niemożliwe. Każda rozmowa była przekonywaniem mnie, jak jest ważna.

Co myślisz o niej dzisiaj?

Teraz jest mi jej po prostu żal. Jej życie mogło być prostsze, mniej skomplikowane, mniej wymyślone, mogła się trochę odprężyć. Mnie jest mamy żal, bo zniszczyła relację z córką, a miała tylko jedną. Bardzo chciała mieć syna, co mi powtarzała, kiedy byłam dzieckiem, ale niestety miała córkę.

Co czułaś, kiedy po jej śmierci sprzedawałaś ten ogromny dom w Konstancinie?

Naprawdę? – Dużą ulgę. Kiedy do mnie napisałeś tłumacząc, że chcesz o mamie pisać, zdziwiłam się. Później, kiedy ta praca ciągnęła się kolejny rok, a potem kolejny napisałam ci, że już więcej ci nie pomogę. Dość. Nie mogłam już siedzieć w tej rodzinnej historii. Sprawy wciąż były dla mnie trudne. Okazało się, jak wiele nie wiem. Jak wiele jest tajemnic. Zapytałeś mnie, co wiem o pierwszej żonie ojca, a ja nie wiedziałam, że przed mamą miał żonę. Tajemnice były po każdej stronie. Wciągnąłeś mnie w nie. Kiedy pojechaliśmy razem zobaczyć majątki należące do Krongoldów, moich pradziadków, w okolicach Rypina, myślałam, że to nie będzie miało dla mnie znaczenia. Ale kiedy znaleźliśmy się w Przywitowie, gdzie nic już nie zostało, poczułam jakąś więź z rodziną. Byliśmy w sądzie, oglądaliśmy hipoteki. I nagle z tych ksiąg wypadały imiona i nazwiska moich krewnych, o których nie miałam pojęcia. Pradziadkowie Wolf i Brandla, siedmioro ich dzieci – Abraham, Józef, Izaak, Jenta, Chana-Mindla, Łaja i Bajla. I ich dzieci. A potem w Warszawie poszłam zobaczyć „Pekin”, słynną kamienicę na Złotej, którą zbudował mój pradziadek. A potem dom, w którym wychowała się moja mama, ale tego domu już nie ma. Mówiłam sobie, że tego domu nie będzie. Ale poszłam i się tam przewróciłam. To jedyne rodzinne zdjęcie mama miała głęboko schowane. Zabrałam je po jej śmierci i postawiłam w domu, na biblioteczce. Uznałam, że nie będą się dłużej ukrywać. A potem przeczytałam twoją książkę. Bałam się tej lektury. Bałam się książki o swojej mamie. Przeczytałam o fascynującej kobiecie, która miała trzy życia i jedną twarz. Wyzwoliłam się.

*

DZIECI HOLOCAUSTU MÓWIĄ. Tom piąty.

spotkanie w Muzeum Historii Żydów Polskich

Cokolwiek. Chociaż strzęp pamięci, jakieś nazwisko, imię, karta z zapisaną datą urodzenia, przechowywana przez lata bluzeczka Romualdy Mansfeld-Booth, adres, a może okruchy opłatka, które wysypują się po kilkudziesięciu latach z listu mamy Ludwika Kornblita, listu z 1943 roku, w którym zapisane są życzenia: „i mam nadzieję, że wszyscy będziemy razem”.

Albo choćby pamięć, że ojciec lubił pogwizdywać, co wspomina Hanna Wehr.

Kim jestem? Kim byli moi rodzice? Jacy byli? – To wraca jak mantra w każdym z tomów wspomnień „Dzieci Holocaustu mówią”, świadectwa, do którego namówił najpierw prof. Jakub Gutenbaum, a po nim inni. Najnowszy, piąty zredagowała i przygotowała do druku Anna Kołacińska-Gałązka.

„Czy kilkuletnie dziecko jest w stanie zapamiętać rzeczy ważne i wpływające na dorosłe życie?” – pyta w swoim tekście Anna Szpanowska, jedna z tych osób, które zakładały Stowarzyszenie Dzieci Holocaustu w Polsce. I dalej: „Zawsze trudno było mi pogodzić dwa punkty widzenia. Z jednej – potrzebę, by zostawić choć mały ślad dla potomnych. Z drugiej – przekonanie, że bardzo niewiele mogę powiedzieć o sobie, tak by wnieść elementy nowe czy oryginalne we wspomnienia tych, których wojna dotknęła jako dzieci”.

„Tak dużo już zostało na ten temat napisane, czy warto jeszcze więcej pisać? Najważniejszy powód to ocalenie pamięci po tych, którzy zginęli” – pisze Hanna Wehr.

Być może te pytania uzasadnione są z perspektywy badaczy Holocaustu. Książki trafiają jednak do czytelnika. Być może kiedyś staną się nie tyle świadectwem, chociaż bezsprzecznie świadectwem są, co podstawą w programie edukacyjnym. Już dzisiaj należący do Stowarzyszenia ocaleni są zapraszani do szkół, i chętnie te zaproszenia przyjmują. Tylko tak można uwrażliwiać, uczyć empatii ale i historii, zwłaszcza historii, która jest zakłamywana. Przecież te wspomnienia dorosłych i starych dzieci uderzają zarówno formą składanej relacji jak i próbą zrozumienia siebie samych.

Tożsamość. – Być może jeden z najważniejszych tematów XXI wieku. Bo kim jestem nie znając swojej tożsamości? Ważne jest, żeby wiedzieć. Dlatego ocaleni, uratowani trzymają się tych zapamiętanych albo usłyszanych fragmentów i jadą zobaczyć dom, w którym się urodzili, poznać kogoś, kto znał rodziców, a może znał ich samych? Może coś wie, a jeśli wie, jeśli znał, to jest jak z rodziny. Przecież był jakiś świat, którego te dzieci były częścią. Był sobie świat, o którym Monika Goldwasser napisała: „Urodziłam się w czasie kiedy większość ludzi mojego pochodzenia umierała”. Wstrząsające są dwa zdania z zamykającego ten tom wspomnienia Piotra Sztymy, który opowiada o sobie i swojej matce – miała siedemnaście lat, kiedy go urodziła. „Oboje byliśmy więc dziećmi Holocaustu” – pisze. Więc te dwa zdania: „W swoich ostatnich chwilach przeniosła się do szczęśliwej krainy swojego dzieciństwa. Wydawało jej się, że są przy niej jej rodzice. Mówiła do nich w jidysz”.

Przypomina się od razu autobiograficzna powieść Magdaleny Tulli „Włoskie szpilki”. Matka, która całe życie nie opowiadała o swojej obozowej przeszłości, paradoksalnie, kiedy jest u kresu, kiedy gubi pamięć, zamyka się w tamtym świecie i tracąc pamięć zaczyna mówić o tym, co przez całe życie ukrywała, a nawet wtrącać opiekującą się nią córkę do tamtej rzeczywistości.

Pamięć i zapomnienie. Irena Szczurek rozstając się z rodzicami w getcie zapomniała zupełnie o rodzonej mamie. „Nie pamiętam Jej. Zniknęła z mojej pamięci, bardzo boleśnie odczuwam ten fakt”.

Kadisz Jatom – kadisz sierocy. To tytuł wiersza Jerzego Bandery, ale równie dobrze mógłby być tytułem tego tomu. Na poznanie prawdy o sobie Jerzy Bander czekał pięćdziesiąt osiem lat. W 2001 roku zwierzył się, że urodził się w więzieniu gestapo w Samborze w sierpniu 1942 roku. „Ty jesteś mój dzidziuś” – krzyknęła słysząc to inna członkini Stowarzyszenia. Była w tamtym więzieniu, w celi z dwudziestoma innymi kobietami. Ktoś wrzucił do celi nagie niemowlę, chłopca. Kobiety go wytarły i zawinęły w jej płaszczyk. Ponieważ tego popołudnia została wyprowadzona z więzienia, nie wiedziała, co stało się z chłopcem.

To ty jesteś mój chłopiec. To ty jesteś moja dziewczynka. – To słowa, jakie – być może – chciałyby usłyszeć wszystkie dzieci Holocaustu, nieustające w poszukiwaniu własnej tożsamości, przeszłości swojej rodziny, gotowe czekać na prawdę o sobie latami, przemierzyć tysiące kilometrów. Bo to, co bije z każdej z opublikowanych w tomie relacji to samotność. Samotność dziecka, wyniesionego poza getto, samotność wśród obcych. Czyli tak naprawdę samotność dorosłego, bo każde z tych dzieci było dorosłe. A później też, po wojnie, samotność dorosłego, który poszukuje siebie, tamtego dziecka, czasem samotność wśród bliskich.

„Przez pięćdziesiąt lat nie znałam mojego prawdziwego imienia i nazwiska, daty urodzenia, nie wiedziałam, kim byli moi rodzice” – mówi Romualda Mansfeld-Booth, która we wprost cudownych okolicznościach odnajduje rodzinę. Potwierdzi to jeszcze badaniami DNA. Odzyskała świat, o którego istnieniu nie miała pojęcia.

O odzyskiwaniu świata niedawno opowiadała mi Inka, Joanna Sobolewska-Pyz. Półtora roku temu odnalazła grób swoich pradziadków na cmentarzu żydowskim. „Ty nie wiesz, co to jest odnaleźć grób pradziadków, mieć miejsce, do którego się przynależy”. I o krzyku, jaki wydobyła z siebie, kiedy rozmawiała ze znajomym rodziny, kiedy usłyszała o rodzinie po raz pierwszy coś od osoby, która ją znała. O krzyku, którego nigdy przedtem i nigdy później z siebie nie wydobyła.

Marian Kalwary

„Myślałem, że jestem jedynym żydowskim dzieckiem, któremu udało się przeżyć i że powinienem uczynić wszystko, aby przetrwać i opowiedzieć innym o wielkiej tragedii, jaka mnie spotkała” – czytam we wspomnieniu Joska Inwentarza, które spisał Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, Witold Lisowski, a zredagował Marian Kalwary, również dziecko Holokaustu.

Słowem, które pojawia się w większość wspomnień, i to odmienianym przez wszystkie przypadki jest „cud”. Jurek Yehuda Glass, którego relację spisała Aleksandra Domańska, autorka fenomenalnej książki „Ulica cioci Oli” mówi: „Wydaje mi się, że bardzo mało było takich cudów – jeżeli w ogóle…” A przecież „Dzieci Holocaustu mówią” to Pięcioksiąg o niewyobrażalnej tragedii i niedającym się wytłumaczyć cudzie. Cudzie, który dokonywał się każdego dnia, w każdej z tych historii. O przetrwaniu. Dzięki pomocy innym, dzięki splotom okoliczności, wreszcie instynktowi samozachowawczemu i sile, jaką miały dzieci Holocaustu, dzisiejsi członkowie Stowarzyszenia, dla mnie bohaterzy.

Mówi Aleksandra Domańska, autorka wspomnień Jurka Yehudy Glassa, autorka książki „Ulica Cioci Oli”, przy stoliku aktorzy Weronika Nockowska i Stanisław Brudny

To Pięcioksiąg prawdy. Ale – jak pisze Hanna Wehr: „Potrzeba pokazania całej prawdy wymaga podania również tego, o czym nie ma się ochoty pisać”.

Wstrząsające wspomnienie Margarity Turkow, córki artystów Diany Blumenfeld i Jonasa Turkowa, zapisane przez Halinę Szostkiewicz jest też zapisem sadystycznego wręcz znęcania się nad wyprowadzoną z getta dziewczynką przez Polkę, do której trafiła. Znalazła się wśród obcych, którzy jej nie kochali.

Jest też przypis od redakcji: „nie podajemy nazwiska osoby, która przechowała autorkę, ze względu na jej kompromitujące postępowanie wobec dziewczynki”. I słowo „kompromitujące” to oczywiście eufemizm.

Margarita Turkow marzyła o tym, aby dostać się pod opiekę klasztoru. Jakże inaczej brzmią wspomnienia Katarzyny Meloch, która trafiła do Turkowic, pod opiekę siostry Ireny.

„Gdybym miała talent epicki, pisałabym o turkowickich nocach i dniach. Ale jestem tylko reporterką przeszłości”.

Byli tacy, którzy pomagali. I byli tacy, którzy oddawali w ręce gestapo czy żandarmerii. Ale byli też tacy, jak Władysław Seroczyński, który widząc oddawaną w ręce żandarma Jadwigę Hreniak zaczął przekonywać go, aby uratował dziecko.

„Powiedział, że bez względu na konsekwencje, nikomu mnie nie odda. Gdy zjawił się żandarm, odciągnął go na bok i długo z nim po niemiecku rozmawiał. W końcu Niemiec odwrócił się, powiedział, że sam zostawił w domu małe dzieci… i poszedł. Do dziś widzę tę scenę. Wydaje mi się nawet, że wychodząc miał łzy w oczach”.

Co więc musiał powiedzieć?

Jaką mieć determinację?

Jaka jest tajemnica ratowania i tajemnica przetrwania?

Jaką trzeba mieć siłę?

A gdyby go wtedy, tamtego dnia, w tamtym miejscu o tej porze nie było?

(tekst wygłosiłem na promocji piątego tomu „Dzieci Holocaustu mówią” w Muzeum Historii Żydów Polskich 20 lutego 2014 r.)

*

Postaci Jana Karskiego poświęcona jest francuska powieść Yannicka Haenela, jedna z najgorętszych książek Francji 2009, nagrodzona przez czytelników sieci księgarni Fnac, a także typowaną do najważniejszej francuskiej nagrody literackiej, Goncourta.  – Powieść „Jan Karski”, która oburzyła Claude’a Lanzmanna, autora filmu „Shoah” i sprowokowała go do przemontowania nagranej do jego filmu wypowiedzi Karskiego w nowy film, została też zaadaptowana na scenie i pokazana na festiwalu w Avignonie (reżyserował Arthur Nauzyciel) zaskakuje wyidealizowanym obrazem Polski i Polaków, co jeszcze bardziej podgrzewało dyskusję na łamach największych francuskich gazet. Dawno już o Polsce nie mówiono we Francji tak dużo.

DLA MNIE TO PRAWIE ŚWIĘTY, DLA ŚWIATA BYŁ NIKIM

Z Yannickiem Haenelem rozmawia Remigiusz Grzela

Gdzie poznał pan mentalność Polaków, którą opisał pan w swojej powieści?
Czytałem książki, oglądałem filmy Wajdy, Zanussiego, Skolimowskiego i Munka. „Pasażerka” Munka jest dla mnie dziełem sztuki, jednym z tych rzadkich filmów fabularnych, które mają odwagę podjąć temat pamięci o obozach zagłady. Bardzo lubię polską literaturę, w szczególności Witolda Gombrowicza i Brunona Schulza. Poznawałem ich książki na studiach na uniwersytecie w Rennes, w latach osiemdziesiątych, miałem zajęcia z literatury porównawczej u pani profesor Łabędzkiej. Pamiętam, że pochodziła z Krakowa. Miała w sobie pasję i potrafiła zachęcić nas do czytania, jakby nasze życie od tego zależało. Wyświetlała nam filmy Wojciecha Hasa, choćby „Sanatorium pod klepsydrą”, film, który był dla mnie odkryciem.
Zdaniem pana, my, Polacy, jesteśmy arystokratami opozycji, ruchu oporu, dysydencji. Naprawdę?
Tak, w stosunku do stalinowców, do nazistów, doświadczenie polskie w czasie wojny było doświadczeniem oporu. Myślę, że Katyń jest zbrodnią przeciwko klasie społecznej: burżuazji intelektualnej i arystokracji. Zbrodnię w Katynie nazwałbym zagładą klasy. Było to przecież działanie sowietów mające na celu zlikwidowanie inetligencji w całym rejonie, ażeby stało się niemożliwe jej polityczne przetrwanie. Dla mnie Polska jest od korzeni krajem oporu: w historii wiele razy próbowano ją unicestwić.
Oglądał pan film Andrzeja Wajdy pokazywany we Francji?
Sprawa zbrodni w Katyniu jest fundamentalna, jednak wciąż jeszcze mało znana we Francji. Film Wajdy nie został wystarczająco zrozumiany. Francuska prasa była wściekła, kontynuowała publikowanie „nieprawd” na temat Polski. Widziałem film Wajdy już po napisaniu „Jana Karskiego”. To bardzo dobry film, mający siłę i niosący wielką prawdę. To, co sam wiem o Katyniu, pochodzi z książki Victora Zaslavsky’ego „Le massacre de Katyn”.
Być Polakiem to być antykomunistą? – Tego dowiedziałem się z pana książki.
Dla Jana Karskiego, tak. Polacy są jednymi z pierwszych, którzy zrozumieli, że komunizm był totalitaryzmem. Byli jego ofiarami. We Francji, lewica intelektualna w swoim czasie zabłądziła podziwiając Stalina. Nie powinno się zapomnieć wstydliwego zdania, którego autorem jest Sartre: „Każdy antykomunista to pies!”.
Swoją książką sprawił pan Polsce niemałą niespodziankę, chociaż przyznam, trudno się w niej przejrzeć. Jej wartością nadrzędną jest oczywiście postać Jana Karskiego, ale i nie bez znaczenia jest sposób, w jaki nas pan pokazuje. Z pana książki rysuje się obraz Polaka – bohatera na tle zniewolonej historii. Pisze pan o naszej izolacji i o tym, że zawsze jesteśmy niezależni, przeciwni wszelkim niesprawiedliwościom.
Niecierpliwie czekam na opinie polskich czytelników, nie tylko dotyczące książki, ale też sposobu, w jaki pokazałem Jana Karskiego. Teraz zadaję sobie pytanie, czy Karski jest bohaterem dla Polaków. Dla mnie jest bohaterem nie tylko polskim, jest bohaterem świata.
Jan Karski mówi w pana powieści: „za każdym razem, kiedy współpracownik Roosevelta czy Churchilla pytał, co zrobić z Żydami, stawiał takie samo pytanie jak Hitler – stawiał pytanie hitlerowskie”. Tak pan uważa?
Myślę, że Amerykanie i Anglicy opuścili Żydów w Europie, tak jak opuścili polski ruch oporu w czasie Powstania Warszawskiego. Od 1938 roku, czyli od Konferencji w Evian, Alianci zamknęli granice przed żydowskimi uchodźcami. Nie chcieli przyjąć Żydów z Europy.
Pisze pan o Polsce jako kraju, w którym miał miejsce Holokaust (“to kraj śmierci”), pisze pan o odpowiedzialności, jaką za niego ponoszą i Niemcy i Alianci. Jest pan chyba jednym z pierwszych zagranicznych pisarzy, którzy we współczesnej historii Polski nie widzą Polaków-antysemitów, nawet jeśli pisze pan o antysemityzmie. Założę się, że jest pan krytykowany za ten punkt widzenia.
Tak, myślę, że jest niesprawiedliwe, nawet skandaliczne redukowanie Polski do kraju antysemityzmu. We Francji propaganda dotycząca polskiego antysemityzmu jest natarczywa. Bez przerwy ktoś mi o tym mówi, i za każdym razem muszę pokazywać niuanse, wyjaśniać że nie wszyscy Polacy są antysemitami. Za każdym razem przypominam, że największa liczba Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata w Yad Vashem w Jerozolimie, to Polacy. Istnieje pedagogika dotycząca historii stosunków pomiędzy Żydami i Polakami. Jan Karski jest dobrym przykładem ukazującym, że ta historia jest bardziej złożona od tego, jak niektórzy chcieliby wierzyć.
Skąd u Francuzów ten stereotyp Polaka-antysemity?
Trudno na to odpowiedzieć. Antysemityzm istniał w Polsce, byłoby niewłaściwe go negować: był na przykład w Jedwabnem, kiedy w lipcu 1941 doszło do masakry ludności żydowskiej dokonanej przez ludność polską. Wiem również, że postawa Państwa Polskiego względem Żydów w czasie wojny była ambiwalentna. Ale, jak powiedziałem, niesprawiedliwe jest oskarżać całą Polskę o antysemityzm. Myślę, że stereotyp Polaka antysemity utrwala się za sprawą innych krajów, które powtarzając go, dobrze ukrywają własny. Pisząc tę książkę odkryłem, że na początku lat 40. Ameryka była bardzo antysemicka. Sowieci zrobili wiele by propagować stereotyp Polaka antysemity, choć sami dopuszczali się masakry przeciwko Żydom. Kiedy promując książkę „Jan Karski” we Francji, biorę udział w spotkaniach z publicznością, zawsze jest na sali ktoś, kto się dziwi że jakiś Polak, Karski, czyli katolik szedł na pomoc Żydom, że w ogóle istniał. Czasem moja książka podsyca agresję: słyszę, że z figurą heroicznego i filosemickiego Jana Karskiego, pokazuję jedynie część postawy Polaków wobec Żydów. Jednak ludzie, którzy są otwarci, uświadamiają sobie, że przywracam sprawiedliwość pojedynczemu człowiekowi i są szczęśliwi, że książka pomaga zniuansować wizerunek Polski, jaki znają. Może skromnie pomóc poprawić ten wizerunek, przede wszystkim dlatego, że nie napisał jej Polak, ale Francuz.
Czy myśli pan, że gdyby we Francji opublikowano tłumaczenie polskiej książki o Karskim, zostałaby zauważona? Moja przyjaciółka, Polka mieszkająca w Paryżu, powiedziała: „Chwała bogu tę książkę napisał Francuz, w końcu jest dyskusja o Polsce i polskich sprawach”.
Wspomnienia Jana Karskiego ukazały się po francusku. Nie odbiły się szerokim echem. Myślę, że trzeba je wznowić. Mam nadzieję, że zainteresowanie, które wzbudza moja książka, może przysłużyć się wspomnieniom Karskiego.
Nie ma pan wrażenia, że idealizuje Polskę i Polaków?
To możliwe. Ale jeśli to kraj, którego reputacja jest tak bardzo plamiona, to chyba nie jest źle trochę go idealizować. Przecież nie idealizuję Jana Karskiego. Myślę, że jestem wierny temu, kim był w rzeczywistości. Opowiadam życie Karskiego i ustawiam się w jego miejscu. To on nosił w sobie, bez wątpienia, rycerską wizję polskiego losu. W mojej książce, być może Polska ma dobrą pozycję, w przeciwieństwie do Ameryki, ale to dlatego, że jest ofiarą.
Czy myśli pan, że Polska Jana Karskiego i ta z pana powieści w ogóle istnieje?
Tak, istnieje duchowo. Istnieje w sercach i duszach pewnych Polaków. Również w moim sercu i mojej duszy. Dzięki Janowi Karskiemu odkryłem działalność zakonspirowanej siły zbrojnej polskiego podziemia, czyli Armię Krajową. Organizację nadzwyczajną. Polska nie kolaborowała z nazistami, w przeciwieństwie do Francji; udowodniła swoją szlachetność polityczną, która spowodowała Powstanie Warszawskie. Właśnie to, co interesuje mnie w Polsce to jej postawa – była zawsze sama przeciwko wszystkim. To kraj, który zostawiano zawsze samemu sobie. Przez doświadczenie Jana Karskiego chciałem pokazać tę samotność.
Czy w ogóle był pan w Polsce?
Przyjechałem do Polski w 2005 roku, żeby napisać rozdział mojej poprzedniej powieści „Cercle”, będącej rodzajem odysei po Europie Wschodniej. Spędziłem wiele dni na samotnych spacerach po dzielnicy dawnego getta warszawskiego. “Cercle” to mała odyseja, ponieważ jej bohater, trochę jak Ulysses eksperymentuje na własnej wolności poddając się sytuacjom, które prowadzą go przez nieznane. To historia człowieka, który zostawia życie w Paryżu i decyduje się iść za wewnętrznym głosem. Pewnego dnia nie wsiada do paryskiego pociągu RER o 8:07 rano, którym codziennie jeździ do pracy. Wyrusza na Wschód, najpierw do Berlina, potem do Polski. Rozumie, że ma w sobie intymną busolę, która zawsze wyznacza kierunek: Wschód. Wschód wabi go jak kochanka.
Co jest celem jego wędrówki?
Chce dojść do serca Europy i trafia do miejsc, w których dokonywała się dewastacja XX wieku. To dlatego narrator pewnego dnia trafia do Warszawy i rozumie, że musi odkrywać ślady warszawskiego getta, także przeprowadzić eksperyment, który nazywa się „zniknięcie zaginionego”. To dlatego pojechałem do Polski, napisać powieść, i żyć doświadzeniem, o którym opowiedziałem.
Czy to prawda, że i w Berlinie i tu żył pan właściwie bez pieniędzy?
To prawda. Porzuciłem pracę nauczyciela literatury w liceum. Chciałem pisać i wędrować po Europie. W Berlinie przezimowałem w małym pokoju, który wynająłem właściwie za grosze. Byłem biedny, ale szczęśliwy. Kiedy przyjechałem do Warszawy, zająłem pokój w hotelu robotniczym przy ulicy Długiej 29. Hotel istnieje do dziś, nazywa się Metalowcy i należy do związku zawodowego metalurgów. Pokój był maleńki, myślę, że najtańszy w całym mieście. Pisałem noc i dzień, spacerowałem ulicami Warszawy notując zdania na kartkach papieru, trwałem w niekończącej się ekstazie pisarskiej. Uśmiecham się, kiedy to sobie teraz przypominam.
Co pan zapamiętał z tej wizyty?
Pierwszy wrażenie to kontrast. Z jednej strony szarość powleczonych metalem budynków, które w moim odczuciu są bardzo „sowieckie” (na przykład Marszałkowska i jej otoczenie), z drugiej powab wiosenny parków, jak Ogród Saski, otwarty w czasie całego dnia i nocy (w Paryżu parki i ogrody zamykane są wieczorem). Chodziłem do niego każdego dnia. Siadałem na ławce, pod drzewem i pisałem. Była wiosna, drzewa budziły się do życia. Przypominam sobie bar mleczny, do którego chodziłem na obiady, zamawiałem je w ciemno, bez rozumienia nazw potraw, co sprawiało mi przyjemność. Często odwiedzałem „Pod Barbakanem”, bar mleczny na granicy Starego i Nowego Miasta. Najsilniejsze wrażenie zrobił na mnie teren dawnego getta. – Ulica Próżna, którą zobaczyłem jako opuszczoną. Zapamiętałem fasady, czarne, zwęglone. Okna zabite, budynki kompletnie zrujnowane. To tak jakby w tej ruinie ulicy zachowała się pamięć getta. Przeżyłem coś jak zawrót głowy, jak choroba. Miałem wrażenie, że te czarne mury mówią do mnie, że pamięć getta zaczyna być moją pamięcią. ZOBACZYŁEM zniknięcie tamtego świata. Było to dla mnie doświadczenie bolesne, opowiedziałem o nim w „Cercle”. Oczywiście pamiętam ulicę Sienną, do numeru 59, mur i czerwone cegły. Świece w formie puszki od konserw z napisem „Memorial Candle” – „Świeca pamięci” po angielsku i hebrajsku, i dalej tablica: „W okresie 15-XI-1940 r. – 20.XI. 1941 r. mur ten był granicą getta”. Obrazy, których nie zapomnę.
Rozmawiamy w dniu, w którym umarł Marek Edelman, ostatni przywódca powstania w warszawskim getcie. Co pan czuje?
Kiedy zbierałem dokumentację o Janie Karskim, o Polsce i o warszawskim getcie, przeczytałem „Getto walczy” Marka Edelmana. To był wielki człowiek. Widzę logikę historii w tym, że Marek Edelman był jedną z najważniejszych postaci od powstania w getcie do Solidarności. Solidarność jest, w moim rozumieniu, jednym z ostatnich wielkich mitów powstańczych Zachodu.
Dlaczego w ogóle Jan Karski? Kiedy usłyszał pan jego historię?
Odkryłem Jana Karskiego oglądając „Shoah”, wielogodzinny film Claude’a Lanzmanna. Jego świadectwo człowieka, który już w czasie wojny próbuje przekazać światu prawdę o eksterminacji europejskich Żydów, o tym, co widział w getcie i w obozie w Izbicy, mnie poruszyło. Chciałem dowiedzieć się więcej o tym człowieku, i zrozumieć, jak mógł dźwigać odmowę Aliantów wysłuchania jego przekazu. Dlatego napisałem o nim książkę.
Zrozumiał pan?
Myślę, że nigdy nie uda się przeniknąć tajemnicy człowieka. Ale myślę też, że Jana Karskiego przepełniała olbrzymia siła ducha. Jak sam deklarował pod koniec swojego życia, stał się „katolickim Żydem”. Myślę, że chciał przez to powiedzieć, że został katolikiem, który dużo myśli o Żydach Europy, zbliżył się do judaistycznego myślenia. Wierzę, że ta podwójna duchowość pomagała mu żyć i świadczyć o przeszłości.
Jaki był stosunek Karskiego do Lanzmanna i do jego filmu?
Obraz Polski, jaki kreuje film „Shoah” Claude’a Lanzmanna jest bardzo ostry i niesprawiedliwy. Myślę, że obecność Jana Karskiego w tym filmie pokazuje, że nie można zredukować Polski właśnie do kliszy antysemityzmu, który podtrzymują zachodnie demokracje, i który z premedytacją był utrzymany przez hegemonię sowiecką. Wiem, że Lanzmann filmował Karskiego przez osiem godzin. Jednak w filmie nie pokazuje więcej niż czterdzieści minut ich rozmowy. Lanzmann był przede wszystkim zainteresowany świadectwem o getcie. Pomijając te fragmenty, w których Karski opowiadał o swoich wysiłkach w przekazaniu Ameryce wiadomości Żydów z warszawskiego getta, sfałszował sens jego interwencji. Wstrząsa, że w „Shoah” nie zobaczymy żadnego Polaka, który ratował Żydów. Zrozumiałem że „Shoah” odegrał zasadniczą rolę w wyobrażeniu, jakie Francuzi ale i światowa opinia publiczna mają o Polsce.
Mimo to Karski nie oprotestował filmu.
Był lojalny wobec Lanzmanna – bronił, kiedy go atakowano, nawet jeśli sam był dotknięty antypolską wymową filmu. Bronił, bo uważał „Shoah” za naczelne dzieło w historii świadczenia o eksterminacji Żydów w Europie.
Co zaskoczyło pana we francuskich recenzjach pana książki?
Krytycy francuscy nie chcieli przyznać, że Amerykanie i Anglicy byli bierni wobec eksterminacji Żydów w Europie. Bardzo mnie za to atakowano. Myślę, że Francuzi chcieli usłyszeć, że wymyśliłem tę bierność. Wierzę, że większość ludzi potrzebuje wierzyć w dobro; chcieliby więc uwierzyć, że Alianci byli niewinni. Myślę, że właśnie dlatego krytycy byli zszokowani moją książką, ale równocześnie ją pokochali: została bardzo dobrze przyjęta, odniosła sukces, który się liczy.
Co mówią panu czytelnicy o samym Karskim?
Że pokochali jego los i odwagę. Stawiają pytanie o odpowiedzialność aliantów za eksterminację Żydów z Europu. Odkrywają też w jaki sposób Polska stawiała opór. To główne tematy moich rozmów z czytelnikami.
Skoro, jak pan zasugerował nikt we Francji nie znał Jana Karskiego, skąd taki odbiór pana książki, spory wokół tej postaci?
To prawda, nikt albo prawie nikt nie znał Karskiego we Francji. Ta książka wywołała emocje, bo pokazała coś uniwersalnego. Emisariusz, którego wiadomości się nie słucha jest postacią, którą wszyscy znamy: na swój sposóp Karski stał się Żydem tułaczem. Ale przede wszystkim, we Francji, czytano tę książkę jako odpowiedź, chociaż po trzydziestu latach, na „Shoah” Claude’a Lanzmanna. Wyizolowałem świadka tego filmu: Karskiego, aby zgłębić jego życie. Czytelnicy we Francji są wrażliwi na historie wędrowania przekazu w czasie. Wiadomość Żydów z warszawskiego getta była przekazana Karskiemu. Karski próbował przekazać ją Roosveltowi: tu przekaz został przerwany. Lanzmann przywrócił przekaz trzydzieści pięć lat później, i oto po kolejnych trzydziestu latach to ja przywróciłem przekaz. Czytelników we Francji interesuje, jak pisarz czterdziestoletni, nie Żyd (jak Karski) słucha na początku XXI wieku historii, która powinna być mu odległa i jak ten przekaz staje się jego pamięcią. W dyskusjach, które wywołała książka powraca pytanie: czy możliwe jest aby nowe pokolenie pisarzy, z którego pochodzę, miało prawo mówić o Shoah? I mówić w dodatku przez fikcję, fabułę? Myślę, że mamy prawo. Ostatni świadkowie umierają, albo umrą. Wydaje się konieczne zebrać ich relacje.
Sam pan nie ma polskich, albo żydowskich korzeni? – Trudno uwierzyć, że taką książkę o Polsce napisał ktoś, kto nie ma rodzinnej relacji z tym krajem.
Często zadaje mi się to pytanie. Wiem, że trudno to sobie wyobrazić, ale nie mam ani korzeni żydowskich ani polskich. Myślę, że pasje intelektualne są ważniejsze od narodowych czy religijnych tożsamości. Pasjonuje mnie żydowska filozofia. Można powiedzieć, że w moim pisaniu zawarty jest „judaizm myśli”, jak mówił Maurice Blanchot. Zresztą to Polska jest krajem, przez który do tej myśli dotarłem. Mógłbym powiedzieć, że czuję się, jak Jan Karski, katolickim Żydem. Mógłbym powiedzieć również, ryzykując formułę filozoficzną, że bez wątpienia w moim pisaniu jest „polskie pochodzenie”. Kiedy pisałem tę książkę, w jakimś sensie stałem się Polakiem. A wiedzieć skąd to się bierze? Być może z nauki przekazanej przez polską profesorkę na uniwersytecie w Rennse, może z lektury Bruno Schulza, a może z jakiejś wrażliwości, która nie jest wyłącznie francuska, ale europejska. Jestem pisarzem francuskim, podczas gdy moja rodzina ma korzenie niemieckie i włoskie. Nie czuję się obywatelem żadnego kraju, poza tym obcym regionem, który nazywa się krajem opowieści.
Dlaczego wybrał pan akurat taki schemat książki – podzielił ją pan na trzy części, dwie pierwsze są właściwie zapisem wybranych fragmentów z filmu „Shoah” i samych wspomnień Karskiego. Dopiero część trzecia, dla mnie najciekawsza, jest kreacją literacką.
Zrobiłem tak przez szacunek dla słów Karskiego i dla tego, co sam napisał. Również z powodu skrupułów moralnych. I po to, by czytelnik, poznając tę trzecią część, powieściową, miał wszystkie możliwe informacje o Janie Karskim. W trzeciej części książki, kreuję monolog Karskiego, aby usłyszeć ciszę, jaką nosił w sobie przez 35 lat i aby poczuć tragedię jego życia.
Nie bał się pan takiego nie do końca powieściowego i autorskiego schematu?
Nie, nie bałem się. Prawdziwa książka dzisiaj nie może mieścić się w jednej formie. I myślę, że to, co wybrałem jest najwłaściwsze, ponieważ przedstawia właśnie wędrówkę przekazu Karskiego w czasie.
Jak bardzo pana powieść opiera się na faktach, a jak na wyobraźni?
Wszystko, co mówię o życiu Karskiego oparte jest na faktach. To, co wymyśliłem, to detale, w trzeciej części książki i oczywiście myśli, jakie przypisuję Karskiemu. Buduję je wokół jego doświadczenia i postawy. Wokół tego, że po swoim doświadczeniu, w 1945 roku nie może uwierzyć w zwycięstwo. Idea „zwycięstwa” wydaje się mu niestosowna. Myślałem, że bez wątpienia, począwszy od 1945 roku, już nigdy nie znalazł snu. Wyobraziłem sobie jego życie jako niekończącą się białą noc, w czasie której strzeże ciszy.
Myśli pan, że jedynym, czym żył Karski był przekaz o Holokauście? W pana powieści prawie nie istnieje jego życie prywatne. Pisze pan o Poli Nireńskiej, jego późniejszej żonie, ale ona jedynie towarzyszy jego samotności. Napisał pan, że w czasie wojny nikt nie miał czasu ani siły oddawać się miłości, podczas gdy Marek Edelman napisał książkę „I była miłość w getcie”. Naprawdę uważa pan, że wojna zatrzymała miłość?
Skupiam moją książkę na samotności Karskiego, na jego niepokoju o to, czy będzie skuteczny w przekazaniu prawdy. Skupiam ją na jego pragnieniu bycia wysłuchanym a także pragnieniu bycia wiernym w przekazie tego, co wiedział o Żydach w getcie. Wyobraziłem sobie, że powtarza to przesłanie przez całe życie i dlatego nie może odnaleźć snu. Przez własną wstydliwość mało opowiedziałem o miłości Jana Karskiego do Poli Nireńskiej. Kiedy sam wyobraziłem sobie ich spotkanie, miłość, która zapaliła się przed obrazem „Jeździec polski” Rembrandta, i białe noce, które spędzali na kanapie swojego mieszkania myśląc o Polsce, poczułem intymność, której nie odważyłem się opisać.
We wszystkich kluczowych momentach życia Karski odwiedza nowojorskie muzeum i ogląda właśnie obraz Rembrandta „Jeździec polski“. Co znalazł pan na tym obrazie?
Najkrócej mówiąc: szlachectwo ducha. Według mnie to jeden z najpiękniejszych obrazów na świecie. Zawiesiłem reprodukcję nad swoim biurkiem. Kiedy pisałem „Jana Karskiego” patrzyłem na pociągnięcia pędzla, zaklęty w nich oddech powstańczej młodości, radosną ciemność, która bierze się z kolorów czerwonego i ochry, i która daje jeźdźcowi ponadczasową energię.
Który z epizodów życia Karskiego najbardziej zapadł panu w pamięć?
Spotyka w Anglii, pod koniec 1942, i później w Stanach w 1943, różnych oficjeli, prezydenta Roosvelta. Przekazuje im wiadomość od Żydów z warszawskiego getta, mówi, co widział w getcie, ale nikt mu nie wierzy. Sędzia sądu najwyższego Stanów Zjednoczonych, Felix Frankfurter mówi: „Nie chcę panu wierzyć”. Karski odpowiada: “Myśli pan, że kłamię?”. – „Nie, nie mówię, że pan kłamie, mówię, że nie chcę panu uwierzyć”. To jest to, co na zawsze zachowałem w pamięci.
Kim dzisiaj jest dla pana Karski?
Stał się bohaterem francuskiej literatury. A dla mnie, bardziej tajemniczo, to prawie święty. Podziwiam tego człowieka, mój podziw rośnie jeszcze odkąd napisałem książkę. Karski wciela tragiczne przeznaczenie politycznej samotności XX wieku.
Czuje się pan trochę Karskim?
Wierzę, że to jest sekret pisarzy. Tajemnica fikcji. Pisząc staję się kimś innym. Stałem się więc Janem Karskim, a raczej Karski stał sie mną. W czasie spotkań z publicznością ludzie się mylą i mówią do mnie „Jan”, a czasem wprost nazywają mnie „Janem Karskim”!
W swojej książce pokazuje pan człowieka samotnego, który odpowiada Roosveltowi: „Jestem nikim”. To klucz, jaki pan znalazł do rozumienia Karskiego?
Tak, nazwałem go ironicznie Nikim, jak Ulisses, w Odysei ponieważ jest tym, którego się nie słyszy. Dla mnie, Karski jest nosicielem prawdy w świecie, który nie chce prawdy. Dla świata więc jest nikim.
Jan Karski jak Józef K. z „Procesu” Kafki?
Tak, noszą nawet te same inicjały. Jan Karski niesie wiadomość, jak wiele postaci u Kafki. Wiele razy wracałem do „Dziennika” Kafki, kiedy pisałem książkę. Kafka stawia pytania o zło, które są fundamentalne.
Również jak Robinson, warszawski Pianista z autobiografii Szpilmana?
Właśnie tak, bardzo lubię książkę Szpilmana, również film Polańskiego. Samotność pianisty przypomina samotność Karskiego.
Jedna z koleżanek z Gazety, wiedząc, że będę z panem rozmawiał, powiedziała, że z tego, co czytała o Karskim, był osobą zimną, wyniosłą i wszystko podporządkowywał swoim zadaniom i celom politycznym. Czy była to psychiczna zbroja, pozwalająca mu działać, czy było to raczej psychologiczne pomieszanie empatii z obojętnością?
Jan Karski był kimś, kto został uwięziony przez Sowietów, był torturowany przez Gestapo, kto przekroczył dziesiątki granic: był osobą, której śmierć się nie ima. Niósł wiadomości najważniejsze dla świata. Myślę, że w efekcie wszystko podporządkował swojej misji, ponieważ nie mógł inaczej. Poświęcał się, a być może poświęcenie zawiera w sobie formę radykalnej determinacji i obojętności. Ale ta obojętność jest na służbie ogromnej hojności. Empatia Jana Karskiego dla Żydów Europy była nadzwyczajna, przez całe życie nosił żałobę. Nie myślę, że był niewrażliwy. To człowiek, który cierpiał, próbował popełnić samobójstwo po nazistowskich torturach, przed kolejnym przesłuchaniem. Myślę, że był wierny dwóm ludziom z warszawskiego getta, którzy go obarczyli przekazem dla Aliantów. Nigdy nie porzucił swojej misji.
Jest pan synem żołnierza, skończył pan szkołę średnią prowadzoną przez siły zbrojne, słynną Prytanée National Militaire, w La Fleche na południu Francji. Czy ta wojskowa edukacja pomogła panu lepiej zrozumieć Karskiego i jego los?
To prawda. Na pewno pomogła mi pokochać odwagę Karskiego. Podziwiam wytrzymałość, kocham to, co cierpliwe, pokątne, tajne. Życie Jana Karskiego, podobnie jak jego ucieczki (z obozu sowieckiego, potem z Gestapo) głęboko mnie poruszyły. Moja książka jest prawdopodobnie hołdem, choć niebezpośrednim, złożonym mojemu ojcu, który był żołnierzem i który, jak Karski pracował w wywiadzie: przeżył swój los wiedząc o sprawach, których nie mógł wyjawić. Moja książka, w pewnym sensie, jest hołdem dla wszystkich, którzy jak Karski byli zobowiązani do życia z tajemnicą.

(październik 2009)

*

JESTEM TĄ, KTÓRA TAM BYŁA

 

Z Irit Amiel rozmawia Remigiusz Grzela

Tel Awiw, 2012

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Irit Amiel z hebrajskim wydaniem „Egzaminu z Zagłady”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak było z pisaniem „Egzaminu z Zagłady”?
Ta książka była w głowie, była we mnie. Pisałam ją właściwie bez zastanowienia. Słuchaj, żyję w cieniu Zagłady. Myślę, że wielu ludzi żyje tak samo. Ma podwójne życie. Wszystko mi przypomina tamto. Jest tłok w autobusie, ktoś mnie popchnie, a ja myślę, ciekawe, co on by zrobił w wagonie.
Kiedy się poznaliśmy, powiedziałaś, że mieszkasz w języku swojego dzieciństwa. Teraz piszesz o emigrowaniu z języka. Coś się zmieniło?
Miałam czternaście lat, kiedy wyjechałam z Polski. No, to chyba wyemigrowałam. Muszę już dzisiaj patrzeć z innej perspektywy.
Ale przyjeżdżasz do Polski szukać szeleszczących słów.
Bo bardzo polski lubię. Uważam, że to ładny język, chociaż wszyscy mówią, że jest okropny. W Izraelu są nawet żarty ze słowem „prześcieradło”, bo przecież to jest niemożliwe do wymówienia dla tych, którzy języka nie znają. Łapią się za głowę, jak słyszą „prześcieradło”.  Lubię polski, bo urodziłam się w tym języku. Łączy mnie z moim dzieciństwem, z rodzicami. Poza tym lubię sposób, w jaki można tworzyć słowa. Dodajesz „nie” i już jesteś „nienasycony”.
Jesteś nienasycona?
Odpowiem inaczej: Wstaję rano i jestem ucieszona, że dostaję bezpłatnie słońce, morze, uśmiech. Bardzo dużo człowiek dostaje nie płacąc.  Kwiaty kwitną. Nagle z nieba woda się leje. To nie jest coś nadzwyczajnego? Życie jest przecież ładne. Przecież mogłam zginąć i by nic nie było. Mogłam zginąć jak półtora miliona dzieci. Mój ojciec nie wiedział, dokąd mnie pcha…

(A dnia trzeciego podniósłszy oczy ujrzał miejsce z daleka na ulicy Przemysłowej na granicy getta. A gdy oboje szli pospołu, rzekła Irenka ojcu swemu: A gdzież ofiara całopalenia? A Leon rzekł: Widać ciebie upatrzył sobie Bóg na ofiarę córko moja, więc my poczołgajmy się jeszcze trochę żebyś ze ściany wyskoczyła w życie. – fragment wiersza „Próba”)

To zdjęcie zrobiłem Irit Amiel w Tel Awiwie w grudniu 2011 roku.

I nagle taka scena. Moje osiemdziesiąte urodziny. Siedzimy nad morzem, w Izraelu. Noa, moja wnuczka trzyma syna, mojego prawnuka. Wszyscy mają białe koszulki, na których jest napisane: „We love you, Bobe”, bo mówią na mnie Bobe. I nagle taki przebłysk: zobacz, to wszystko on zrobił, mój ojciec. On, który mnie tam wepchnął. Dla mnie to jest biblijna przypowieść. Twoim zdaniem nie jest?
Ojciec tłumaczył ci, co się będzie działo dalej?
Dzisiaj tak trudno to wytłumaczyć. To nie były jakieś postanowienia, plany, omówienia przy kawie. To wszystko działo się w panice, w histerii. Co będzie dalej, gdzie pójść?… Tego w ogóle nie można opowiedzieć.
Jak zapamiętałaś to rozstanie z ojcem?
Co za pytanie?! Pamiętam jak dziś. Jak można nie pamiętać rozstania?
Co sobie powiedzieliście?
Nie powiedzieliśmy sobie nawet „Shalom”, wszystko odbywało się w takim tempie. Myśmy już przedtem zrobili coś innego… Ale po co ja mam o tym mówić? Mówmy o wierszach.
Trzeba o tym mówić, żeby zrozumieć.
Nawet nie wiem, skąd zacząć. Ale dobrze. Więc jest duże getto, a my dostajemy od Niemców mieszkanie na tzw. Meksyku. Mówiło się na przykład: „On sobie przyprowadził dziewczynę, co mieszka na Meksyku”. To były te najgorsze ulice. W tych mieszkaniach często nie było kanalizacji. Ale to naprawdę nie jest to, o czym bym chciała. To takie świadectwo, które się daje w Yad Vashem. Ani nie chcę, ani nie mogę. Mogę napisać, ale nie mogę mówić.
Piszesz o tym w każdym wierszu. Sama mówisz, że zawsze coś ci przypomina przeszłość.
To mam opowiadać dokładnie? Nie mogę o tej akcji mówić, bo dostanę ataku serca. Po co mi to? Do diabła te wiersze.  Dobrze, moje pierwsze wiersze były bardziej relacją niż metaforą. Widocznie musiały takie być. Choć w „Osmalonych” byłam w każdym opowiadaniu, to się chowałam. Jest mi łatwiej pisać niż mówić. Mam osiemdziesiąt lat. Zaraz mnie nie będzie. Muszę szybko pisać, o czym myślę.
Zastanawiałem się, czytając twoje wiersze, jak bardzo żyjesz w Częstochowie?
W ogóle tam nie żyję. Częstochowa to dzieciństwo. Mieszkałam tam do jedenastego roku życia. Ale Częstochowa nigdy nie była łaskawa dla Żydów. Dla mnie była łaskawa, bo tam była moja rodzina, byli moi rodzice, przyjaciele. Dużo pamiętam z tamtego czasu. Nawet nazwiska. Pamiętam na przykład, że Praszkiewicz miał skład apteczny. Dzisiaj nie ma składów aptecznych. Pamiętam, gdzie mieszkaliśmy. Pamiętam wszystkie piosenki, które mi śpiewała Wikcia, taka moja niania. Pamiętam piosenki, do których tańczyli moi rodzice, smutne piosenki o miłości. Miłość w przedwojennych piosenkach zawsze była smutna, tęskna i taka, co wszystko wybaczy.
Co śpiewała ci niania?
Chwalcie łąki umajone, góry doliny zielone, chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki. Przecież to bardzo ładne.
Religijne.
Pewnie. Była chrześcijanką, to uczyła mnie katolickich piosenek. A mama śpiewała mi  kołysanki, które potem śpiewałam swoim dzieciom.  Był sobie król, był sobie paź i była też królewna… Znasz na pewno. Ze swoimi dziećmi nie rozmawiałam po polsku, ale śpiewałam im po polsku, więc wiedziały, że skądś przyjechałam. Że nie jestem stąd, jak mój mąż.
Dlaczego nie rozmawiałaś z dziećmi po polsku?
A jak mogłam rozmawiać? To nie była żadna duma. Przecież w autobusach wisiały plakaty: „Hebrajczyku mów po hebrajsku”. Kiedy z kimś mówiło się w innym języku, ludzie zwracali uwagę. To był terror. Pytano: „Jakim językiem wy mówicie? Kto mówi po niemiecku? Kto mówi po polsku?”. Wstydem było mówić po polsku czy w jidysz. To się zmieniło. Teraz można już rozmawiać w każdym języku. Tak jest z Rosjanami. Ze sobą rozmawiają po rosyjsku, ale jeżeli chcą coś oficjalnie załatwić, to muszą mówić po hebrajsku, bo to język urzędowy.
Jak wyglądał twój dom w Częstochowie?
Mój pokój był różowy, były w nim różowe mebelki. Był salon, jadalnia z okrągłym stołem. Pamiętam duży żyrandol. Nasze mieszkanie było wynajęte. To była Aleja Wolności 11. A przed samą wojną myśmy zmienili to mieszkanie. Pamiętam, że elegancko się dzwoniło na Wikcię i przychodziła, żeby podać do stołu. Była właściwie moją przyjaciółką. Cały czas byłyśmy razem. Tylko na spacery chodziłam z mamą, która była elegancką damą. Bardzo mi było dobrze. Wszyscy mnie rozpieszczali. Byłam taką „odświętną” żydowską dziewczynką, której babcia co piątek zapalała świece szabatowe, przykrywając głowę chustką i płacząc nad swoim wdowim losem.
Wikcia zabierała cię do kościoła?
Pewnie. Zabierała mnie na Jasną Górę. To mi pomogło, bo przecież później, przez trzy lata byłam na aryjskich papierach, chodziłam do kościoła. A te piosenki naprawdę były ładne. No na przykład: Kiedy ranne wstają zorze Tobie ziemia Tobie morze, Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon Boże wielki. To jest przecież piękna pieśń. A może tak je lubię, bo tak bardzo kocham ten język. Dziwne, bo ludzie nie są aż tak zakochani w języku. Jedynie język łączy mnie z tamtym życiem. W domu mówiło się po polsku, nie po żydowsku. Nawet babcia mówiła do mnie po polsku, chociaż znała żydowski. Rozumiałam jidysz, ale kiedy znalazłam się po aryjskiej stronie, przekonałam się, że nie mogę nic rozumieć. Bo kto rozumiał po żydowsku, był Żydem. Musiałam uważać. Z Alei Wolności przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, na Piłsudskiego 35, ale w tym mieszkaniu byliśmy bardzo krótko. Miałam już prawie osiem lat. Gestapo wzięło nasze mieszkanie, to był nowy dom. Przenieśliśmy się do siostry tatusia, byliśmy tam z babcią, były dzieci, inni z rodziny. Mieszkaliśmy tam we dwadzieścia osób. Bardzo trudno mi o tym mówić.

(Moja pachnąca paryskim wieczorem matka
Pozostawiła na świecie szarą smugę dymu,
Plik pożółkłych listów żydowskiej
dziewczyny, u progu szczęścia i nieszczęścia,
i moje stare żylaste dłonie muskające
o szarej godzinie głowy jej sześciu
izraelskich prawnuków
– wiersz „Soir de Paris” z tomu „Nie zdążyłam”)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wisława Szymborska do Irit Amiel (tekst kartki pod wywiadem)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A o ucieczce z Polski mi opowiesz?
O tym mogę mówić, bo to było fajne. Kiedy wojna się skończyła, wszyscy wrócili do Częstochowy. Wróciła też moja rodzina – ukochana siostra mojego ojca, która nie miała dzieci i brat mojej mamy. Chcieli mnie zaadoptować. Miałam czternaście lat, ale myślę, że od tego czasu nie zmądrzałam.
Masz w sobie dziecko?
Jestem bardzo dziecinna. Obrażam się jak dziewczynka. Wiesz, w Częstochowie chodziłam długi czas na stację kolejową i czekałam na moich rodziców. Ale nie wrócili. Bo zabrali ich do Treblinki i zadusili tam. Kiedyś nie mogłam powiedzieć takiego zdania. Więc w tej Częstochowie zaraz poszłam do gimnazjum, a nigdy nie byłam w szkole. Zaczęłam się uczyć. Nudziłam się jak mops. Myślałam: więc to chciałam robić? Chodzić do szkoły? W dodatku
nie byłam towarzyska. Przez całe lata na aryjskich papierach byłam sama. I byłam jedynaczką. Byłyśmy w szkole trzy niechrześcijanki. Była Natasza, prawosławna, była Dorcia Flamen. Kiedyś w szkole szły za mną dziewczynki i powiedziały: „Dlaczego te Żydówy mają takie grube nogi?”. Wróciłam do domu i popatrzyłam na nogi. Nie byłam może Betty Grable, o której mówili, że to dziewczyna z nogami za milion dolarów, ale moje nogi nie były grube. Mówiły o moich nogach, ale ja słyszałam: „Tyle was jeszcze zostało, jeszcze tu jesteście?”. Potem poszłam na jakieś spotkanie dla młodzieży z Antkiem, czyli Icchakiem Cukiermanem, łącznikiem ŻOB-u i AK. Pytał: „Co wy jeszcze tu robicie, nie zrozumieliście, że to nie jest to?”. Dla ludzi dorosłych wojna była przerwą w normalnym życiu, bardzo trudną, ale po tej przerwie wracało się do życia. Dla dziecka, które miało osiem lat, kiedy zaczęła się wojna i czternaście, kiedy się skończyła, które straciło rodziców, powrót do życia był omal niemożliwy. Myśli tylko o uciecze.
Była w tobie od razu myśl o wyjeździe do Palestyny?
W szkole była religia. Zostałam na pierwszej lekcji, chociaż ksiądz mówił, że kto nie jest chrześcijaninem, może wyjść. Po tym, co robili Niemcy nie byłam jeszcze taka pewna, czy można wyjść. Ksiądz zapytał, jak przeżyłam. Odpowiedziałam, że na aryjskich papierach. Wtedy zapytał, czy znam modlitwy. Znałam na pamięć pół katechizmu, przecież ze strachu się nauczyłam. Zostałam wezwana do dyrektorki. Bałam się do niej pójść, bo nie wiedziałam, o co chodzi. Zapytała: „Czy nie uważasz, że powinnaś zostać katoliczką? Będzie ci lżej. Wyglądasz jak Polka, masz jasne warkocze, ksiądz mówi, że znasz modlitwy”. Nie wiem, skąd wzięłam taką hucpę, a dyrektorka była w mieście ważną, mityczną postacią i powiedziałam: „Nie, proszę pani, mój ojciec i moja matka zginęli tylko za to, że byli Żydami i to mnie zobowiązuje”. Odpowiedziała:  „To idź już, idź do domu”. I ja naprawdę zaczęłam myśleć o Palestynie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Irit Amiel podpisuje mi swoją książkę „Wdychać głęboko”, Tel Awiw, 16 grudnia 2011

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdzie wtedy mieszkałaś?
Raz u jednej rodziny, raz u drugiej. Wojna skończyła się w maju 45 roku, a już na jesieni uciekłam z Częstochowy.
Nie byłaś związana z rodziną?
Byłam, ale chciałam żyć po swojemu, jak w wierszu Asnyka: trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. Miałam wujka, który był w Palestynie, więc coś o Palestynie wiedziałam. Wiesz, jeszcze w małym getcie powstała lista osób, które mają rodzinę w Palestynie, i mówiono, że można wyjechać, się wykupić. Wiedziałam, że nie wolno jechać. Wszystkich, którzy się zdecydowali, Niemcy wybili. Kiedy mnie namawiali, odpowiedziałam: „Nie jadę do żadnej Palestyny, bo gniewam się na kuzynkę”.
Skąd to wiedziałaś? Miałaś czternaście lat?
Miałam rozum.
Ale miałaś czternaście lat.
Mój mąż, kiedy był zdrowy, zawsze mówił: „Najważniejsze, żeby człowiek wiedział, czego nie chce”. Jeśli wiesz, czego nie chcesz, to już wiesz, czego chcesz. Pomyśl o tym. Więc najpierw w tym małym getcie, i później po wojnie wiedziałam, czego nie chcę. Chciałam żyć. Palestyna podobała mi się jako kraj dla Żydów, dla tych Żydów, których nikt nie chce. Nikt mi nie powiedział, że podróż będzie trwała blisko trzy lata. Zresztą nikt tego nie wiedział. Z Częstochowy uciekałam trzy razy, aż w końcu się udało. Były różne organizacje, również polityczne, które pomagały emigrować. Przecież po wojnie zostały takie sieroty jak ja. Byłam już „za stara”, żeby pójść do sierocińca. Zaczęłam oglądać się za chłopcami. Słuchaj, trzeba wiedzieć, że po wojnie było siedem milionów uchodźców z całego świata, którzy kręcili się po Europie. Ludzie z obozów chcieli wracać do domu. Był chaos. W Palestynie był mandat brytyjski. My chcieliśmy wyemigrować do Palestyny. Ruch syjonistyczny zorganizował  akcję, która nazywała się Bricha – Ucieczka. W starych poniemieckich koszarach organizowano obozy dla przesiedleńców, przerzucano nas przez zieloną granicę. Dołączyłam do organizacji syjonistycznej. Mieszkaliśmy w obozach, które się przenosiły.
To było czekanie?
To było życie. Na razie był pierwszy pocałunek, pierwszy chłopiec. Przecież to przerzucanie z obozu do obozu trwało dwa i pół roku. Każdego dnia był jakiś plan pracy. W Niemczech, gdzie byliśmy blisko rok, chodziliśmy oglądać filmy. Od czasów Shirley Temple w dzieciństwie, nie widziałam żadnych filmów. Były książki. Zaczęliśmy czytać po niemiecku. Potem ciężarówkami przedostaliśmy się przez Brenner Pass, czyli Przełęcz Brennera. Dalej piechotą przez Alpy, dwadzieścia pięć kilometrów nocą. To było coś, przygoda!
Skąd płynęliście do Palestyny?
Z Włoch. Byliśmy w obozie w Brugliasco koło Turynu. Brytyjski wywiad był przeciwko takim akcjom, bo dał już jakąś pulę certyfikatów na emigrację do Palestyny. Takich okrętów było dużo. Wiedzieliśmy, że będziemy emigrować nielegalnie. Byliśmy we Włoszech siedem miesięcy. W Brugliasco nie było dobrze, bo była zima, a z dzieciństwa znałam te wszystkie piosenki o gorącej Italii. Tymczasem nie mogłam się umyć, bo woda w rurach była zamarznięta. Stamtąd pojechaliśmy do Avigliana, skąd ciężarówkami pojechaliśmy dalej do Genui. Nasz okręt nie mógł normalnie wpłynąć do portu. Musiał najpierw schować się w jakiejś zatoczce. Płynęliśmy do niego nocą, małymi łódeczkami ratowniczymi. Z okrętu rzucono drabinkę i jeden po drugim mieliśmy po niech wchodzić. Było ciemno, było morze, i jasne dla wszystkich, że jeśli ktoś sobie na tej drabince nie poradzi i spadnie, to „shalom a Israel”, to znaczy, że nikt go nie będzie ratował, bo musi być cicho. Na moim okręcie było tysiąc dwieście osób. Wchodziłam z plecakiem. Był strach, bo nie umiałam pływać. Myślałam: po co ocalałam z tej wojny? I nagle ktoś podał rękę mówiąc po żydowsku. Na tym okręcie byliśmy dwa tygodnie. Bardzo to było trudne, bo była burza, ludzie strasznie wymiotowali. Były ograniczone jedzenie i woda. Brytyjczycy złapali nas na wodach terytorialnych. Walczyliśmy z nimi.  Na końcu wrzucili gaz łzawiący i zabrali nas do portu w Hajfie. W porcie przenieśli nas na okręt angielski i skierowali na Cypr. Na Cyprze był obóz. I straszny upał. Ludzie byli bardzo zrozpaczeni. Ja mniej, bo nie byłam w obozie koncentracyjnym, ale ci, którzy przeżyli obozy, znów znaleźli się za drutem kolczastym. Tak się złożyło, że tam akurat miałam wielką miłość i było nawet fajnie. Pamiętam, że właśnie zaręczyła się królowa Elżbieta i zamiast czarnego chleba dali nam biały, ale w mniejszych ilościach. Był głód. W siedem dziewcząt z naszego kibucu postanowiłyśmy, że chcemy być same. Dostałyśmy namiot w obozie letnim. Były bardzo ciężkie warunki, ale wszystko to nie miało znaczenia, bo byłyśmy młode. Brytyjczycy co miesiąc uwalniali jakąś liczbę certyfikatów. ONZ zgodziło się mniej więcej w tym czasie na stworzenie państwa Izrael,  zaczęto uwalniać dzieci, a zgodnie z metryką jeszcze byłam dzieckiem. Mój chłopak po kryjomu dołączył do mnie, i przyjechaliśmy razem. Przypłynęliśmy do Hajfy, skąd autobusami przewieziono nas do Attlit. Tam się trochę zostawało w obozie uchodźców, ale my zapisaliśmy się do kibucu, bo miałam na tym punkcie hysia. Uważałam, że nie należy dotykać pieniędzy. Do dzisiaj jestem przekonana, że pieniądze to nieszczęście. W kibucu dostajesz to, co konieczne a dajesz to, co możesz. Jest coś ładniejszego? Nie dotykasz grosza.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Dark Flashes”, najnowsza książka Irit Amiel, ukazuje się właśnie w Londynie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co było najtrudniejsze na początku?
Myśleliśmy, że będzie tak, jak mówili posłańcy, czyli że Izrael na nas czeka. Jeszcze w Hajfie, zanim wysłali nas na Cypr, nagle usłyszeliśmy „Hatikwa”, nasz hymn. Hatikwa to znaczy nadzieja. A mój okręt do Izraela też się nazywał Nadzieja. Zaczęliśmy płakać, byliśmy pewni, że jakaś grupa z Hajfy przyszła powitać emigrantów. Tymczasem śpiewali nasi  towarzysze na drugim pokładzie. Łudziliśmy się, że ludzie wiedząc, że przypłynęliśmy, przestaną pracować, wyjdą nam naprzeciw. Potem były różne spotkania z ludźmi i powracające pytanie: a jak to zostałaś przy życiu? Była podejrzliwość. Ich święci byli zaduszeni. Więc co my w ogóle tu robiliśmy? To skomplikowane.
W Izraelu mówiłaś po polsku?
Nie mówiłam. W Izraelu nikt nie mówił po polsku. Przyjechaliśmy tu i chcieliśmy, żeby nasze dzieci urodziły się w hebrajskim. Mieliśmy takie postanowienie. Wiesz, co to jest postanowienie? Chciałam być „saberka”. Chciałam mówić po hebrajsku tak jak wszyscy. Bez akcentu. Musiałam się nauczyć mówić „Halina” z twardym, gardłowym „h”. Musiałam to poćwiczyć.
Z przyjaciółmi nie mówiłaś po polsku?
Miałam grupę koleżanek, nazywałam je „Panny z Częstochowy”. Mówiły o mnie: „O, jak ona przychodzi, to zawsze się mówi po polsku”. Niedawno koleżanka zapytała mnie: „Jak to możliwe, że tak dobrze znasz polski? Przecież nie zdążyłaś chodzić do szkoły”. Odpowiedziałam: „Pewnie, znam polski, bo zawsze szkoły w Polsce widziałam od zewnątrz”. Wróciłam do mówienia po polsku dopiero jakieś dwadzieścia lat temu. Wcześniej jedynie czytałam. Miałam rodzinę w Częstochowie, przysyłała mi książki. Postanowiłam, że nie będę pisała po polsku, dopóki nie nauczę się świetnie hebrajskiego. Pierwsze wiersze napisałam po hebrajsku. Co ciekawe pisanie po hebrajsku otworzyło mnie na polszczyznę. Wróciła, bo była w mózgu. Ale język się zmieniał przez lata. Są słowa, których w ogóle nie umiem używać, np. „skoro”. „Skoro pani już przyjechała, to może pani…”. Nie pamiętam, żeby u mnie w domu używało się „skoro”. Mówię przedwojenną polszczyzną.
Nie mówisz.
Bo jednak się uczę, na przykład czytam gazety. Pamiętam, że kiedy trzydzieści lat temu przyjechała do Izraela moja ciotka, to powiedziała: „ubiegłego roku”. Pomyślałam: ach, jaki to ładny zwrot. Bo nie znałam tego. Mówiłam raczej „zeszłego roku”. Mówiło się przecież: „To mnie interesuje tak, jak zeszłoroczny śnieg”. Ale czytam gazety i widzę, że w ogóle nie znam slangu, czasem po prostu czegoś nie rozumiem. Teraz już wiem, że się mówi „wiocha” albo „obciach”. To mi się nawet podoba. Nie znoszę zdrabniania. Tych wszystkich słoneczek, majteczek, usteczek.  Jest w tym jakaś obłuda.
To kiedy zaczęłaś pisać po polsku?
Pisałam jeszcze w czasie podróży do Izraela. To się zniszczyło na Cyprze. I nagle, w Izraelu zrozumiałam, że jestem kaleką bez języka. Miałam pisać po polsku? – Dla kogo? Dlaczego? Po hebrajsku nie umiałam. Wtedy zrezygnowałam z myśli o pisaniu. Przecież Polska była dwa i pół roku odległości od Izraela. A potem była żelazna kurtyna. Zostałam rolnikiem w kibucu.
I wciąż żadnych prób pisania?
Przepisywałam jakieś wiersze albo fragmenty z książek. Ale były ciężkie warunki, pracowało się jak koń, i były hormony, byli mężczyźni. Potem poszłam na „hitiaszwut”, co znaczy „osadzić”, gdzie się budowało kibuc koło Riszon, blisko koło morza. Stąd moja miłość do morza. Myślałam o pisaniu od czasu do czasu, ale nie miałam odwagi albo nie widziałam sensu. Więc najpierw zaczęłam tłumaczyć. Poszłam na kurs translatorski i uczyli nas na przykład tłumaczyć z angielskiego instrukcję używania pieca. Nie myślałam, żeby na tych instrukcjach zarabiać. A zarabiałam, bo tłumaczyłam całkiem sporo. Wciąż jeszcze nie pisałam.
Więc co się stało?
Któregoś dnia przyszła do mnie Noa, moja wnuczka, która teraz podarowała mi dwoje prawnuków i powiedziała cała roześmiana: „Safta, czyli babciu, mam napisać pracę o Holokauście, a ty tam byłaś. Pomożesz mi?”. No to jej pomogłam. Potem z wszystkimi już pisałam te prace. Pomyślałam o sobie: „Jestem tą, o której Noa powiedziała: ty tam byłaś”. To wtedy napisałam po hebrajsku „Egzamin z Zagłady”.
Co opowiedziałaś wnuczce?
Właściwie nie opowiadałam. Był test – były pytania i na te pytania się odpowiadało. Ale tu chodziło o mnie. Że to mnie coś się stało. Więc napisałam te wiersze, wydałam, zaprosiłam  wszystkich moich „sabrowskich” znajomych na wieczór autorski. Przyszli, to było fantastyczne. I wiesz co? Oni, te „sabry”, nagle płakali. Powiedzieli: „Boże, w ogóle sobie nie wyobrażałam, że ty tak w tym żyjesz, że tak pamiętasz. Zawsze się śmiałaś, opowiadałaś żarty”. Nawet ze swoimi dziećmi czasem żartobliwie mówiłam o Holokauście, bo jak nie chciały jeść, to mówiłam: „U nas, w Shoah, to by się to połykało”. Mówiłam to z uśmiechem.
Jak było z tobą? Żyłaś tym tematem, czy on wrócił?
Odpowiem inaczej: żyłam w tym. To był mój balon. To nie był temat „na wynos”, dla ludzi. Spotykałam się przecież z przyjaciółmi, syjonistami, z którymi przyjechałam do Izraela, i nawet między sobą myśmy o tym nie mówili. Musiałam znaleźć formę na opowiedzenie swojego życia. Tak powstawały kolejne tomiki wierszy i opowiadań. Mam dosyć duże ego. Wiem, że mówię mądrze. Widzę, jak ludzie reagują na moje książki, że płaczą. To może się identyfikują ze mną? Może te opowieści mają siłę? Dla mnie to są opowieści o cudzie.  Mam dwoje dzieci, sześcioro wnuków i półtora prawnuka, bo jeden jest jeszcze w brzuszku, to jest cud. Mają imiona z Biblii i mówią po hebrajsku, grają w piłkę nożną i mówią do siebie po hebrajsku, w języku, którym została napisana Biblia. Czy to nie jest cud? Chciałam, żeby mój syn miał imię po moim ojcu, ale u Żydów sefardyjskich dziecko nazywane jest po żyjącym dziadku, nie jak u aszkenazyjskich po martwym. Musiałam dyskutować z moim teściem, bo chciał, żeby mój syn nazywał się Mosze, a to już w ogóle nie było modne imię. Mój ojciec miał na imię Leon. Wykombinowałam, że Li-on to znaczy „moja siła”. Lion Amiel brzmi nieźle. Tłumaczyłam teściowi, że przecież mój ojciec nawet grobu nie ma. Zgodził się, żeby nazwać go Lion Mosze Amiel. Potem przyszły koleżanki i mówią do mnie: „Ty będziesz go wołała Lion?”. Po hebrajsku „on” to znaczy moc. I tak wykombinowałam, że będzie miał na imię Oni. Oni Amiel. Matka mojego męża umarła dość młodo. Nazywała się Jehudit. Kiedy urodziłam córkę powinna mieć na imię Jehudit. Ale pomyślałam: „To będę miała córkę Jehudit? Jehudit to znaczy Żydówka. Ja nie chciałam Jehudit. Co to za imię Żydówka?”. Wyszła wtedy modna duńska książka „Ditta” Martina Andersena Nexø. Była nawet zekranizowana. Dita, to jakby zdrobnienie od Jehudit. W ten sposób tradycja przetrwała. Córka ma bardzo oryginalne imię. Lubi je.
Czym jest dla ciebie poezja?
Poezja to poszukiwanie siebie, swoich myśli, przeżyć.
Rodzaj terapii?
Nie. Na terapię poszłam niedawno, kiedy zachorował mój mąż. Zdradził mnie z tą paskudną chorobą, Alzheimerem. Wpadłam w głęboką depresję. W ciągu miesiąca straciłam siedem kilogramów. Dostałam prochy. Dita powiedziała: „Jeżeli znajdziesz kogoś mądrzejszego ode mnie i od ciebie, to ci pozwolę iść na terapię”. I pierwszy raz w życiu poszłam do psycholożki, która wcześniej pracowała w organizacji Amha (Twój naród), pomagającej ocalonym z Holokaustu. Natychmiast zrozumiała, co się dzieje. Chodzę do niej piąty rok i nareszcie zaczęłam trochę siebie rozumieć. Wcześniej nie miałam czasu na myślenie o swoich doświadczeniach, wcześniej trzeba było żyć. Więc książki to nie jest terapia. Ale rozmowa z sobą. Całe lata mówię do siebie, mówię na ulicy: powinnaś zadzwonić do niego. W ten sposób piszę teraz swoją autobiograficzną książkę, mówię do siebie. Ale nie piszę dla siebie, mogłam umrzeć bez tej biografii. Nie mam też zamiaru tłumaczyć jej na hebrajski. Będzie istniała tylko po polsku.
Dlaczego?
Jest coś w Zagładzie, co nie przechodzi dobrze na inne języki. To działo się na terenie Polski. Kiedy mówisz: „akcja”, to ludzie wiedzą, o czym mówisz. A jak zaczynasz pisać po angielsku, nie ma już żadnej akcji, tylko jest „action” i nikt nie rozumie. Moje książki są tłumaczone na inne języki, ale nie mają takiego echa jak w Polsce. Język to ogromna siła.
Więc jednak nie tylko twoje dzieciństwo?
To jest moje życie. Wiesz, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Mój mąż był stąd. Nie mogłam z nim mówić po polsku, jak on mógł zrozumieć Shoah. On jest Żydem marokańskim, w piątym pokoleniu. To jak ja mogę mu Shoah opowiedzieć. Mogę powiedzieć: „Strasznie się bałam”. A i tak nie oddam strachu.
Nie pamiętam z twoich książek, żebyś pisała o strachu.
Strach był obezwładniający. Przez całe trzy lata na aryjskich papierach był tylko strach. W getcie też był strach, ale inny, bo jeszcze byli rodzice.
Co jest najważniejsze w życiu?
Miłość. Miłość każdego rodzaju. Najważniejsze, żeby nie być ciągle zajętym sobą, żeby nie mieć głupich kompleksów. Kiedy byłam młoda martwiłam się, że mam za duży biust. A potem się okazało, że to bardzo dobrze. Trzeba umieć siebie zaakceptować, dopiero wtedy można dostrzec innych.
Czym jest dla ciebie Izrael?
Kiedy pytam Heńka Grynberga, powiedz mi, czym dla ciebie jest Izrael, odpowiada: „To jest mój honor”. A przecież mieszka w Waszyngtonie i pisuje po polsku, jeździ do Polski. A jego honor jest tu. To nie jest dziwne? Ja czuję w Izraelu… odrodzenie.
Twoje wiersze są o drodze do odrodzenia?
O drodze do odrodzenia narodu. Jest nas teraz w Izraelu siedem milionów, a ciągle brakuje tych sześciu, które zabrał Holocaust. Obserwuję obsesję na punkcie dzieci. W Europie tego nie ma. Tu normą jest czwórka dzieci. Dwóch partnerów homoseksualnych robi sobie dziecko. Wszyscy chcą mieć dzieci. Myślę, że brak tych sześciu milionów jest w kolektywnej świadomości. I jest coś jeszcze. Młodzi ludzie, wnuki ocalonych tatuują sobie obozowy numer dziadków na przedramieniu. A ci, których dziadkowie nie są ocalonymi mówią: jaka szkoda, że nie mam kogoś, kto był w Zagładzie.

Irit Amiel urodziła się w Częstochowie w 1931 roku. Od 1947 roku w Izraelu. Jest tłumaczką, pisze wiersze i prozę. Jej tom opowiadań „Osmaleni” (1999) był nominowany do Nagrody Literackiej NIKE 2000. Wydała tomy wierszy: „Egzamin z Zagłady”, „Nie zdążyłam”, „Wdychać głęboko”. Przełożyła z polskiego na hebrajski „Wśród przyjaciół i wrogów” M. M. Mariańskich, „To jest morderstwo” M. Frenkla, „Treny” L. Rozenzweig, „Utwory własne” A. Koplowicza. W izraelskich czasopismach literackich publikowała przekłady opowiadań L. Lipskiego, M. Hłaski, H. Grynberga, H. Krall i wierszy W. Szymborskiej. Z hebrajskiego na polski przełożyła utwory poetyckie najważniejszych współczesnych poetów hebrajskich i opracowała autorską antologię. Właśnie ukazuje się w Londynie jej tom wierszy „Dark Flashes. 70 years after Holocaust”.

Wisława Szymborska do Irit Amiel:

Kraków, 12.2.95

Droga Pani Irit (o pięknym imieniu)!

Dziękuję, że zechciała mi Pani przysłać swoje wiersze – Tak do głębi poruszające. Znalazła Pani, dla tak doprawdy trudnych do wyrażenia przeżyć, formę jedyną: jakąś zupełnie surową prostotę… Dzięki niej te wiersze będą zawsze żyły, może być Pani pewna! Jeżeli kiedyś przyjedzie Pani jeszcze do naszego kraju (wspólnego przecież!) bardzo bym chciała Panią poznać. Czy to możliwe? Ściskam Panią bardzo serdecznie! Wisława Szymborska

*

WĄS POLSKI

Od dawna obserwuję jak rodzi się język teatralny Macieja Kowalewskiego, jego własna stylistka, jak jest odrębnym artystą, który nigdy nikogo nie naśladuje.
Plagą u reżyserów stały się naśladownictwa Krystiana Lupy, Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jarzyny, nawet naśladownictwa scenograficzne (z Małgorzaty Szczęśniak) czy reżyserii świateł (z Felice Ross). U Kowalewskiego nie sposób się dopatrzeć wyraźnego zapożyczenia z czyjegoś języka. Jeśli są, to są one raczej popkulturowe. Bo akurat odniesień do popkultury Kowalewski nigdy się nie wypierał, i słusznie, nigdy się ich nie wstydził. Zanurzony w takiej rzeczywistości medialnej i kulturowej uczynił z niej właściwie gorzki, choć podany najczęściej w komediowy i groteskowy sposób, temat swoich spektakli.
Nawet, kiedy sięga po kameralne teksty nadaje im barwności, widowiskowości, która stała się znakiem rozpoznawczym Kowalewskiego.

Prowadzi z publicznością podwójną grę. Wciąga w akcję spektaklu, ale często też w akcji jest ta druga przestrzeń, w której widz staje się aktorem. W głośnym i granym do dzisiaj „MISS HIV” widz najpierw jest obserwatorem przygotowań do konkursu Miss zakażonych HIV, ale za chwilę przekroczy granicę obserwacji. Kiedy rozpoczyna się telewizyjne show, konkurs MISS HIV, widz staje się aktorem grającym widza, nie zauważając nawet przekroczenia tej granicy. Spektakl ten widziałem wielokrotnie i zawsze z wielkim podziwem dla kunsztu Macieja w budowaniu napięcia i przeprowadzaniu widza na drugą stronę teatru, czekałem tego momentu przejścia. Podobnie rzecz się ma ze spektaklem „Bomba”. Skala wybuchu bomby w akcji spektaklu przenosi się na widownię. Właściwie cała sala drży i już w tej chwili widz staje się aktorem. Uczestniczy w podwójnym spektaklu, stoi nad mogiłami zmarłych. Jest w środku akcji. Przekracza tę bezpieczną przestrzeń obserwacji. W „Wyścigu spermy” właściwie od wejścia jest w telewizyjnym show. Jeszcze z foyer, a potem ze sceny nawoływany jest do zajęcia miejsc, bo za piętnaście, dziesięć, pięć minut rozpocznie się program. „Brawa! Brawa! Brawa!” – słyszymy z głośnika. Te granice zatarte są też w „Obywatelu M.”, „Żeglarzu” wg Szaniawskiego (oba spektakle widziałem w teatrze w Płocku), również w najnowszej premierze OCH-Teatru, czyli w „Wąsach”. Monolog Boga (Rafał Rutkowski) to właściwie stand-up Boga, w którym widownia gra już widownię stand-upu Boga. Jeden teatr wymyka się drugiemu teatrowi, wciąga widza jeszcze bliżej. Może jedynie w ultranaturalistycznych „Trzech siostrzyczkach Trupkach”, jednym z najbardziej precyzyjnych spektakli Macieja, widz najmniej jest aktorem. Chociaż też nie do końca. Widz przeżywa obrzydzenie światem Trupek niejako zamiast nich samych. One swojego świata nie są w stanie racjonalnie rozpoznać, a to doprowadzi do tragedii.

Przy pomocy „show” Maciej Kowalewski kreuje teatralną rzeczywistość każdego wieczoru, stwarza ten teatr na nowo. Show nie wystarczy tylko oddech i bierna reakcja widza. Show wymaga prawdziwych emocji, wyzwolenia, nawet gdyby bliski był programowi Jerry’ego Springera. Show must go on! Stwarza się więc na scenie, i nie zatrzyma przed niczym, wyśmiewa tabu, nie boi się kompromitacji. Wie, że następnego wieczoru stworzy się na nowo. Znów coś wyśmieje, wyciągnie spod dywanu, uderzy kogoś boleśniej, czasem może kogoś urazić albo kogoś „wwurwić” (cytat z „Wąsów”). Ale wyzwoli.

Nie boi się Maciej Kowalewski kiczu, tak często będącego elementem show. Przebiera Boga niby w strój supermana, ale zamiast czerwieni daje mu złoto, na piersiach literę „S” zamienia literą „B”. Bóg jako telewizja, którą się żywimy, Bóg – celebryta w złotych gaciach. Zaiste Bóg współczesnego odbiorcy rzeczywistości wykreowanej przez media.

Tematy dla Oprah Winfrey i z „Oprah Winfrey” – miss HIV; Japończycy, którzy przyjeżdżają do Polski kręcić film o wybuchu Bomby w Hiroszimie („Bomba”); konkurs na najszybsze zapłodnienie („Wyścig spermy”), chłopak zabija matkę i jej dwie siostry („Trzy siostrzyczki Trupki”), a co jeśli nastąpi koniec świata („Wąsy”). Ale za każdym razem opowiada o polskiej, czyli uniwersalnej, rzeczywistości, o naszym zakłamaniu, nietolerancji, problemie z tożsamością, brakiem rozwoju, brakiem pracy nad sobą, nurzaniu się w przeszłości, w osobliwie pojmowanej polskości i patriotyzmie.
Nie wiem, czy jest drugi autor i reżyser, który by tak konsekwentnie, przez lata, podejmował temat Polaka ze wszystkimi jego wadami, zaletami, słabościami, kompleksami, z całą jego wrogością, zakochaniem w sobie, ale też z potrzebami, z zabijaniem w sobie świadomości, że można by żyć inaczej, myśleć inaczej,  że można by po prostu otwierać głowę.
Że pokazuje to Kowalewski często grubą kreską, często komiksowo, że z kogo się śmiejemy – z siebie się śmiejemy, to i chwała mu za to. Że nie pisze i nie reżyseruje misteriów? – Chwała mu za to. Że jest dla siebie samowystarczalnym autorem? – Chwała mu za to. Bo czas już zauważyć, pleno titulo, panowie krytycy, jednak z małej litery pisani, że Kowalewski jest artystą, który konsekwentnie realizuje swój własny, maćkowy, teatr. Mogę tak napisać, bo choć w całym tym tekście, dla mojej własnej blogowej gazety, nazywam Kowalewskiego Kowalewskim, to uważam się za jego przyjaciela i głos dzisiaj zabieram z potrzeby serca i wypowiedzi. Po ostatniej premierze, czyli po „Wąsach” jeden z naszych przyjaciół powiedział: „Jak szedłem tutaj, to chciałem, żeby to było maćkowe, i było”.

Konia z rzędem (albo i z kozą) temu, kto udowodni, że Maciek zapatrzył się w jakiegoś mistrza i że to jest widoczne na scenie. A idzie swoją drogą, jak burza.

Udowodnił też, że ma odwagę. I o tym myślałem po premierze „Wąsów”, spektaklu, w którym po raz kolejny odsłonił naszą „wolskość” albo „wąsość”, i naprawdę trudno mi było zachować powagę, kiedy Maciej Wierzbicki grający kobietę zamiast przypudrować sobie nos, przyczesywał sobie wąsy, zerkając do lusterka. Przecież Kowalewski to jest nasza „Little Poland” i nasz „Monty Python” w jednym.

Mam nadzieję, że pewnego dnia ci, którzy kiedyś gnoili ten teatr, odszczekają, albo przynajmniej „wyburkają”, że się pomylili. Może też zauważą, że od lat ten teatr tworzą z nim ci sami ludzie, wybitni w swoich fachach – m.in. Bartosz Dziedzic (kompozytor), Piotr Rybkowski (reżyseria świateł), Ewa Kowalewska, Dominika Dylewska, Karolina Kordas (charakteryzacja, kostiumy), od „Trzech siostrzyczek…” również Hubert Komerski.

I zdaję sobie sprawę, że można stylistyki teatru Macieja nie lubić, ale trudno temu teatrowi zarzucić brak konsekwencji czy odrębności. Nie jest łatwo nauczyć się nowego języka, czasem lat potrzeba, ale myślę, że w Warszawie wiele osób już mówi po „kowalewsku”. Ci, którzy ten język poznali, są szczęśliwsi, bo potrafią się śmiać, z siebie.

Remigiusz Grzela
były kierownik literacki byłego Teatru Na Woli pod byłą dyrekcją Kowalewskiego

*

IZRAEL. DRAMAT WYPARCIA I UZNANIA.

Z Tomem Segevem rozmawia Remigiusz Grzela

Tom Segev jest izraelskim historykiem, dziennikarzem, biografem, którego książki zawsze wzbudzają kontrowersje. Opublikowana w Polsce najgłośniejsza jego książka „Siódmy milion. Izrael – piętno Zagłady” była chyba najważniejszym głosem izraelskiej debaty o społecznym rozumieniu Holokaustu, przełamała tabu.

Rozmowa odbyła się w mieszkaniu Segeva w Jerozolimie, kwadrans spacerem z domu Symchy Rotema (Kazika Ratajzera), bojownika Powstania w Getcie Warszawskim i mniej więcej w takiej samej odległości od starej części miasta, z dzielnicami muzułmańską i chrześcijańską, przez którą prowadzi Via Dolorosa, biegnąca obok łuku Ecce Homo.

Czytając „Siódmy milion” miałem wrażenie, że napisał pan tę książkę dla rodziców, że dotyka ich biografii.
W jakimś stopniu na pewno. Jeden z rozdziałów poświęcony jest Żydom, którzy od pierwszej połowy lat 30. przybywali z Niemiec do Palestyny – nie istniało jeszcze państwo Izrael. Nazywano ich „Jeke”, to skrót od hebrajskiego „jehudi ksze hawana”- niepojętny Żyd… Jednym z pierwszych Jeke był pisarz Arnold Zweig. Z listów do Freuda wiemy, że emigracja była dla niego przygnębiająca i że tak naprawdę nigdy do końca nie rozpakował swoich walizek. Poza samotnością cierpiał na niedostatek kultury. Jestem w stanie coś z mentalności Jeke zrozumieć, bo w tej grupie byli też moi rodzice. Dorastałem w kulturze, którą ci ludzie postrzegali jako gorszą. Oni wszyscy czuli, że przybyli do gorszego kraju, z kultury, która była tak bogata i dla nich ważna, z którą się obnosili. W dodatku ci, którzy przybyli z Niemiec byli później, w czasie wojny, nazizmu, identyfikowani jako Niemcy, jakby nie chciano zauważyć, że Jeke w większości byli uchodźcami. Jeke mieli problem z asymilacją, bo nie identyfikowali się z syjonizmem. Myślę, że moi rodzice w ogóle nie chcieli przyjechać do Izraela. Myślę, że większość niemieckich Żydów wolałaby zostać w Niemczech. I wiem, że bardziej czuli się uchodźcami niż syjonistami. Wiele mówią słowa Zweiga, który pisał w 1942 roku, że jest oskarżany o to, że wciąż czuje się imigrantem.
A co rodzice mówili o Niemczech? Uważali je nadal za swoją ojczyznę?
Mój ojciec został zabity w 1948 roku, kiedy miałem trzy lata, więc nie jestem pewny co myślał. Nie identyfikowali się z syjonizmem. Oboje byli komunistami, studiowali w sławnej szkole artystycznej Bauhaus. Zostali wypędzeni z Niemiec, bo byli komunistami, a nie dlatego, że byli Żydami. Moja matka miała bardzo silne poczucie straty. Była tutaj kompletnie zagubiona. Pamiętam, że omal w każdej wypowiedzi odnosiła się: „A w Niemczech to było…” albo „A w Europie…”. Dorastałem w przeświadczeniu, że straciliśmy wyższą kulturę. Moim pierwszym językiem był niemiecki.
Matka nie mówiła po hebrajsku?
Żyła tutaj przez sześćdziesiąt lat i prawie nie nauczyła się hebrajskiego. Potrafiła znaleźć jakieś nazwisko w książce telefonicznej, ale to wszystko. Nie była w stanie przeczytać żadnej z moich książek. Jedna z nich ma dedykację, którą dla niej napisałem. Proszę przeczytać. (Tom Segev podaje egzemplarz)
„Mojej matce, która przybyła do Izraela pięćdziesiąt lat temu będąc uchodźcą z Niemiec i jak większość pierwszych Izraelczyków nigdy dobrze nie nauczyła się hebrajskiego, więc nie mogła przeczytać tej książki do chwili, kiedy przetłumaczono ją na angielski”.
Właśnie. Nie mogła też czytać niczego, co publikowałem w izraelskiej prasie. Nie była wyjątkiem, bo wielu niemieckich Żydów nigdy nie nauczyło się dobrze hebrajskiego. Wielu z nich czuło się nieszczęśliwymi w tym kraju. Wielu z nich nie wróciło później do Niemiec, wciąż żyjąc tęsknotą. Również ich dzieci zostały w Izraelu.
Wspomina pan w „Siódmym milionie” o wojnach językowych, o zmuszaniu przybyłych do Palestyny do nauki hebrajskiego. Wstydził się pan kiedykolwiek, że matka nie mówi dobrze po hebrajsku?
Jeśli miałem jakieś problemy w szkole, bo się źle zachowywałem, wzywano mamę. Oczywiście, byłem zawstydzony, że niedobrze mówi po hebrajsku. Starałem się więc dobrze zachowywać, żeby nie musiano jej znów wzywać, żebym się nie musiał za nią wstydzić. Ale w tej sprawie już się  wiele w Izraelu zmieniło. Oczywiście, w czasie budowania kraju, kiedy do Izraela przybywali nowi mieszkańcy, oczekiwano od nich, że się zmienią, że staną się Izraelczykami, że zmienią imiona, nazwiska, wyrzekną się dotychczasowej kultury, zmienią mentalność. Była ta cała filozofia, na którą wpłynął komunizm – filozofia budowania nowego Żyda, która brała się z hybrydy, jakiejś kombinacji myśli sowieckiej Rosji, weimarskich Niemiec i faszystowskich Włoch, mającej na celu stworzenia nowego człowieka. Dzisiaj dzieciaki, które przybywają z Rosji, nie są zmuszane do zmiany imion. Chcesz być nadal Borysem, w porządku. To samo z dziećmi etiopskimi, którym kiedyś zmieniano imiona. Teraz nawet pozwala się zdawać po rosyjsku końcowe egzaminy w szkole, jeśli ktoś ma takie życzenie.
A jak jest z pana narodową tożsamością? Czuł się pan kiedykolwiek choć w części Niemcem?
Nie, nigdy. Mówię po niemiecku. Nie piszę, ale czytam. Często bywam w Niemczech, bo moje książki tam wychodzą, ale nigdy nie czułem się częścią tego kraju, czy tożsamości. Kiedy byłem młodszy, a moja matka jeszcze żyła, czasem miałem okazję spotkać w Niemczech ludzi, którzy ją kiedyś, przed wojną, znali… Ale starałem się unikać tych spotkań. Zastanawiałem się, kim byli ci ludzie naprawdę, gdzie byli w czasie wojny. Swój doktorat napisałem o dowódcach w obozach koncentracyjnych. Opublikowałem go pod tytułem „Żołnierze Zła” – ta książka była tłumaczona na kilka języków, ale nie na polski. Jeździłem do Niemiec na rozmowy z ludźmi, którzy w tym brali udział. Nie, nigdy nie czułem się w Niemczech dobrze. Nigdy też nie czułem się częścią niemieckiej kultury.
Spodziewał się pan, że „Siódmy milion” wzbudzi w Izraelu takie emocje?
Rzeczywiście wiele osób tę książkę przeczytało, było wielkie zainteresowanie. Zresztą nadal jest, mimo że wyszła dwadzieścia lat temu. Jest stale wznawiana. Wiele osób mówi, że trzeba by ją uaktualnić. Myślałem, że różne fragmenty wywołają emocje, ale nie spodziewałem się, że najwięcej kontrowersji będzie wokół mojej analizy, w jaki sposób Holokaust został użyty, czy też wykorzystany przez politykę izraelską. Każdy używa Holokaustu, stale. Spodziewałem się, wydając tę książkę, że będziemy dyskutować raczej o konstrukcji pamięci. Debata skoncentrowała się na postawie założyciela państwa Izrael, Dawida Ben Guriona wobec Shoah. Wyszły dwie, trzy książki dowodzące, że postawa Ben Guriona była słuszna.
Mam poczucie, że „Siódmy milion” jest wobec Ben Guriona mocno krytyczny.
Dzisiaj, a pracuję właśnie nad nową biografią Ben Guriona, którą powinienem ukończyć za cztery lata, uważam, że byłem wobec niego bardzo liberalny pisząc „Siódmy milion”. Nie powiedziałbym nigdy, że przegapił możliwość uratowania kogoś z Holokaustu albo z takiej możliwości, jeśli była, nie skorzystał. Ale to, co mnie uderzyło i nadal uderza, kiedy badam jego życiorys, to fakt, jak szybko ustawił siebie wobec przyszłości. Jest jeden szczegół o Yad Vashem (Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu, założony w 1953 roku w Jerozolimie), który wydaje mi się zaskakujący – większość ofiar Holokaustu była wciąż żywa, kiedy ludzie w tym kraju planowali stworzenie Yad Vashem. Ben Gurion szybko uświadomił sobie, że niewiele może zrobić, żeby uratować Żydów, więc postanowił myśleć perspektywicznie, zaczął rozmawiać o pięciu milionach uchodźców, których po wojnie będzie trzeba przywieźć do Palestyny. Cały wysiłek skierował w przyszłość, w budowanie państwa Izrael. Chcę, żeby pan mnie dobrze zrozumiał. Wojna mogła wydawać się dobra dla tego kraju. Z ekonomicznego punktu widzenia. Brytyjczycy, którzy sprawowali rządy w Palestynie, zrobili z niej centrum dostaw. Życie toczyło się dalej. Kiedy czyta się gazety z tamtego czasu, to jest wyraźne, wiele jest o pokazach mody, o futbolu, ale niewiele o tym, co się naprawdę zdarzyło. Temat Holokaustu nie został do końca zgłębiony i zrozumiany. Mnie to uderzało, właściwie z tego zdziwienia wzięła się moja książka. Zobaczyłem, że twórcy państwa Izrael  zdawali się dokładnie wiedzieć, że nic nie można zrobić dla ofiar Holokaustu, może nie było można, nie wiemy tego, ale to daje do myślenia nie tylko mnie jako historykowi, ale w ogóle nam wszystkim, którzy mierzymy się z historią. Bo może nie zrobiliśmy wszystkiego, może popełniliśmy błąd, może można było więcej? Użyłem argumentu, że podczas Holokaustu ten kraj, dla mnie zaskakująco, był prawie obojętny i niezaangażowany a po wojnie ocaleni z Holokaustu nie byli w Palestynie traktowani tak, jak powinni być traktowani, kiedy tu przybyli. Próbuję zanalizować, dlaczego tak się stało. Ale nie ma wątpliwości w słuszność mojego argumentu. Jest wystarczająco dużo dokumentów, które to potwierdzają. Oficjalna polityka wydawnicza Yad Vashem jest taka, żeby publikować wspomnienia, badania historyczne dowodzące, że ocaleni z Holokaustu od samego początku uczestniczyli w życiu tego kraju, rozwijali go i byli traktowani z należytym szacunkiem, że wszystko odbywało się tak, jak powinno się odbywać. Poszedłem kiedyś do Yad Vashem i powiedziałem, że chcę zobaczyć archiwa. – Nie ma problemu, a które dokumenty chce pan zobaczyć? – Odpowiedziałem: – Wasze archiwa. – No, tak, nie ma problemu. Zajęło im sporo czasu zrozumienie, że chcę zobaczyć archiwa administracyjne Yad Vashem, a nie archiwa dotyczące Holokaustu. Oni nawet sobie nie uświadomili, że spełnili jakąś rolę w historii tego kraju.
Pana książka zmieniła coś w Izraelu?
Kontrowersje spowodowały debatę. Na podstawie książki zrealizowano dwuczęściowy dokument telewizyjny, w koprodukcji z telewizją niemiecką. Film był pokazywany przez dwa kolejne wieczory w obu krajach. Wypowiadało się wielu ekspertów – historyków, badaczy. I oczywiście oni wszyscy byli przeciwko mnie. Oglądałem to w domu, przed telewizorem  zdumiony tym, jakie emocje wzbudzają moje udowodnione badaniami argumenty, to, jak gorączkowo je odrzucano. Holokaust stał się centralnym elementem tożsamości izraelskiej, więc nie jest zaskoczeniem, że do dzisiaj wzbudza emocje. Nie ma dnia, żeby na ten temat nie mówiono. W jakimś stopniu moja książka się do tego przyczyniła. Czasem biorę do ręki jakiś podręcznik, czytam i mówię: – o, znam to. Znam ten akapit, wiem skąd pochodzi. Taki rodzaj wpływu widzę. Kiedyś usłyszałem, że izraelska minister edukacji chce podjąć decyzję o zaprzestaniu wycieczek szkolnych do Polski, które były właściwie obowiązkowe. Zapytałem ją, skąd taka decyzję. Usłyszałem: – Przeczytałam w pana książce, że to za drogie. – Ale ja nie napisałem, że należy to przerwać – odpowiedziałem.
Z mojego punktu widzenia wożenie młodych ludzi do Polski, żeby pokazywać im wyłącznie nazistowskie obozy koncentracyjne, jest złym punktem wyjścia do zrozumienia historii.
Myślę, że to jest dobre, jeśli się wie, jak o tym mówić. Jeżeli jedzie się tam tylko na pielgrzymkę z flagami, i hymnem narodowym… tak, wtedy raczej nie można za dużo się nauczyć. Ale jeśli ktoś pomoże zadać ważne pytania dotyczące Holokaustu, to na pewno wpłynie na rozumienie przeszłości. Wiem, że to problematyczne dla Polski, bo młodzi Izraelczycy utożsamiają Holokaust z Polską, a nie z Niemcami. Wiem, że mogą pojechać na turniej ping-ponga do Monachium i nie odwiedzić Dachau. Wiem, że na to narzeka polski rząd.
Pan był w Polsce z taką wycieczką?
Kiedy chodziłem do szkoły? Nie. Wtedy jeszcze nie było takiego programu. To zaczęło się koło roku 1967, ale to była chyba jedna grupa, bo zaraz zerwano stosunki dyplomatyczne między Polską a Izraelem. Wznowiono te wyjazdy po odnowieniu stosunków dyplomatycznych. To ciekawe zjawisko społeczne i kulturowe, że tylu Izraelczyków wydaje duże pieniądze, żeby wysłać swoje dzieci do Polski, aby zobaczyły obozy. To bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Jedynie część tych kosztów pokrywa rząd.
W „Siódmym milionie” jako początek zmiany w izraelskim myśleniu o Holokauście, wskazuje pan proces Adolfa Eichmanna.
Bo dokładnie tak było. Żałuję, że nie mogłem w tym uczestniczyć. Miałem szesnaście lat, a można było wejść na proces z dowodem tożsamości. Wszystko, co mogłem oglądać, to proces na ekranie telewizora, w sali sądowej, która nawet nie była w tym budynku, w którym się odbywał. Później oczywiście, już jako historyk, przeczytałem wszystkie akta. Przed procesem Eichmanna temat Holokaustu to było właściwie tabu. Ocaleni z Holokaustu, jak w czasie wojny, nadal „siedzieli w szafie”. Rodzice nie mówili dzieciom, co się stało. A dzieciom nie przychodziło do głowy, żeby zapytać.
Nie mówili o tym z powodu traumy czy polityki kraju?
To było traumatyczne i dla rodziców i dla ich dzieci. Poza tym takie rozmowy prowadziły do zbyt wielu zawstydzających pytań – dlaczego się nie broniłeś, jak to się stało, że przeżyłeś, czy przeżyłeś czyimś kosztem, dlaczego nie przyjechałeś wcześniej do tego kraju? Bardzo trudne pytania. Pytanie o brak obrony było podszyte przekonaniem, że powinno się bronić.  A jeśli ktoś nie potrafił obronić siebie, czy bliskich, powinien się wstydzić. A wstyd jest wspólny, przechodzi na dzieci, dumnych ze swojego kraju Izraelczyków. My, Izraelczycy, bronimy się, a ty tego nie zrobiłeś. To znaczy, że jesteś słabym Żydem. – W taki sposób myślano przed procesem Eichmanna. Dopiero ten proces spowodował otwieranie się ludzi, opowiadanie o terrorze, zmianę w rozumieniu. Proces rozpoczął się w 1961 roku, więc wiele lat po wojnie, te lata zrobiły swoje.
Niedawno, po opublikowaniu we Francji książki Yannicka Haenela „Jan Karski” znów zaczęto głośno mówić o braku zaangażowania państw alianckich w ratowanie Żydów w czasie wojny, o braku wiary albo zrozumienia dla słów emisariusza, Jana Karskiego. W swojej książce analizuje pan ten brak zaangażowania. Jak pan to widzi dzisiaj?
Tak, alianci nie dość się troszczyli. Tak bym to powiedział. A może, że troszczyli się raczej o to, co wydawało im się dużym niebezpieczeństwem. Chcieli uniknąć inwazji nazistów na Palestynę. Mieli na uwadze konflikt izraelsko-arabski. Mieli na uwadze rozwój tego kraju. Nie myśleli o Buczaczu, Łodzi czy Płońsku. To przecież widać z protokołów oficjalnych spotkań. Ale już nie z gazet. Pytano po wojnie wydawców gazet, chyba o tym wspominam w książce, dlaczego nie pisali o Auschwitz. Dlaczego nie krzyczeli nagłówkami o tym, co się naprawdę działo w Europie? Niektórzy odpowiadali: bo nie byliśmy pewni, nie wiedzieliśmy, nie wierzyliśmy, baliśmy się rozprzestrzeniać negatywne wiadomości. Przynajmniej jeden wydawca odpowiedział,  że ludzie nie chcieliby tego czytać. To mówi coś o społeczeństwie i o atmosferze, jaka panowała.
Czuje się pan bardziej historykiem, czy dziennikarzem?
Zawsze chciałem być dziennikarzem. Zacząłem pracę jako dziennikarz, studiowałem historię, i tak się złożyło, że połączyłem jedno z drugim. Jestem szczęściarzem, bo dzięki pracy w gazecie mogłem zbierać materiał do książek, a po napisaniu kolejnej książki, mogłem zawsze wracać do dziennikarstwa. Dwa lata temu, jako wizytujący profesor na Uniwersytecie w Berkley prowadził seminarium poświęcone właśnie dziennikarstwu i historii. Dowodziłem, że najlepszym dziennikarstwem, jest dziennikarstwo historyczne, a najlepszą historią jest historia, którą bada się poprzez pracę dziennikarską. Historyk szuka tego, co generalne, szuka odpowiedzi na temat zjawisk, które w kontekście historii powszechnej i świata w ogóle są powtarzalne, dziennikarz szuka wyjątków. Dziennikarz zadaje pytania, których historyk często nie zadaje, i vice versa.
Woli pan pracować w archiwum czy pisać?
Jestem bardzo niecierpliwy, mimo to spędzam w archiwach mnóstwo czasu. Kiedy uda mi się zebrać materiał, siadam do pisania. I to jest dla mnie najbardziej fascynująca część mojej pracy. Wolę pisać.
Jest pan autorem wydanej w Polsce biografii Szymona Wiesenthala „Życie i legenda”. Kim  jest dzisiaj dla pana Wiesenthal?
Fascynującą postacią. Nie mam poczucia, że udało mi się do końca poznać tajemnicę Szymona Wiesenthala. To, co naprawdę mi się w nim podobało, to jego uniwersalne postrzeganie Holokaustu. Wiesenthal przekonywał, że Holokaust to nie jest przestępstwo przeciwko Żydom, ale przeciwko człowieczeństwu. Jego odwaga, żeby postrzegać Holokaust tak jak inne zbrodnie przeciwko ludzkości, zrobiło na mnie wrażenie. Jego wysiłek o to, aby nie skończyła się pamięć o Holokauście, jest poruszający. Pamięć o Holokauście jest potrzebna, aby, być może, zapobiec innym zbrodniom wojennym. Choćby z powodu takich przekonań i lekcji Wiesenthal zasługuje na ogromny szacunek. Jego postać interesuje ludzi na całym świecie – książka wyszła dotąd w kilkunastu językach. To nie był mój pomysł, żeby pisać tę biografię. Kończyłem inną książkę, dowiedziałem się, że Wiesenthal zmarł. Mój wydawca zapytał, czy nie napisałbym jego biografii. Postawiłem dwa warunki –  muszę mieć dostęp do dostatecznej ilości materiału, a córka Wiesenthala pozwoli mi zobaczyć wszystko, co zostawił. Pojechałem do Wiednia. Tak zaczęła się ta przygoda. Na początku miałem obawy, że jego życie może się okazać blefem, bo tak ludzie o nim mówili. Przecież żył między rzeczywistością i fikcją i w wielu miejscach blefował. To dało mi do myślenia. Nie rozumiałem, dlaczego to robił. Nie był zwyczajnym kłamcą, a to, co czasem mówił, to nie były zwyczajne kłamstwa. Ocaleni z Holokaustu często wyolbrzymiają zarówno cierpienie jak i okoliczności swojego uratowania. Dlaczego to robią, przecież nie muszą. To mnie zafascynowało. Chciałem to wyjaśnić. I to stało się tematem mojej książki. Poza tym, to była moja pierwsza biografia, nauczyłem się, co mogę, a czego nie mogę zrobić pisząc następną. Myślę, że moja biografia Wiesenthala może być zbyt szczegółowa, ludzie naprawdę nie chcą wiedzieć aż tak dużo. Muszę być ostrożniejszy teraz, pisząc biografię Ben Guriona.
Nasuwa się pytanie, co nowego można znaleźć? Tyle już napisano o Ben Gurionie.
Ostatnie dobre biografie Ben Guriona powstały dwadzieścia pięć lat temu. Na pewno inaczej niż ich autorzy patrzę na kraj, na problem. Tamte biografie napisane są z wielką admiracją, nie traktują go jako polityka, a przecież był politykiem, i nie wszystko, co mówił czy zrobił było dobre dla historii. Mogę wciąż jeszcze coś znaleźć w archiwach. Zawsze znajdowałem do swoich książek dokumentację, której inni wcześniej nie uznawali za ważną albo której nie znaleźli. Życie Ben Guriona jest bardzo dobrze udokumentowane, bo sam siebie znakomicie dokumentował. Kiedy skończył trzynaście lat zaczął pisać dziennik. Pisał nie tylko o swoich myślach i odczuciach, ale o spotkaniach, rozmowach, planach. Napisał tysiące listów. Muszę pojechać do Płońska, gdzie się urodził, zobaczyć, jaki jest Płońsk. Kiedy pisałem o Wiesenthalu pojechałem na Ukrainę, chciałem zobaczyć Buczacz, który naprawdę wygląda tak, jak wtedy, kiedy Wiesenthal się tam urodził, jakby nie dotknął go czas.
„Siódmy milion” otwiera wstrząsająca opowieść o pana spotkaniach z urodzonym w Polsce pisarzem Jechielem Dinurem (przed zmianą nazwiska: Feinerem), który pewnego dnia zaczął podpisywać swoje książki o Holokauście jako Kacetnik 135633, o tym, jak ukrył swoją tożsamość, bo książki pisał w imieniu tych, którzy zginęli w obozach. O tym, jak po latach leczył swoją duszę w Lejdzie, za pomocą eksperymentalnej terapii z użyciem LSD. Czy jego historia była dla pana kluczem do zrozumienia izraelskiego postrzegania Holokaustu?
Kacetnik miał ogromny wpływ na postrzeganie Holokaustu przez Izrael. Swoją historię opowiedział na procesie Eichmanna. W pewnym momencie zemdlał, co telewizja pokazuje każdego roku. Na procesie Dinur powiedział, że Auschwitz to była inna planeta, inaczej biegł tam czas, a mieszkańcy nie mieli imion, rodziców ani dzieci. Kiedy podczas transu w czasie terapii w Lejdzie zobaczył siebie w mundurze esesmana, jak mi mówił, pojął, że esesman mógł być Dinurem, a Dinur mógł być esesmanem, że Auschwitz nie leżał na innej planecie, ale był dziełem człowieka. Dinur pokazał, że wszyscy mamy jakiś związek z Holokaustem, może też odpowiedzialność. To był bardzo dziwny człowiek, którego książki rozbudziły świadomość o Holokauście, który nieustannie mierzył się ze swoją niepewną tożsamością. Jak Izrael, z dojmująco ludzkim dramatem wyparcia i uznania.

Tom Segev – historyk i dziennikarz izraelski. Studiował historię i nauki polityczne na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, doktoryzował się na Uniwersytecie w Bostonie. Jego najsłynniejszą książką jest „Siódmy milion. Izrael – piętno Zagłady”, wydana niedawno przez PWN. W Polsce ukazała się też jego biografia „Szymon Wiesenthal. Życie i legenda” (Świat Książki).

*

NIEBO CZASEM SPADA NA ZIEMIĘ

Anna Bolecka, fotografia: Elżbieta Lempp

TAJEMNICA LITER ANNY BOLECKIEJ

To miał być porter pisarki. Ale będzie to próba portetu prozy.
Swój najbardziej fascynujący portret stworzyła Anna Bolecka w nie dających spokoju powieściach.
Nie umiem spojrzeć na nią inaczej, niż przez Kosmos jej prozy.
Jeśli jest polska proza, z którą utożsamiam się w pełni, to z pewnością jest to literatura wtajemniczeń Boleckiej. Oczywiście, na Bezludną Wyspę zabrałbym także Jarosława Iwaszkiewicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Stefana Chwina, Olgę Tokarczuk czy Zytę Rudzką, ale w moim kufrze musiałoby się znaleźć miejsce dla powieści Boleckiej nawet kosztem pozbycia się garderoby, uznając że nic nas tak dobrze nie ubiera jak dobra, wysmakowana literatura utkana z najwyższej jakości materii.
Jestem pewny, że już sama powieść Boleckiej „Kochany Franz” wystarczyłaby za skrzynię skarbów, codzienną strawę, mityczną wędrówkę wgłąb siebie i wgłąb kultury, a przede wszystkim klucz do samopoznania i wtajemniczeń.
Ta uszyta z fikcyjnych listów Franza Kafki i jego bliskich powieść, przetłumaczona dotąd na kilka języków (m.in. portugalski), jest nie tylko próbą wejścia w najbardziej ukryte zakamarki duszy tego zapewne najważniejszego z autorów współczesnej literatury, ale i próbą zrozumienia jego świata, naszego świata tuż przed Zagładą.
A że był Kafka profetyczny, to pewne. Choć zmarł w 1924 roku na gruźlicę, a bezpośrednio zagłodził się na śmierć (jego gardło było w stanie rozkładu, nie mógł już połykać) wiedział wcześniej. Pomijając różne jego wypowiedzi, to przecież Kafka symbolicznie skazał na spalenie swoją twórczość, uderzając w siebie najmocniej, chcąc unicestwić jedno z najważniejszych dzieł współczesnej kultury, ugodził w kulturę najmocniej, bo odebrał jej szansę przetrwania, nie wierzył, że świat przetrwa, wielokrotnie stawiał pytania: czym będzie przetrwanie, czym jest dawanie życia, kiedy skończy się zaklęty krąg okrucieństwa? Symboliczne jest, że siostry Franza Kafki tuż przez Zagładą w obozach mieszkały w łódzkim getcie przy ulicy Franzstrasse. W obozach zginęły jego ukochane Greta Bloch, Milena Jesenska. W obozie zginął jego judaistyczny nauczyciel, aktor z Warszawy, Jicchak Loewy (Loeb z powieści Boleckiej).
Przeżyła Dora Diamant, jego ostatnia miłość, urodzona w Pabianicach żydowska dziewczyna, którą opętał i którą zaczadził samym sobą.
Wspominam o tym wszystkim, bo freskowa powieść Boleckiej nie kończy się wraz ze śmiercią Franza Kafki, ostatni list pisany jest z Neapolu, w 1947 roku. Jego autorem jest Wolf S., zaś adresatem Maks (Max Brod), list dotyczy ukochanej Kafki, Grety Bloch, która w tym wspomnieniu chodziła po obozie koncentracyjnym swobodnie, „jak po ulicach jakiegoś dziwnego miasta”; dotyczy ostatnich chwil życia Grety, która podobnie jak Kafka w swoich ostatnich chwilach prosiła o światło. Kobiety Kafki, te które umiały się wyrwać z pętli, z wielu pętel, jak Milena, która w Ravensbruck też chodziła jak po ulicach jakiegoś dziwnego miasta, wciąż wolna i do końca wolna, wciąż fascynują biografów, badaczy i pisarzy. Były wolne nawet wtedy, kiedy ich świat się kończył. Więc nie kończy się powieść Boleckiej w ogóle, po prostu urywa się korespondencja, dokładnie na pytaniu, które nie zostaje wypowiedziane, ale które postawione jest „wobec tego wszystkiego, co stało się na naszych oczach”.
Mój egzemplarz „Kochanego Franza” cały pozakreślany jest ołówkiem. Wracałem do tej książki wielokrotnie, za każdym razem znajdując w niej coś nowego, nowy trop, który mógł prowadzić do jeszcze innego odczytania. Bo to, co w utkanych z symboli powieściach Boleckiej jest najważniejsze, to ich otwartość. To poczucie, że wciąż stoją PRZED PRAWEM.
„Czekamy cierpliwie całe życie przed drzwiami Prawa, a jednak nie wiemy, jak do niego wejść – powiedział Franz”.
To jest właściwie wielki i niewyczerpany temat jej literatury, bo że to literatura obłąkana Kafką, to pewne. Za każdym razem jednak wodzi czytelnika innymi drogami, za każdym razem właściwie obezwładnia. Dlatego nie jest łatwe pisanie tekstu o jej pisarstwie, bo temat za tematem kłębią się w głowie, a przed oczami wyłania się jedna ścieżka za drugą. W którą pójść stronę? Drogą symboli? A może drogą marzeń i uwiedzenia?
Którędy prowadzi droga do Kochanego Franza? Tego świata, w którym nie ma wytchnienia?
Jednym z ważniejszych tematów powieści jest figura ofiary, powraca motyw baranka ofiarnego. Bolecka wielokrotnie sięga do snów Franza. Otwiera go tymi snami jak skalpelem. Jakby chciała go rozkroić na prosekcyjnym stole i zajrzeć mu w duszę – jak doktor Hanemann.
Oto każą Franzowi zabrać kogoś na plecy i ponieść. Ponieważ to sen, droga wiedzie na wzgórze. Jest coraz bardziej strome. Ale oto, obok pojawia się ojciec Franza, właściwie nie wspina się tylko płynie, frunie, lekki jak ptak dostaje się szybko na górę. Syn, nieudacznik wciąż idzie, coraz mocniej schylony, kiedy trafia na płaską skalną półkę słyszy: „Dość!”. Może zrzucić ciało z pleców. Ciało jest martwe, inaczej nie byłoby tak ciężkie. Dopiero  teraz może spojrzeć na tego, którego niósł. To on sam. Albo swój sobowtór.
Pytanie o tego drugiego Franza, własnego sobowtóra powraca. Staje się pytaniem o nieśmiertelność duszy. To pytanie znajdujemy już w pierwszej debiutanckiej powieści Anny Boleckiej „Leć do nieba”. Próbuje na nie odpowiedź miejscowy dziwak, odrzucony „wszarz” Kazio Gil lub Kaziogil, jak go po prostu nazywają dzieci. Pytanie to wraca też w „Białym kamieniu” i „Uwiedzonych”.
Innej nocy Franz trafia na nowo do tego snu, jednak już w momencie, w którym trafia na ową skalną półkę. Tym razem z jego ust wydobywa się nowy Franz, po prostu rodzi go ustami, najpierw głowę, potem szyję, tak, to jest normalny poród. Jeszcze nie całkiem narodzony, będący na świecie zaledwie swoją połową, już chwyta szyi Franza-matki i zaczyna go dusić. Rodzi się do końca i rodzi się walka. Ale rodzi się też następny i następny Franz. Nagle Franz znajduje się na ołtarzu ofiarnym, ze związanymi nogami. Następuje przemiana – tułów i głowa stają się zwierzęce. Ale oto nagle pojawia się ojciec. Jest kimś w rodzaju kapłana. Wbija w brzuch syna dłonie i wytacza z nich bochen. Kroi go, a część podaje matce, która przyjmuje ten dar z czułością.
Ofiara się wciąż odnawia. W powieści pojawia się legenda syna, którego miała Franzowi urodzić Greta Bloch. Nigdy nie mówiła o synu jak o dziecku. Nazywała go niewinną ofiarą, barankiem ofiarnym, a nawet białym ptakiem. Powraca też motyw Przemiany. Greta wierzyła, że synek dokonał na sobie Przemiany w ptaka. Po jego ludzkiej śmierci przez okno wefrunął do pokoju biały ptak. „Zrozumiała, że wobec tajemnicy możemy zachować tylko wielkie milczenie”.
Rozkrojony Franz nigdy nie poczuje się pełnią. A jednak pewnej nocy śni sen o zespoleniu. W tym śnie znów pojawia się ojciec, surowy i władczy. Pojawia się też narzeczona Franza Felicja Bauer. W tym śnie obie postaci stają się jednym. Głowa podzielona jest na dwie – twarz ojca i twarz Felicji. Twarze dopełniają się nawzajem, patrzą w przeciwnych kierunkach, gdyby mogły na siebie spojrzeć, doszłoby do ich unicestwienia.
Ciemna i jasna strona. Franz przyśnił więc sen zespolenia „Dobra i Zła, Miłości i Nienawiści”. Buntuje się, kiedy ojciec odbiera mu Prawo do bycia ofiarą, bo to jedyne prawo, jakie mógł mu odebrać. A każda miłość to przecież forma przemocy.
Kroi Bolecka swojego Franza z pasją godną anatoma i analityka. Nie próbuje zrozumieć. Ona rozumie. Od samego początku. Dlatego z takim przekonaniem podaje nam, czytelnikom, całe instrumentarium potrzebne do tej sekcji.
Innym ze skalpeli może być judaizm. Nie bez powodu pojawia się w powieści Jiři Langer, autor „9 bram do tajemnic chasydów”. Nie bez powodu pojawia się Loeb, żydowski aktor z Warszawy, który nie tylko uczy Franza żydowskiego teatru, ale który w rzeczywistości staje się jego nauczycielem judaizmu. Franz poznaje tajemny szyfr świata. „Ajin – po hebrajsku: nicość, składa się z tych samych głosek co ani – ja”. Ale to Loeb idzie dalej. Tłumaczy, że żadna rzecz nie może ulec przemianie bez Nicości, bo to ona jest „mistyczną Pełnią, z niej powstał świat”. Namawia go do poznawania Liter, przechodzenia kolejnych stopni wtajemniczeń, aż do osiągnięcia szaty mistycznej czyli malbusz.
Franz cały jest z tajemnicy Liter. Przekonuje o tym już pierwszy z listów Loeba do Franza, otwierający powieść.

„Kochany Panie Franz,
Powiedział mi pan swoje prawdziwe imię – Amszel(…) W imieniu jest cały los człowieka.
Spróbuję powiedzieć trochę o pana imieniu, a już resztę pan sam będzie wiedział najlepiej, bo jak mówią: pokaż mi liść, a powiem ci, jakie są korzenie.
Otijot jesod to dwadzieścia dwie Fundamentalne Litery. Jak pisze Księga: Na dwa tysiące lat przed stworzeniem świata Święty, niech będzie błogosławiony, przypatrywał się literom Tory i wielkie znajdował w nich upodobanie. A gdy stanęło przed Jego obliczem życzenie stworzenia świata, zgromadziły się przed tronem Jego chwały wszystkie litery.
Błogosławiony ustawił litery od pierwszej do ostatniej, a Trzy Litery Matki uczynił fundamentem świata. A to są: Alef, Mem i Szin. Z nich zrodzeni są trzej Ojcowie, z których zostało stworzone wszystko.
Alef jest pierwszy w alfabecie i wartość jego jest jeden, symbolizuje on imię Boga-Demiurga. Alef to otwarte usta i tchnienie; Mem usta zamknięte – w nich mieszczą się zasługi; Szin to aktywność języka, która ma w sobie skalę win.
Litera Szin to niebo, kierunek w górę, Mem – ziemia, kierunek w dół, Alef zaś kierunek między górą a dołem. Pierwsza syczy, druga oczekuje w milczeniu, trzecia jest arbitrem między nimi. Są to trzy fundamenty – w świecie: Ogień, Powietrze, Woda; w roku: zimno, gorąco, wilgoć; w ciele: głowa, piersi, brzuch.
AMSh – znaczy ciemność, AshM – wina.
Ciemność to głębia i zakrycie.
Wina i upadek to początek ludzkiego świata.
AMSh jest męskie, AshM – żeńskie. Męskie jest innym układem żeńskiego.
W tym jest góra i dół, wina i zasługa, męskie i żeńskie, przeciwieństwa, które godzi święta litera Alef, znak Boga – Elohim.
Trzy Litery Matki, kolumny z Powietrza, tajemnica wielka, zakryta i cudowna, zamknięta w sześciu pieczęciach.
Oto los tego, kto zwie się Amszel”.

W powieści kilkakrotnie powtarza się niespełnione marzenie Franza o podróży do Palestyny.
Bolecka jednak kreuje niezwykle sugestywną podróż większości pozostałych bohaterów powieści. Loeb pisze do Grety, gdzieś na Morzu Śródziemnym. Jest rok 1929. Statek wyruszył z Konstancy. Poza Loebem jest tu aktorska rodzina Cziżyków, Maks (Brod) z walizką pełną rękopisów Franza, Dora ze swoimi wciąż bolącymi wspomnieniami a nawet Gerer Rebe z Góry Kalwarii wraz z chasydzkim dworem. Gerer Rebe został wniesiony na statek na tronie.
„Wszyscyśmy tu wygnańcy, uciekinierzy, szaleńcy” – pisze Loeb.
Zapadają w pamięć sugestywne sceny z tej podróży. Oto Dora spaceruje po pokładzie zbierając leżące na podłodze jaskółki, które zasnęły w locie i leżą wycieńczone. Ramiona Dory pełne są śpiących ptasich ciał.
Ta podróż pełna jest nadziei i oczekiwań. Każdy wiąże z Palestyną jakąś swoją sprawę. I wierzą oni wszyscy, że Franz jest z nimi, gdzieś obok, jest tak odczuwalnie, że pewnej nocy Loeb po prostu go widzi. Opowiada o tym Dorze, która płacze i śmieje się na przemian.
Więc nacina Bolecka Franza Kafkę przez judaizm. Na całkiem realnym planie również przez teatr żydowski, potrzebę kreacji, widzi we Franzu niespełnionego aktora.
A przecież tych skalpeli ma Bolecka więcej. Jednym z nich jest seksualność. A właściwie lęk przed nią. Opowiada o zbliżeniach Franza pełnych wstydu, nieporadności, jakby miał poczucie, że nie ma prawa do całkowitego spełnienia, jakby tej pełni nie był godzien.
Znakomite sceny pierwszych wtajemniczeń z francuską guwernantką Babette, świetna, drugoplanowa postać prostytutki Růženy.
Otwieram powieść i wciąż trafiam na nowe tematy. Przygląda się Bolecka swojemu bohaterowi z wielu stron, z bliska i z dystansu, dokonuje na nim właściwie wiwisekcji, ale też dokonuje swoistej psychoanalizy.
Takie powieści jak „Kochany Franz” nie są bezkarne. Muszę i sobie zadać podstawowe i całkiem nieoczywiste pytania. Sama forma listów powoduje wypieki na policzkach, bo przecież czytamy korespondencję, która być może zapieczętowana leżałaby w wielkim kufrze sekretarki Maksa Broda, gdyby oczywiście te listy były realne.
Wykrawam z ciała Franza bochen chleba i spożywam go z lubością. Franz staje się przypowieścią, postacią omal biblijną.
Kim byłby Franz, gdyby nie zmarł w 1924 roku?
Trafiłby do Auschwitz razem z Ottlą, ukochaną siostrą?
Z którym z bohaterów „Uwiedzonych”, ostatniej powieści Boleckiej spotkałby się na jakimkolwiek etapie późniejszego życia?
Głównym bohaterem „Uwiedzonych”, ważnej książki podejmującej problem rodzenia się zła, jest Peter Mazurowsky, Niemiec o polskich korzeniach. Staje się świadkiem i uczestnikiem najważniejszych wydarzeń pierwszej połowy dwudziestego wieku. Jest tym, który przygląda się marzycielom i fantastom. Tym, których trawi wirus niszczenia siebie i innych. Wśród nich jest Alois Trapp, mieszkaniec wiedeńskiej noclegowni, największy potwór XX wieku. Pokaleczony, obłąkany, bezradny i nieudolny artysta, z którego wszyscy kpią czyli materiał na prawdziwego zbrodniarza. Mazurowsky pomyślał jednak, że może stać się „artystą śmierci”.
Nie mogę wyrzucić z pamięci sceny w kostnicy. Trapp prosi Mazurowsky’ego, który tam pracuje, aby go ze sobą zabrał. Na stole prosekcyjnym leżą nagie zwłoki mężczyzny. Trapp chce z nimi zostać sam, przez pół godziny. Przez celowo niedomknięte drzwi Mazurowsky podsłuchuje monolog Trappa, monolog pełen złości, jakby kierowany do zmarłego, władczego ojca, którego nienawidził. Na koniec Trapp bezcześci zwłoki sikając na nie. Wstrząsająca scena przywołująca w pamięci wspomnienia syna Hansa Franka, Niklasa, który w dniu śmierci ojca onanizował się patrząc na jego zdjęcie.
Jedną z głównych bohaterek „Uwiedzonych” jest morfinistka Łucja, wzorowana na postaci Stanisławy Przybyszewskiej. To właśnie Mazurowsky znalazł ją martwą, w przyszkolnym baraku, gdzie mieszkała. Kluczem do zrozumienia Łucji staje się jej ojciec. To zresztą ciekawe, że na swoich bohaterów wybiera Bolecka tych, którzy mają silnych a nawet władczych ojców. Łucja nieustannie rysowała głowę i fragmenty ciała ojca, po to „żeby wytarzać się w odrazie, we wstręcie…” Powtarza się znów motyw ofiarnego ołtarza. Łucja wyznaje Mazurowsky’emu: „Obiecałam sobie, że jeśli stracę ołtarz, na którym chciałam złożyć ojcu w ofierze swoje życie, to… – ściszyła głos. – To złożę je nicości”. Więc każdego dnia zabijała samą siebię kolejnymi dawkami morfiny. Co ciekawe, w powieści pojawia się doktor Kafka, wprawdzie Oskar, a jednak mam poczucie, że znów materializował się duch Franza. Doktor Kafka rozmawia z Trappem na temat dobra i zła, to on stwierdza zgon swojej pacjentki Łucji. Opowieść o Łucji to też opowieść o sile pisania, czasem o jego obłędzie. Ucieczka z obłędu życia w obłęd pisania. Ale czy rzeczywiście ucieczka?
W „Uwiedzonych” poznajemy też niemiecką stygmatyczkę Hedwig. To jeden z moich ulubionych rozdziałów tej powieści.
Mazurowsky sceptycznie bada przypadek Hedwig, zagląda do naukowych książek, nie wierzy w cuda. A jednak, kiedy kobieta wyznaje, że pożar domu spowodował jej wewnętrzny ogień, albo kiedy mówi, że czuje krew, bo sąsiad właśnie zarzyna barana (tak, motyw powraca), Mazurowsky wie, że chodzi o coś więcej niż naukę. Nawet jeśli nie chce tego przyznać. Hedwig mówi jak słynna mistyczka, Teresa z Avili: „Umrzeć to znaleźć się w innym pokoju tego samego mieszkania. A wszystko to jeden dom”.
Czytając „Uwiedzonych” wciąż wracają do mnie sceny z „Kochanego Franza”. Hedwig żywi się światłem, czyli tym, czego tak bardzo pragnęli w chwilach śmierci Franz i Greta.
Nie umiem czytać kolejnych powieści Boleckiej inaczej jak jednej wielkiej i mistycznej opowieści.
Wstrząsająca jest świadomość ogromnego cierpienia Hedwig, która wierzy tylko wtedy, kiedy widzi otwarte rany, kiedy widzi krew. Obsesja krwi jest kolejnym ważnym tematem tej książki, przecież również obsesja rasowej czystości (Trapp). Hedwig, przywołując swoje wizje, w tym wizję ogrodu opowiada o „żniwie krwi”, o krwi jako „płynnym ogniu”.
Za chwilę Peter Mazurowsky ma poznać Ericha Vogla, młodego nazistę, który odsłoni przed nim swoją duszę. Tuż przed tym spotkaniem dotąd sceptyczny i niewierzący Mazurowsky zobaczy wchodzącego do obozu Chrystusa. Zobaczy jak Chrystus podnosi skopanego więźnia. Tak, Mazurowsky jest w obozie. Zostanie z niego zwolniony w tajemniczych okolicznościach. Wcześniej jednak Vogel obieca mu pomoc. Wcześniej, później – zastanawiam się, jaka jest rola czasu w powieściach Anny Boleckiej. Co już jest przeszłością i pamięcią, a co jeszcze nią nie jest? Przeszłość trwa nadal, a jeśli trwa to przecież nie jest przeszłością. Więc czym jest?
Mam wrażenie, że czas nie ma tu żadnych ograniczeń, że nic się nie dokonuje naprawdę, nawet śmierć nie jest dokonana. Śmierć boleśnie realna i magicznie nierealna istnieje i nie istnieje zarazem, więc może to śmierć jest powieścią?
Wiele wyjaśnia motto powieści Boleckiej „Biały kamień”, wzięte z Carla Gustava Junga: „Dla każdego jestem śmiertelny, a jednak nie dotyka mnie odmiana czasu”.
Więc Erich Vogel pomaga Mazurowsky’emu w ucieczce. A może pomaga sobie? Może to Mazurowsky ma go uratować? Vogel proponuje Mazurowsky’emu wyprawę do grot. W tej dziwnej scenerii jaskiń, pozostawionych w nich znaków i podziemnej rzeki Vogel snuje swoją opowieść. I to przed Mazurowsky’m dokonuje Vogel swoistej psychoanalizy. Figury matki i ojca. Obnaża swój homoseksualizm. Opowiada o Niemczech, w których być może łatwiej było być Żydem, bo choć prześladowanym, było się sobą. On, Erich Vogel musiał się siebie wyrzec.
Być może on jeden nie był Uwiedzonym.
A Mazurowsky jest tym, który dopełnia ludzi, jest potrzebny do ich uruchomienia, jest kluczem do nich. Kimś więcej niż przewodnikiem. Kimś więcej był również Franz. Najwłaściwsze chyba określenie, a w każdym razie jedyne, jakie umiem znaleźć to „dopełnienie”. – Nawet jeśli im samym tej pełni brakuje.
Takim bohaterem był też Pradziadek z powieści „Biały kamień”. To jedna z tych książek, do których wraca się dla przyjemności ale i z potrzeby. To historia zgładzonego żydowskiego świata, a tak naprawdę krystalicznie czysta opowieść o grudzie ziemi, w którą wciąż wciśnięty jest ślad czyjegoś buta. O związaniu człowieka z ziemią (nawet jeśli Pradziadek czuje się wykorzeniony), z miejscem na ziemi, o losie, jego symbolice i przeznaczeniu. Właśnie tu najwyraźniejsze jest niedokonanie Czasu. Pradziadek może tu mieć lat kilka i kilkadziesiąt równocześnie. Być dziecięcy i odchodzący. Jakby istniał tylko czas Liter. Tajemnica Liter, motyw, który powróci w „Kochanym Franzu”.
Dużo jest „czekania” w „Białym kamieniu”. Choćby czekania na odradzającą się ziemię, na powrót zapachów znaczących kolejne pory roku, a więc i rytm świata. Są żydowskie nauki płynące z Tory i są wiejscy znachorzy – wstrząsająca scena ratowania umierającego chłopca włożonego w brzuch rozprutego wieprzka.
Wśród chwalących tę powieść była Małgorzata Musierowicz. Nazwała Annę Bolecką czarodziejką, która zbudowała tę powieść tak jak komponuje się utwór muzyczny. „Zapachy, kolory, zmieniające się perspektywy i czasy, chłód, ciepło, wilgoć, dźwięki, sny i rozmowy” – notowała Musierowicz.
To wszystko widoczne było już w debiutanckiej powieści Boleckiej „Leć do nieba”, opowieści o dzieciństwie, które było równie niedojrzałe jak obserwowany przez nie świat dorosłych. Dzieciństwo w „Leć do nieba” jest całym światem, krainą właściwie bez zdziwienia, nawet jeśli pojawiają się w nim najprostsze pytania i najtrudniejsze odpowiedzi.
Moją ulubioną postacią tej książki jest Kazio Gil, wiejski głupek i filozof, odrzutek i Boże dziecko zarazem. Kazio Gil ma zdolność bycia na ziemi i w niebie jednocześnie.
To powieść bez moralnej oceny. Właściwie wycinek świata.
Dzieci są równie okrutne jak dorośli. Trzymają w pudełku dziesiątki odmian owadów zasypanych cukrem, które w tym pudełku zlepione ze sobą stanowią jedną ruszającą się, nawet jeśli częściowo martwą masę. To pudełko to dziecięce piekło. Stworzone na wzór piekła dorosłych.
Dzieci rozumieją Kosmos na swój sposób. Mogą wierzyć, że Niebo jest po to, aby kiedyś na nich spadło. I to też jest prawda.
Dzieje się ta powieść gdzieś w czasach bierutowskich, wkrada się w nią polityka, bo ma wpływ na ludzi, wierzą w to, co słyszą z radia. I to też jest prawda.
Te prawdy czasem smakują jak dojrzałe jabłko a czasem jak niedojrzały agrest.
Proza Boleckiej wgryza się i w dojrzałe jabłko i w niedojrzały agrest.
Jest soczysta i gęsta.
Pachnie domem, ogrodem i grudką ziemi rozgryzaną zębami.
Za każdym razem rodzi się i rodzi swoją śmierć.
Być może dlatego nie umiem się od niej uwolnić.

Anna Bolecka – autorka powieści „Leć do nieba” (debiut 1989), „Biały kamień” (1994, nagroda im. Reymonta), „Kochany Franz” (1999, Nagroda Pen-Clubu, Warszawska Premiera Literacka), „Latawce” (2002), „Concerto d’amore” (2004), „Uwiedzeni” (2009), „Cadyk i dziewczyna” (2012). Jej książki tłumaczono na niemiecki, francuski, holenderski, duński i portugalski.

(tekst ukazał się w miesięczniku „Bluszcz” w 2010 roku)

*

BYĆ JAK ROBERT WIĘCKIEWICZ

(magazyn „WAW” nr 4/2011)

Jeden rok, trzy filmy i Hollywood na kozetce. Woody Allen nakręcił kiedyś „Koniec z Hollywood” i była to samospełniająca się przepowiednia. Wielkie gwiazdy ciskają scenariuszami o ścianę. Allen przyjeżdża do Warszawy, bo kiedy jego agent dzwonił do Więckiewicza z propozycją roli, ten odpowiedział: „Niech się Woody nie wygłupia, tylko przyjedzie, sam”.

Kiedy Robert De Niro w „Taksówkarzu” stoi przed lustrem i najpierw chowa spluwę w rękaw legendarnej kurtki koloru khaki, a potem tę spluwę wyciąga i mierząc z niej wygłasza swoje słynne: „ju tokin tu mi?”, i kiedy brnie jeszcze dalej mówiąc: „a do kogo do kurwy nędzy, przecież nikt inny tu nie stoi?!”, to jestem pewny, że w tym właśnie momencie próbuje być Robertem Więckiewiczem. I chociaż sam Robert Więckiewicz ma do siebie więcej dystansu, skoro we flagowym programie telewizyjnej kulturalnej misyjnej dwójki „Lubię to!” powiedział, że nazwisko w karierze zagranicznej może przeszkodzić, bo na festiwalu w Toronto, gdzie pokazywano film Agnieszki Holland „W ciemności” jego nazwisko czytano po prostu Łikiłik, sprawy zaczynają się zmieniać.

Agentem Roberta De Niro jest Bryan Lourd, dzwonię wprost do słonecznej Kalifornii z nadzieją, że telefon na swoim biurku w przestronnym gabinecie przy Avenue of The Stars odbierze sam.

„Ken aj help ju?” – słyszę jak w moim Samsungu ktoś mówi po angielsku, a głos, gdyby nie te obce słowa jakby szedł z ust Izy Kuny, zmysłowy, nasycony charakterem, a i fajeczka pewnie się jedna wypaliła.

Nic nie mówię, bo myślę, jakie tu słowa dobrać.

„Ken aj help ju?” – powtarza Iza nie Iza, jak się okazuje asystentka agenta.

I jakby mnie nagle coś grzmotnęło, jakby się niebo rozstąpiło. No, jasne, Hollywood, Aleja Gwiazd, a agent De Niro nazywa się Lourd! Czyta się tak samo, choć bez e-es na końcu, tak samo jak miejsce cudów. Więc jestem w domu. Proszę o rozmowę z panem od cudów. Nadziei nie mam, a cud się dzieje, Iza mnie łączy.

Tylko co ja w ogóle mu powiem?

Słyszę, jak mój Samsung głosem jakby samego pana Jerzego Treli, nisko, basowo mówi po angielsku najpierw „halo” a potem jeszcze „jes” z długim, przeciągniętym znakiem zapytania. Nie ma odwrotu. Pytam, wynosząc swój angielski ponad wszelkie możliwe dla mnie poziomy, czy pan de Niro jak stał przed lustrem i mierzył z lufy pytając: ju tokin tu mi? chciał być po prostu jak Robert Więckiewicz – Bi-ing simpli Robert Vientzkyevitch.

Słyszę chrząknięcie. Przeciągnięte chrząknięcie. Potem słyszę wołanie: Robert! Kroki. Szuranie butami. Ale dlaczego szuranie? Kroki są przyciężkie, więc i szuranie jest przeciągnięte.

„De Niro” – mój Samsung mówi jakby głosem De Niro właśnie.

„Vientzkyevitch” – odpowiadam z zaskoczenia.

„De Niro” – teraz on odpowiada z zaskoczenia.

„Vientzkyevitch” – odpowiadam już pewniej.

„De Niro!” – prawie już krzyczy głosem jakby samego De Niro.

„Vientzkyevitch!” – ja już prawie krzyczę!

„Vientzkyevitch?!” – pyta zdumiony i wiem już, że nic a nic z tego telefonu nie rozumie.

„Robert” – dopowiadam z polską dumą narodową w głosie.

„Ekzaktli, Robert De Niro” – on na to.

No, nie. Tak się bawić nie będziemy. Odkładam słuchawkę. Już widzę, jak De Niro spotykając na przyjęciu Umę Thurman dajmy na to, opowiada jej jak to zadzwonił jakiś facet i próbował mu wmówić, że nazywa się nie De Niro a Vientzkyevitch. Tak to Umie powie, ale ukryje, że od dawna chce być jak Więckiewicz. I niech się chłopaki w Hollywood uczą. Cudów nie ma. Gwiazdor jest tylko jeden. Więc… wróćmy na ziemię, czyli do kina.

Maklakiewicz i Himilsbach, czyli Baby są jakieś inne.

Gdybym był aktorem, to bym z zazdrości wbił sobie wielokrotnie tępe narzędzie w aortę, bo takie role, jakie Marek Koterski podarował Robertowi Więckiewiczowi i Adamowi Woronowiczowi się właściwie nie zdarzają. Taką szansę dostali wcześniej Himilsbach i Maklakiewicz od Andrzeja Kondratiuka w filmie „Wniebowzięci”, choć to partytura rozpisana na wiele głosów, zaś Koterski napisał film na dwa monodramy. No i maszyna jest inna. Jadą sobie panowie, jadą, jadą i mówią, jadą i monologują, jadą i rozważają, jadą sami i nie są narażeni jak Himilsbach i Maklakiewicz na zwierzenia starszej pani: „Z wami się w ogóle jechać nie da, są panowie niesforni, jeden się przewraca, drugi jedzie”… I o dziwo Maklakiewicz pyta: „ju tokin to us?” – „pani to do nas mówi w ogóle?”… I dalej: „Jak mama, jak mamusia daję słowo”… No a skoro mamusia, to już jesteśmy u Koterskiego, bo co jak co ale ten temat eksploatuje od debiutu. U Koterskiego nikt Więckiewiczowi i Woronowiczowi w maszynie nie zrzędzi, nikt nie mówi, że jeden się przewraca, a drugi jedzie, bo i prawdy by w tym nie było. Adam Woronowicz jedzie, prowadzi znaczy, chociaż prywatnie kierowcą nie jest, a Robert Więckiewicz jedzie ale siedzi. No i weź tu człowieku zagraj monolog Kordiana na Mont Blanc, siedząc, i mogąc co najwyżej zrobić zimny łokieć.

W dodatku Koterski zdecydował, że samochód pojedzie „choć stał będzie choć”, postawił go w hali zdjęciowej na prawie miesiąc i kazał aktorom przez kilkanaście godzin dziennie (codziennie!) tekst mówić, grać, wrastać w niego, zapuścić w sobie i uczynić swoim. Mówią więc o kobietach, i cytują kobiety, kobietami dobierają się do swojego ego, kobiecym pilniczkiem do paznokci duszę rozrywają, krwawią, obnażają się, bo może i baby są jakieś inne, ale chłopy to są beznadziejne – jak powiedziała Więckiewiczowi jedna pani na spotkaniu w „Gazeta Cafe”. Przez dwie godziny słuchamy facetów z poczuciem przykrości, że z kimś takim kobiety decydują się żyć i że same przed sobą udają, bo skoro wciąż pytają: „ale czy mnie kochasz?” to dopuszczają jednak uczucia wyższe. A już odpowiedź na pytanie: „co zrobić, żeby kobieta krzyczała jeszcze długo po stosunku?” to im w ogóle do głowy nie przychodzi.

Robert Więckiewicz i Adam Woronowicz odważyli się, idą na całość aktorskich możliwości, grają jak u Becketta właściwie samym wyrazem twarzy, głosem, autoironią, rozkładają tych swoich facetów na łopatki, ale też potrafią ich obronić, bo matki, bo żony, bo rzeczywistość trudna i świat okrutny. Więckiewicz i Woronowicz grają takie role, że już nie lecą do Szczecina, ale na Księżyc lecą, ich talent, charyzma i osobowość odpalają zapłon i już obaj są wystrzeleni w Kosmos aktorskich możliwości. I teraz już jestem pewny, że jak Maklakiewicz i Himilsbach wsiadali do samolotu, żeby sobie kolegę z wojska odwiedzić, to po prostu chcieli być jak Więckiewicz i Woronowicz. I żeby jakoś tak naturalnie przejść od razu do kolejnej wystrzelonej roli Roberta Więckiewicza, zrobię po prostu wymyk i tego przejścia wcale nie będę szukał.

Więckiewicz i Korona Ziemi

Gdyby Anthony Hopkins przeczytał scenariusz „Wymyku”, to by rzucił w cholerę egzemplarzem „Milczenia owiec” dwadzieścia lat wcześniej i zamiast zagrać potwora w masce wolałby poczekać na rolę milczącego świadka kryminalnego zdarzenia. No, ale nie przeczytał, nie zagrał a teraz agenci chowają przed nim płyty dvd z „Wymykiem”, bojąc się, żeby przypadkiem po zobaczeniu roli Roberta Więckiewicza nie rzucił zawodu w cholerę, tak jak kiedyś mógł ciepnąć scenariuszem „Milczenia owiec”.

Nagle, chociaż nie do końca nagle, bo wcześniej stworzył zaskakująco inną kreację w filmie „Wszystko będzie dobrze”, Robert Więckiewicz, etatowy gangster polskiego kina, zagrał faceta psychicznie słabego, bezwolnego, przestraszonego. Zagrał faceta, który sam siebie w życiu oszukał i zawiódł. Z jednej strony kolekcjoner broni, niemal ze spluwą w kieszeni, z drugiej zakompleksiony i sfrustrowany gorszy syn, który prowadząc rodzinną firmę, ze strachu przed nowym raczej zaakceptuje jej bankructwo niż podejmie jakąkolwiek ryzykowną decyzję. W wiecznej rywalizacji z bratem, który wrócił z Ameryki, jednak raczej z Azbestłudu niż Holyłudu. Mimo to z Ameryki. Scena, w której jadą samochodem i grany przez Więckiewicza brat postanawia właściwie ścigać się z pociągiem, i na przejeździe kolejowym o ułamek sekundy wyprzedza śmierć (to, w jaki sposób Więckiewicz gra tę scenę, jak patrzy, jak się zacina, jak walczy) jest wiele mówiąca o całej roli zbudowanej na próbowaniu siebie samego, na sprawdzaniu, co mogę i co się może za ułamek sekundy wydarzyć. Więc kiedy w późniejszej scenie, jedzie z bratem pociągiem, do którego wsiada grupa młodych bandytów, i bracia są świadkami jak ci bandyci zaczepiają siedzącą samotnie dziewczynę, możemy spodziewać się, że ten easy rider o groźnym wyglądzie Więckiewicza pójdzie na całość i skopie gówniarzom dupy. Ale nic takiego się nie dzieje. I kiedy potem grany przez Łukasza Simlata drugi brat staje w obronie dziewczyny, a zbiry pytają go: „ju tokin tu mi?” to już odwrotu nie ma, wyrzucają go z pociągu, a nasz easy rider odmierza czas, liczy ułamki sekundy decydujące o jego losie i o losie brata, prowadzi z sobą najokrutniejszą grę. Bo dlaczego nie zareagował i nie pomógł bratu? Bo się bał? A może dlatego, że chciał sprawdzić, co zrobi, a może przez ułamek sekundy uważał, że wpierdol bratu nie zaszkodzi, a może się nawet należy. Uruchomiona zostaje lawina ucieczek, od najwymowniejszej – kiedy grany przez Więckiewicza Alfred wraca do domu i dosłownie zamyka się aby tylko nie musieć rozmawiać z żoną, po scenę, w której wiedząc już, że zdarzenie w pociągu zostało sfilmowane komórką i umieszczone w internecie, jak dziecko postanawia internet od komputera odłączyć. Jednak co ciekawsze w roli Więckiewicza, przenosi ona uwagę, a może wątpliwości na inny temat – nie zareagował, ale też to nie on pobił. Tu Więckiewicz zaczyna swojego bohatera zbroić. Chce go w jakimś sensie oczyścić próbując nie tyle wymierzyć sprawiedliwość, co się o nią upomnieć. W tej postaci kalkulacja odbywa się tylko na poziomie dotykania możliwości i granic, natomiast nie powoduje wewnętrznej przemiany postaci. Przemiana przebiega prawie niezauważalnie, wynosząc aktorstwo Roberta Więckiewicza na szczyt, na który umiałaby wejść jedynie Kinga Baranowska, wiedząc, że w góry wychodzi się dlatego, że są a nie dlatego, by coś w sobie zmienić. Więckiewicz wchodzi na K2 aktorstwa, dlatego że ono w nim istnieje. On już nie jest aktorem, który pokazuje pęknięcia, jest aktorem, który daje je poczuć nie pokazując ich. A to najwyższa szkoła jazdy. Dobrze, że Marlon Brando nie dożył tego czasu, bo chociaż nikomu nie przyznał się, że chciał być jak Robert Więckiewicz, to w skrytości bardzo o tym marzył.

W duecie z Meryl Streep

Skoro w pierwszej scenie jest strzelba, to przecież musi wypalić. I tak wprost spod lustra Roberta De Niro przechodzę do roli Roberta Więckiewicza, która jedną kulą powaliła całe Hollywood a Ed Harris, który z Agnieszką Holland pracował kilkakrotnie, ze złości, że tej roli nie zagrał porwał Petera Weira i Jima Carreya, przetrzymuje ich w studio telewizyjnym i próbuje zrobić sequel „Truman Show”, żeby zagrać swoją rolę inaczej, chce być po prostu jak Robert Więckiewicz. W najnowszym filmie Agnieszki Holland „W ciemności”, polskim kandydacie do Oskara, dystrybuowanym na świecie przez Sony Classic, zagrał Więckiewicz lwowskiego pracownika kanałów Leopolda Sochę, który pewnego dnia – a akcja dzieje się w czasie II wojny światowej – pod kanałami w getcie trafia na Żydów, którzy badają możliwości przejścia na aryjską stronę. Socha kupczy, liczy na zysk, wyprowadza do kanałów grupę, w której jest m.in. rodzina Chigierów (autorów opublikowanych właśnie wspomnień z tego czasu), ale sprawy się komplikują, pieniądze topnieją, a nawet kończą, Socha ryzykuje życie swoje i swojej rodziny, i dzieje się coś, czego znów nie widzimy. Pieniądze przestają być ważne, Socha staje się właściwie świętym, więc święty to, czy nie, a kiedy obcy ludzie przyglądają się wyprowadzonym z kanałów, krzyczy nawet: „To moi Żydzi!” I jest w tym i dobro i czułość, i wewnętrzne piękno. Oglądasz film i naprawdę nie wiesz, kiedy to się stało. A przecież się stało. Przemiana jest wiarygodna, logiczna, konkretna. Wcześniejsza scena, w której Socha otwiera wieko kanałów, żeby mała Krysia Chigier mogła na chwilę wystawić twarz do słońca jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących chyba w całym filmie. I już w tej scenie wiemy, że Socha, nawet jeśli na początku liczył srebrniki i kupczył, to jest właściwie współczesna Maria Magdalena. Jak więc Więckiewicz to ugrał, że to zagrał a tego nie widać? Pojęcia nie mam, może po prostu zagrał wbrew logice? Coś podobnego widziałem wcześniej w wielkim filmie Jana Łomnickiego „Jeszcze tylko ten las”. Ryszarda Hanin gra warszawską cwaniarę, która przeprowadza z getta córkę swojej byłej pracodawczyni. Robi to chyba dla pieniędzy, chyba z przyzwoitości, komplikacje narastają, droga na wieś jest coraz trudniejsza, ale ona idzie. I kiedy jest już naprawdę beznadziejnie, kiedy nie ma ratunku, powtarza tej dziewczynce: „Jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było”. Przechodzi przemianę, ale odwraca od niej uwagę, nie odkrywa jej. Jest święta a tak konkretnie, boleśnie ludzka, nawet chwilami antypatyczna, okrutna. Pewnie dwie aktorki tak by to umiały zagrać – Hanin i Meryl Streep. I jeden aktor umiał, Robert Więckiewicz u Agnieszki Holland.

Koniec z Hollywood. Nawet Meryl Streep chciałaby być jak Robert Więckiewicz.

*

URI ORLEV – WYSPA NA ULICY PTASIEJ

(podstawa wystąpienia na spotkaniu z Uri Orlevem w Instytucie Francuskim w Tel Awiwie, 14 grudnia 2011)

Z Uri Orlevem i Joanną Stachyrą, dyrektorką Instytutu Polskiego w Tel Awiwie

Dziecko wojny zawsze jest dorosłe – powiedziała w jednym z wywiadów mieszkająca w Warszawie wybitna reporterka Hanna Krall, autorka wydanej w 1978 roku książki „Zdążyć przed Panem Bogiem” – rozmowy z jednym z przywódców powstania w Getcie Warszawskim, Markiem Edelmanem. Nie mogłem nie przypomnieć sobie tego zdania czytając wydaną i wznawianą w Polsce wybitną książkę Uri Orleva „Wyspa na ulicy Ptasiej”.
Jej jedenastoletni bohater, Alek w czasie akcji likwidacyjnej w warszawskim getcie, ukrywa się w starym, zrujnowanym domu, właśnie na ulicy Ptasiej. Po skonstruowanej przez siebie specjalnej drabinie, którą uczy się precyzyjnie wciągać na piętro, wspina się na swoją ptasią wyspę, na której próbuje stworzyć sobie przestrzeń wolności i bezpieczeństwa.
Do odkręconego kranu, z którego płynie woda przylatują ptaki. Ich świat nie jest podzielony żadnymi barierami, granicami ani murem.

Alek nie tylko buduje sobie wyspę bezpieczeństwa i wolności, ale czy tego chce czy nie, musi to być też wyspa zamrożonych emocji. Alek czeka na ojca, ale nie wolno mu się złamać, rozkleić, nie wolno mu płakać ani wątpić. Jest dzieckiem i wie, że musi wytrwać. Hanna Krall w jednej z rozmów, jakie z nią przeprowadziłem powiedziała, że nie chce opowiadać swojego wojennego losu, bo jej organizm nie wytwarza zwierzeń. Trwała pozostałość po wojennej traumie? Ale powiedziała też w tej samej rozmowie, że będąc dzieckiem wiedziała,

że przeżyje, miała w sobie niezwykłą atawistyczną chęć a może siłę przetrwania. To ona mamie, a nie mama jej, powtarzała, że będzie dobrze, że wszystko będzie dobrze.

Alek jest dorosłym dzieckiem, które wie, że im dłużej zamrozi emocje, tym większe będą jego szanse na przeżycie. Czuje odpowiedzialność za siebie, za ojca, za człowieka, który ranny trafił na jego wyspę, a nawet za białą mysz Śnieżkę. Odpowiedzialność za innych również pozwala przetrwać.

Krystyna Chiger, autorka autobiograficznej książki „Dziewczynka w zielonym sweterku”, miała siedem lat, kiedy wraz z rodziną i kilkunastoma innymi osobami trafiła z getta

do lwowskich kanałów. Jej brat był trzy i pół roku młodszy. Przez czternaście miesięcy, każdego dnia troje kanalarzy zorganizowanych przez Leopolda Sochę, przed wojną włamywacza i złodziejaszka, pojawiało się w kanałach z prowiantem, upraną bielizną, czasem by porozmawiać. Socha dzielił się z Krysią kanapkami, jakie przygotowywała mu żona.

Krystyna Chiger, dzisiaj mieszkająca w Nowym Jorku, powie mi po latach, że odkąd zaczęła się wojna, była dorosła. Najpierw, we lwowskim getcie, kiedy rodzice wychodzili do pracy
w szopach, a w getcie już nie było dzieci, Krysia chowała brata do walizki, zamykała walizkę i chowała ją pod łóżkiem. Sama wchodziła do którejś z przygotowanych przez ojca skrytek lub chowała się za wiszącym na wieszaku maminym szlafrokiem. Nauczyła się rozróżniać kroki Niemców, współpracujących z nimi Ukraińców, przypadkowych mieszkańców. Wiedziała, że musi przeżyć dla brata. Że najpierw musi uchronić jego, potem siebie. Później, w kanale była szczęśliwsza, bo była z rodzicami. Tam znaleźli swoja Wyspę na ulicy Ptasiej, choć właściwiej byłoby powiedzieć pod ulicą Ptasią. Tę historię opowiedziała właśnie Agnieszka Holland w swoim filmie „W ciemności”, polskim kandydacie do Oskara.

Jakże bliźniacza jest historia Alka do innej opowieści warszawskiego Robinsona, Władysława Szpilmana, która posłużyła za kanwę filmu „Pianista” Romana Polańskiego.

Tyle że Szpilman, w przeciwieństwie do Alka, był dorosłym mężczyzną. Nie musiał wydorośleć nagle, przejść przyspieszonego kursu dojrzałości. Na wojnie nie ma dzieci.
Nie ma niewinności. Alek nie ma wyboru, nawet któregoś razu pociąga za spust pistoletu ojca. Krystyna Chiger powiedziała, że kiedy skończyła się wojna i z rodzicami trafiła do Krakowa, nagle znów zapragnęła być dzieckiem, ale już nie umiała. Po latach przechowywania zielonego sweterka, który zrobiła jej babcia, a który nosiła w getcie, i potem w kanale, namówiona przez synów, oddała ten sweterek do Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Ale to nie było łatwe, mówiła, że wciąż nie mogła się zdecydować, że odsuwała tę chwilę oddania sweterka, jedynego śladu po jej niedonoszonym dzieciństwie. Kiedy po raz pierwszy pokazała ten sweterek synom, powiedzieli: Mamo, ty byłaś taka mała?

Ale co znaczy, że była mała. I czy kiedykolwiek była?

Codziennie przechodziłem koło domu, w którym ukrywał się Władysław Szpilman, mieszkałem pięćdziesiąt metrów dalej. Nic dla mnie nie znaczył aż do dnia, w którym dowiedziałem, że to właśnie tam, na tym strychu… Że tam była jego Wyspa na ulicy Ptasiej.

Ile takich Wysp zbudowano, o ilu nie wiemy?

Opowieść Uri Orleva to nie jest opowieść dziecka. To opowieść dorosłego. I chciałbym kończąc swoją wypowiedź zapytać autora, czy kiedykolwiek po wojnie chciał i umiał być dzieckiem? I czy zachował się jakikolwiek zielony sweterek?

*

PRAWDA JEST CIEKAWSZA

Rozmowa z Anitą Haliną Janowską

foto Adam Kozak/Agencja Gazeta

Remigiusz Grzela

Zakładamy maksimum. Pani książka Wariacje jesienne wychodzi w Nowym Jorku, gdzieś na Brooklynie jest pani wieczór autorski. No i pojawia się Woody Allen, który przeczytał recenzję powiedzmy w „New Yorkerze”… Przyszedł panią zobaczyć, bo podejrzewa, że pani nie istnieje. Bo żeby w Polsce ktoś pisał tak jak on… Jak wyobraża sobie pani to spotkanie. No i co pani mu mówi?

Anita Halina Janowska:


Otóż, gdyby stał się cud i doszło do spotkania z Woodym Allenem, rozmawiałabym z nim tylko o filmie Zelig. Bardzo bym się mądrzyła − chciałabym Woody’emu imponować (choć wcale by nie słuchał). A więc mówiłabym, że problem Zeliga to głównie problem tych wszystkich, których tożsamość nie jest dla nich samych jednoznaczna. Zabłąkali się w cudzym kraju, cudzej religii, cudzej kulturze. Mają problem jaki od wieków dokucza Żydom w   diasporze:  asymilować się, czy różnić się i pozostać wiernym tradycji przodków?

Tam, gdzie jest się obcą mniejszością, lepiej się nie wyróżniać. Obcy, zwłaszcza taki, który upiera się przy innej religii i jej dziwnych obyczajach,  a do tego mówi niezrozumiałym językiem, „coś może knuć” i stać się niebezpieczny. Najlepiej więc − pozbyć się go lub osłabić przez poniżanie. I tak działo się w czasach pogańskich i w czasach chrześcijańskich. Żydów mordowano, palono w synagogach, a gdy się wzbogacali, zabierano im majątki, a ich zabijano lub − w najlepszym razie − wypędzano z kraju. Holocaust był jedynie kontynuacją tego procederu na skale przemysłową. Nie pomogło nawet to, że Żydzi zdobyli dla Niemiec blisko dwadzieścia nagród Nobla. Strategia wyróżniania się poniosła klęskę. Zelig wie o tym i wybiera strategię kameleona − dochodzi do perfekcji we wcielaniu się w różne  postacie.  Pokazał Żyda, który nareszcie zrozumiał, że ma być aktorem, bo aktor ma tę przewagę nad innymi, że wie kim ma być.

No i zakończyłabym tę mowę tak:

„Szanowny panie Allen – zrobił pan najmądrzejszy i najzabawniejszy film, jaki kiedykolwiek powstał. Słusznie mówi się o panu, że jest pan „największym błaznem wśród filozofów i największym filozofem wśród błaznów”.”

RG: Ciekawe też jest dla mnie, jak później pani to spotkanie zapisuje w  swoim dzienniku, jeśli taki pani prowadzi?

AHJ: Dziennika regularnie nie prowadzę, ale mam notatnik, w którym piszę „jak leci”, co się zdarza − kto mnie odwiedził, co mam kupić w sklepie i jeszcze − co mi właśnie przyszło do głowy.
A więc napisałabym tak:
Wyraźnie znudziłam Allena tym mądrzeniem się − o tym o czym  mówiłam, wiedział lepiej ode mnie. A o wielu sprawach nawet nie  wspomniałam. Na przykład, że strategia „nie wyróżniania się” panuje  nawet w  ulpanie, w Izraelu, gdzie nowo przybyli uczą się hebrajskiego. Witek  Jedlicki pisał mi dawno temu, jak to nauczyciel w ulpanie  strofował natrętnie popisującą się uczennicę: „Ty się Perla przestań wyróżniać, bo pożałujesz!”. Żydzi wiedzieli, że to zawsze bywa niebezpieczne.
Dziadek Ericha Fromma był rabinem, chciał przyuczać wnuka do skromności.  Mały Erich odnosił wielkie sukcesy w nauce, więc z chełpliwą minką zapytał  dziadka: − Jak myślisz, dziadku, kim ja będę w przyszłości? −  A na to  dziadek: − W przyszłości to ty będziesz stary Żyd.

RG:  Z Woodym Allenem można „sadzić róże na tłuczonym szkle”?

AHJ:  O, na pewno! Wszak to on pisze: „ I jakże ja mogę wierzyć w Boga,  jeśli  zaledwie w zeszłym tygodniu język wkręcił mi się w wałek elektrycznej  maszyny do pisania”.

RG: Jego filmy są dla pani ważne?

AHJ:  Tak, są bardzo ważne. Marzy mi się, by postrzegać świat tak, jak  Woody Allen − na wesoło, choć życie bywa rozpaczliwie smutne. A co do śmierci…  Na własny użytek napisałam sobie: „Śmierć to błogi sen, z którego żaden idiota nie próbuje cię budzić”.

RG:  No, dobrze, skoro jesteśmy przy wielkich. Jaka jest rola Wariacji  Goldbergowskich?

AHJ: To zależy czy tę rolę oceniamy w sztuce, czy w czyimś życiu. W moim  życiu Wariacje Goldbergowskie” Bacha − wspaniałe wykonania  Wandy Landowskiej, Glenna Goulda, czy Andrzeja Czajkowskiego − kojarzą  się z pobudzającym, ożywczym pięknem. Ale pamiętajmy co mówi legenda: Bach napisał swoje Wariacje dla hrabiego Karla Keyserlinga. Jego nadwornym muzykiem był uczeń Bacha − Johann Gottlieb Goldberg, grywał  on Wariacje hrabiemu wieczorami do snu, bo hrabia cierpiał na  bezsenność.

RG: Ucieka mi Pani, Pani Anito, właśnie pytam, dla kogo napisała Pani Wariacje jesienne, i czy słusznie odnoszę je do Goldbergowskich?

AHJ: Niesłusznie. Bo tak naprawdę, tytuł książki wymyślił mój przyjaciel − pianista Maciej Grzybowski, któremu książkę poświęcam. Ja chciałam w tytule nawiązać do piosenek Przybory o jesieni, oczywiście bez plagiatu. Miało być: A jesień tu taka piękna…
Maciejowi poświęciłam Wariacje jesienne nie tylko z przyjaźni, ale i z wdzięczności, bo to właśnie on, po przeczytaniu  książki …mój diabeł stróż, odnalazł mnie i zapytał o nuty kompozycji Andrzeja Czajkowskiego. Dałam mu te nuty.  I Maciej odkrył Andrzeja dla Polski i dla świata. W przyszłym roku, wiosną, kompozycje Andrzeja będą wykonywane w Waszyngtonie i Nowym Jorku.

RG: Chciałbym też wiedzieć, kto, poza Woody Allenem jest lub mógłby być ojcem chrzestnym tej książki?

AHJ: Czy ja wiem … może Profesor Filutek Lengrena i jego pies Filuś? Pod jednym z rysunków Filutek (lub Filuś) wypowiada się tak:
”Im mniej rzeczy traktujemy serio, tym mniej wyrządzamy zła”.

RG: Zachwyciło mnie, muszę się do tego przyznać, że właściwie już od pierwszych akapitów trzyma Pani czytelnika za łeb. Odwiedził panią pewien pisarz, zostawił maszynopis swoich wspomnień i teraz… po pierwsze już chcę tę historię podglądać, ale chcę też odkrywać co jest pani, a co nie pani. Może troszkę z tej tajemnicy pani odsłoni?
Mam też poczucie, że trochę gra pani z własną biografią. Lubi pani grać i mistyfikować?

AHJ: To prawda, gram z własną biografią, ale mistyfikować nie lubię. Moje chroniczne poczucie winy każe mi przyjmować następujące reguły pisania:
– Nie zmyślać, bo prawda jest ciekawsza.
– Obserwować i wybierać do pisania to, co − jak się wydaje − innych zainteresuje czy rozbawi.
– Pisać skrótowo − nie wolno zanudzać czytelnika i zabierać mu czas.

W Wariacjach jesiennych tylko jedna osoba jest zmyślona, ale proszę nie pytać kto, bo i tak nie powiem. Pan, w swojej książce Bądź moim Bogiem, cytuje, w epilogu, Singera:

„Historii potrzebne są postacie. Zamiast więc wymyślać je, myślę o ludziach których kiedyś spotkałem, a którzy pasowaliby do mojej opowieści. Czasem łączę dwie postacie i tworzę z nich jedną (…)”.  A w Wariacjach jesiennych jest na odwrót: czasem jedną prawdziwą osobę obdarzam  dwoma lub trzema głosami. Nie zdradzę kogo tak urządziłam,  czytelnik sam się domyśli. Ale o pewnych postaciach mogę mówić bez osłonek − ujawnić  kim są i jak zapisywałam prawdę o nich.
A więc: Karolina („Bujna”) to Anna Strońska. Choć nie wszystkie rozmowy z nią były notowane, ich klimat oddany jest wiernie.
Tomasz to Ryś Kosiński, krytyk filmowy, autor scenariusza do serialu Chłopi. Dodałam mu nieco złośliwego poczucia humoru, by nie wydał się nudny − uznałam, że musi być jakaś przyczyna dla której znakomita poetka, zwana tu Zofią, pisuje dla niego wiersze.
Nazwiska Heleny wymienić nie mogę. Powiem tylko, że to właśnie jej  proza stanowiła inspirację do napisania kawałka porno pt. „Ich miłość”. Pewnego dnia zjawił się u mnie Julek Dankowski z maszynopisem pani Heleny i poprosił: „Przeczytaj i powiedz, co o tym myślisz, bo ja się na waginach nie znam”.
A propos  Julka, którego portret mamy na okładce, cała wymiana korespondencji między nim a Anką to dokument. Zgodził się na opublikowanie żartując: „Proszę mnie gdzieś wymienić z nazwiska, pragnę być nieśmiertelny.”
Marek, sławny reżyser radiowy, to Jerzy Tuszewski i cała historia z żartem telefonicznym jest prawdziwa choć lekko podbarwiona. Okazał się nie tylko znakomitym reżyserem, ale i zdolnym poetą. Jestem mu bardzo wdzięczna, bo to on wyreżyserował i słuchowisko, i sztukę  … mój diabeł stróż. Listy o miłości − adaptację książki pisaną wraz z Anną Schiller. Tuszewski poprosił Krzysztofa Kolbergera o zagranie roli Andrzeja, Kolberger zgodził się i zagrał Andrzeja wręcz genialnie! Widziałam „dobre” i „złe” oczy Andrzeja, słyszałam jego czuły, pieszczotliwy i jego ostry, okrutny głos.
Rozmowa z Arturem Czestyńskim, w tamtych latach kierownikiem w DPT w Oborach, została nagrana − to skrót, ale wierny skrót.
Rozmowa z Adamem Bazylewiczem (tym, który walczył w I Dywizji Pancernej generała Maczka) też jest nagrane, a niektóre fragmenty − wiernie notowane. Mam też oryginał listu Sue Ryder do Adama.
Historie pozostałych dwóch bohaterów − walczącego w powstaniu warszawskim − Ola (Olgierda) i w I Dywizji im. Tadusza Kościuszki − Macieja Gryca − też są prawdziwe.
Basia to ta sama Basia, której listy cytuje Andrzej Czajkowski w  …moim diable stróżu i której autentyczne listy do matki i do Witka Jedlickiego umieściłam w Wariacjach jesiennych. Historie rodzinne Basi − też prawdziwe. Syn Basi, Milan Kovacevich, został jednak rozpisany na dwa głosy: raz jest Alexem, o którego zabawnych powiedzonkach opowiada, zakochana we wnuku, Stefania, a raz  Jasiem − synem Basi, która cytuje go w listach do matki. Basia pisze też o ojcu Milana, sławnym pianiście − Stephenie Kovacevichu.

Teraz – o zabójcach.
Karol B.  cierpiący na paranoję seksualną, wysłał list do prasy, który wiernie cytuję. Natomiast bardziej skomplikowana jest sprawa z drugim zabójcą − Bartłomiejem Raczkiem.

Miałam do dyspozycji trzy tomy akt sądowych. Musiałam z nich wyłuskać skrót, który nie straciłby na  autentyczności. Mam nadzieję, że się udało.
Jest jeszcze kilka osób, o których nie wspomniałam, ale czytelnik niech sam sobie dopowie lub uzna je za zmyślone.

Najsmutniejsze jest to, że aż trzynaście osób zmarło od chwili, kiedy skończyłam pisanie tej książki − nawet trzydziestoletnia „piękna Dora” − kelnerka w Domu Pracy Twórczej.               Przedostatnią ofiarą wspomnianą w książce był Muammar Kaddafi, a ostatnią, nieodżałowany profesor Jakub Goldberg.

RG: Dlaczego …mego diabła stróża wydała pani najpierw jako Halina Sander, a kolejne książki jako Anita Halina Janowska?

AHJ: Na początku zależało mi na anonimowości i na zachowaniu tajemnicy, także w osobistych sprawach Andrzeja. Jako pseudonim wybrałam nazwisko Sandler. Pod takim pseudonimem Andrzej wysłał na konkurs w Londynie swoje opowiadanie U wróżki. Pomyślałam, że skoro nazwisko podobało mu się, a  nigdzie go nie drukowano, mogę je śmiało wykorzystać jako własny pseudonim. Niestety biograf Andrzeja, David Ferré, uprzytomnił mi, że  jest to nazwisko męża babci Andrzeja. Natychmiast poprosiłam w redakcji PIW-u, by skreślili literkę „l” i tak pozostał pseudonim „Sander”.
Męskie imiona w listach Andrzeja zastąpiłam w I wydaniu bezpłciowymi literkami. Założenie było takie, że mądry zrozumie, a głupi nie musi wiedzieć. David Ferré, w wywiadzie drukowanym w II wydaniu książki, skrytykował mnie za hipokryzję. Pamiętałam też słowa Andrzeja: „Pisać trzeba prawdę”. Tak więc w II wydaniu  … mego diabła stróża, Andrzej nie ukrywa już swego homoseksualizmu, a ja jestem Anitą Janowską.

Jednak w projekcie było wydanie III, a  dowiedziałam się, że książka Haliny Janowskiej Zabójstwa i ich sprawcy jest lekturą obowiązkową przy specjalizacji sądowej na Wydziale Psychologii UW. Postanowiłam więc, połączyć te dwie tak różne osoby i odtąd podpisuje się Anita Halina Janowska.

RG: W końcu, ile jest literatury w pani życiu?

AHJ: Literatura w życiu robi mi się sama. Tyle jest wokoło  ludzi, zdarzeń, rozmów − wystarczy wybrać i zapisać. Moje pisanie to właściwie reportaże. Czasem zdarza mi się wplątać tam własną refleksję.

RG: No, i mimo że mam jeszcze mnóstwo pytań dotyczących pani nowej książki, skoro odważyłem się zadać kilka pytań o mistyfikację, śledzę tropy, to chciałbym zapytać też przy okazji, skąd kryminologia w pani biografii, skąd takie wyszukane zbrodnie w pani książkach i co się kryje w schowku na piątym piętrze?

AHJ: Skończyłam Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Warszawie, ale równocześnie pisałam błahe opowiadanka. Filozofii uczył nas w konserwatorium Paweł Beylin, poprosiłam go o radę: „Co mam dalej studiować, żeby zmądrzeć i pisać nie tylko błahe opowiadanka?”  Na to Paweł Beylin: „Wybucha socjologia − wraca z wygnania prof. Stanisław Ossowski!”.

Pracę magisterską pisałam pod kierunkiem prof. Adama Podgóreckiego. Zaprotegował mnie do Zakładu Kryminologii PAN, do prof. Stanisława Batawii. Profesor wezwał mnie na rozmowę. Pytał o wiele spraw, a na koniec: „Ile pani ma lat, koleżanko?” „29”. „Dlaczego tak dużo?” „Tak się złożyło”. „Mam na myśli − dlaczego tak późno kończy pani studia?”. „Bo przedtem skończyłam Wyższą Szkołę Muzyczną − wydział fortepianu”. Profesor wstał: „My artystów w Polskiej Akademii Nauk nie potrzebujemy. Do widzenia koleżanko”. I wyciągnął rękę, a ja uścisnęłam ją mocno, ze złością, z całej siły. Kiedy szłam w stronę drzwi, rzucił za mną: „Proszę jutro zadzwonić do sekretariatu. Dam ostateczną odpowiedź”. Zadzwoniłam i usłyszałam: „Dostała pani etat w Zakładzie Kryminologii Polskiej Akademii Nauk”.
Zdumiona zapytałam profesora Podgóreckiego, co się stało, że prof. Batawia zmienił zdanie. A prof. Podgórecki wyjaśnił: „Powiedział, że masz bardzo mocny uścisk ręki, a tacy ludzie wiedzą czego chcą”.
W Zakładzie Kryminologii planowano badania nad zabójstwami w Polsce − wszystkie sprawy, w których wyroki Sądu Najwyższego zapadły w roku 1961. Było tych spraw około 300. Powierzono mi te badania. I stąd w …moim diable stróżu wzięła się wstrząsająca historia garbusa, a w Wariacjach jesiennych − dwie inne historie o zabójcach.

Tak, to prawda, wyciągi z akt sądowych do niedawna leżały w moim schowku na piątym piętrze. Ale już ich tam nie ma. Przekazałam je komuś, kto szuka materiałów do kryminalnych opowieści. Nie tylko chlebem można się dzielić − tematami także.

Myślę sobie o naszym wywiadzie i obawiam się, że Pana  zniechęciłam. Bo Pan − o absurdach w stylu Woody Allena w Wariacjach jesiennych , a ja − o najgłębszej prawdzie. Ale proszę posłuchać: wczoraj oglądałam dokument o Januszu Głowackim i kiedy mówiono, że jego pisanie roi się od absurdalnych pomysłów, on na to: „Bo do absurdu dochodzi się przez prawdę.” Słowem − jak  niektóre prawdy w naszym życiu odsłonić wiernie, mogą się nagle  zamienić w absurd i groteskę.

RG: Wróćmy do tematu zabójstw. Śniły się pani te zbrodnie czasem? A jeśli tak, to które?

AHJ: Śniły się, ale tylko zabójstwa popełnione z zazdrości, bo zazdrość była w moim życiu  trudnym problemem. Miałam teorię, której moi mężowie nie uznawali, mianowicie −  że można kochać równocześnie dwóch mężczyzn i  nie jest to  zdrada, ale osiągnięcie! Nie  rozumiałam zabójstw z zazdrości i prześladowały mnie w snach. Na przykład − śni mi się, że jesteśmy z mężem w kuchni, stoję tyłem do stołu, mąż mnie obejmuje, ja odwracam głowę, widzę na stole nóż, wyrywam się z objęć męża i uciekam z kuchni. No bo „przerabiałam” takie właśnie zabójstwo z zazdrości: nóż w plecach żony, którą mąż obejmuje. Albo sen o kąpieli: zepsuty zamek od łazienki, nie mogę się zamknąć. Wchodzę do wanny, spokojnie wypoczywam w śnieżnej pianie. I  nagle wkracza mąż − zanurza moją głowę w wodzie i czeka  aż się uduszę. Takie zabójstwo też pamiętałam.

RG: Robiąc badania nad zabójstwami piła pani dużo kawy? Paliła?

AHJ: Tak zgadł pan. Piłam dużo kawy i paliłam. Umiałam nawet pisać na maszynie trzymając papieros między trzecim i czwartym palcem prawej ręki (rzuciłam palenie dopiero po pierwszym zawale).

RG: Da się żyć z tymi zbrodniami w głowie? Historie nie wracają w pamięci?

AHJ: Niestety musiałam z tym żyć i układać ludzkie dramaty w tabelki z korelacjami. A korelowało się cechy społeczne i osobowościowe  sprawców i ich ofiar − z motywem zbrodni.  Niektóre historie wracają. Nie umiałam zapomnieć historii garbusa, o której pisałam w liście do Andrzeja Czajkowskiego i kilku innych zabójstw. Może jeszcze kiedyś o nich opowiem.

RG: Czy te badania pomagają cokolwiek zrozumieć?

AHJ: Pomagają. I psychologom, i socjologom, a − jak się wytłumaczy − to zrozumie każdy. Pominę tu zabójstwa popełnione przez osoby chore psychicznie, których w moich materiałach nie było − zostały uniewinnione i skierowane na leczenie.

Psychologicznie rzecz biorąc, w większości przypadków zabójcami  są  charakteropaci, psychopaci lub ludzie nie zaburzeni, ale działający pod wpływem silnych emocji. Najczęściej alkohol przyczynia się do gwałtownego pobudzenia emocji i braku zahamowań. Uderzający jest prymitywizm, brak wykształcenia badanych. Na 308 przypadków, wykształcenie średnie miał tylko jeden sprawca,  wyższe − też tylko jeden.  90% wśród zabójców stanowili mężczyźni. Ciekawe, że w zabójstwach popełnianych przez kobiety, częściej zdarzały się czyny zaplanowane − ofiarami na ogół były niechciane dzieci lub znienawidzeni mężowie

Jednak niezależnie od analizy psychologicznej, ważne są motywy zabójstw. Częstość występowania określonych motywów pozwala zrozumieć na czym ludziom najbardziej zależy. To się zmienia. Na przykład w czasach PRL-u bogactwo nie było w modzie, więc górowały motywy erotyczne i ambicjonalne, a przed wojną i obecnie − częstsze są motywy ekonomiczne, zwłaszcza rabunkowe −  zamożność nie jest już grzechem, jest cenioną wartością. Słowem − motywy zabójstw pozwalają zrozumieć, jakie wartości społeczne są w danym  czasie mniej czy bardziej ważne dla ludzi.

A poza tym, istnieje problem podkultury agresji. Po wojnie na Ziemiach Odzyskanych współczynnik zabójstw był tak wysoki, jak we wschodniej Polsce, gdzie przed wojną najwyższy był  poziom analfabetyzmu i gdzie sporne  sprawy załatwiało się  przez samosądy. Ten wysoki współczynnik zabójstw „przeniesiony” został na Ziemie Odzyskane przez osiedleńców z terenów włączonych do ZSRR. Rodzaj konfliktów między przesiedlonymi widzimy w komedii  Chęcińskiego „Sami swoi” − w gwałtownych sporach o ziemię Pawlaka z Kargulem, sporach, które przenieśli z za Buga nad Odrę.

Na koniec − ciekawostka. Kiedy prowadziłam badania nad zabójstwami, gościł w Polsce wybitny kryminolog amerykański − Marvin Wolfgang. Zadał mi tylko jedno pytanie: „Jaki jest odsetek zabójców, którzy po popełnieniu zabójstwa, popełniają samobójstwo?” Odpowiedziałam: „Dziesięć procent.” A on na to: „No to wiele się dowiedziałem o Polsce”. Kiedy będąc w Londynie spisałam dane z Interpolu, okazało się, że odsetek samobójstw popełnianych po dokonaniu zabójstwa koreluje z niskim poziomem podkultury agresji, a ta − przynajmniej w Europie − z ekonomicznym poziomem rozwoju kraju. Np. w Danii w tamtym czasie, aż 30% zabójców popełniało samobójstwo.

RG: Czy mimo upływu lat i kolejnych wydań  … mego diabła stróża zrozumiała pani naturę swoich relacji z Andrzejem Czajkowskim?

AHJ: Natura moich relacji z ludźmi zdradza moje poczucie winy i niepewność siebie. Lubię spełniać oczekiwania innych. W przypadku Andrzeja było to trudne, bo jego oczekiwania były sprzeczne − chciał mieć rodzinę i nie chciał mieć rodziny, chciał dowodów uczuć i bał się uwikłana. To był nie tylko problem homoseksualizmu. Kochał gorąco swego przyjaciela Michaela („Miszę”), mieszkali razem. Michael rzucił dla Andrzeja zawód lekarza, był jego sekretarzem i kompanem. Ale harmonijne życie z drugą osobą okazało się niemożliwe. Michael uciekł od Andrzeja aż na drugi kontynent. Bał się ulec pokusie powrotu. A jednak … na prawykonaniu II  Koncertu fortepianowego Andrzeja w Albert Hall, gdzie Koncert grał Radu Lupu, Michael był obecny i Andrzej czuł, że on tam jest. To była miłość, ale Andrzej nie był stworzony do żadnego związku. Przeszkadzało mu wyobrażenie, że druga osoba może czegoś oczekiwać, pragnąć, a on tych oczekiwań nie spełni, bo nie potrafi lub nie chce. W tej obawie plątały się wręcz paranoiczne  urojenia i rodziły  poczucie winy, a w końcu − agresję. Mocno ją odczułam w czasie naszych spotkań i w listach pełnych oskarżeń, które po spotkaniach nadchodziły.

RG: Warto było dotknąć tego piekła, żeby pokazać czytelnikom jedną z najbardziej fascynujących książek non-fiction,  jakie wyszły w Polsce?

AHJ: To prawda, że pewne okresy w naszych relacjach z Andrzejem odczuwałam jako piekło − piekło odrzucenia, niezasłużonej kary i poniżenia. Usiłowałam zrozumieć, wytłumaczyć i jemu, i sobie, co złego się dzieje między nami. I w końcu przechodziliśmy przez te męczarnie  pogodzeni. Bo więcej nas łączyło niż dzieliło. A łączyła muzyka, literatura, potrzeba zwierzeń,  poczucie humoru. Wystarczy.

RG: Czy redagując nowe wydanie weszła pani znów w sam środek tej wirówki?

AHJ: Niezupełnie. Byłam już świadoma przyczyn naszych konfliktów. W nowym, III wydaniu  … mego diabla stróża dodałam dwa opowiadania: „U wróżki”, które napisał Andrzej i moje: „Dziwna śmierć Amadeusza”. Bardzo nas te opowiadania demaskują Andrzeja − jego paranoiczną podejrzliwość wobec kobiet, które używają podstępu, by go zdobyć, „ukraść mu duszę”. Mnie demaskuje, w moim opowiadaniu, karykaturalnie postrzegana jaźń odzwierciedlona, czyli przekonanie, że wszyscy mnie obserwują, oceniają i potępiają. Obydwa opowiadania są ważne dla zrozumienia nas samych i wzajemnych relacji.

RG: Czy ma pani czułość dla Andrzeja Czajkowskiego?

AHJ: Czułość nie jest tu właściwym słowem. Mam wielki podziw dla jego talentu, dla jego twórczości i ogromne współczucie dla tragicznego losu jaki był mu dany − począwszy od utraty matki, ukrywania się w szafie po wyjściu z getta, skończywszy na ostatnich miesiącach życia, kiedy śmiertelnie chory na nowotwór, po zastrzykach znieczulających  − chodził na próby i koncertował. A w ostatnich tygodniach życia, w oxfordzkim szpitalu, kończył instrumentację opery Kupiec wenecki .

RG: Dlaczego wybrał tę właśnie sztukę Szekspira jako temat jedynej opery jaką napisał?

AHJ: Zastanawiałam się nad tym i pomyślałam, że poruszył go temat Shylocka, poniżanego Żyda. Właśnie poniżanego a nie zabijanego. Często powtarzał , że lęk przed poniżeniem jest w jego życiu sprawą ważną i bolesną. Że poniżenie to jest to, czego zawsze najbardziej się  bał i najbardziej boi. Pamiętał Monikę, która go ukrywała w szafie, pamiętał jak krzyczała na niego: „Ty żydowski śmieciuchu!” No a później babcię dającą mu dobre rady, by nie zdradzał się ze swoim homoseksualizmem,  bo „nie będzie ci łatwo w życiu”−  powtarzała.

RG: Jak pani myśli, dlaczego przekazał swoją czaszkę teatrowi szekspirowskiemu?

AHJ: Myślę, że z wielu powodów. Wielbił Szekspira. Chciał przetrwać w sztuce. Lubił szokować. Może też przeczuł, że ten oryginalny pomysł może kogoś zainteresować na tyle, by  popularyzował jego sztukę. I tak się stało. Bo po śmierci Andrzeja notka w prasie o czaszce zapisanej dla Royal Shakespeare Company zainteresowała amerykańskiego inżyniera i dziennikarza Davida Ferrégo. Pół życia poświęcił propagowaniu sztuki Andrzeja. Przeprowadził ponad dziewięćdziesiąt wywiadów z osobami, które przyjaźniły się z Andrzejem lub z nim współpracowały, napisał jego biografię (The Other Tchaikowsky), stworzył pełną muzyki, zdjęć i tekstów, stronę internetową Andrzeja (http://Andretchaikowsky.com).

RG: Dlaczego czaszka miała należeć do błazna królewskiego Yoricka?

AHJ: Bo – jak czytamy w Hamlecie: „był on niewyczerpanym źródłem żartów, a fantazja  go roznosiła”. Dokładnie tak, jak  Andrzeja − jego dowcip był niezrównany! Błagano go, by uczestniczył w spotkaniach towarzyskich − wszystkich potrafił rozbawić.

RG: Był dla siebie wrogiem?

AHJ: Tak, był dla siebie wrogiem, jak to bywa u ludzi depresyjnych. Ich agresja rani nie tylko innych, ale godzi też w nich samych.

RG: Czym panią najbardziej dotknął, czy jest coś, czego nie umie mu pani wybaczyć?

AHJ:  Najbardziej zranił mnie zrywającym listem z marca 1962 roku. Zanim dostałam ten list   pisałam do niego, że  jego  zaproszenie na spotkanie  w Szwecji przyjmę pod jednym warunkiem  − chcę mieć jego dziecko. Jeśli mąż mnie porzuci − trudno. Wszystko stawiam na jedną kartę. Sprawa dziecka jest dla mnie najważniejsza!  Andrzej odmówił. Napisał,  że dziecko z nieobecnym ojcem i niepoczytalną matką nie mogłoby  być szczęśliwe. Że nie zobaczymy się nigdy już i nigdzie, że jest to ostatni list jaki do mnie pisze, bo wie, że jeśli moje małżeństwo  jest nieudane, to dlatego, że właśnie on je od lat niszczy.

Pamiętam, jak poszłam z tym listem do Witka Jedlickiego,  serdecznego przyjaciela. Pokazałam mu list. I bezwstydnie, przy nim, rozszlochałam się głośno, wprost krzyczałam z  rozpaczy.

RG: Czy teraz, kiedy Andrzeja już nie ma, czasem ma pani ochotą go przytulić?

AHJ: Gdybym miała go przytulić to tak, jak to nasze nienarodzone dziecko − jak kochająca, czuła matka.

RG: Czy jest pani „diabłem stróżem”?

AHJ: Nigdy nim nie był. To Andrzej pisał: „Jak wiesz, Rimbaud to mój diabeł stróż”. To było podobieństwo osobistych  problemów, życiowych dramatów  dwóch niezwykłych ludzi.  Ja do takich porównań nie dorosłam. Tytułując książkę miałam na myśli Rimbauda, ukochanego poetę Andrzeja, a nie siebie.

RG: A może z czasem Andrzej stał się  pani „aniołem stróżem”?

AHJ: Chyba tak. Bo jakoś mnie chroni. Jeszcze ciągle żyję −  mimo jedenastu przebytych operacji, mimo choroby gruźliczej, choroby nowotworowej i dwóch zawałów serca. Taki anioł stróż zobowiązuje − starałam się i staram  robić co mogę, by o nim pamiętano, by doceniano jego sztukę.

RG: Często pani z nim rozmawia?

AHJ: Nie, nigdy nie rozmawiam. Ale może powinnam − tak jak Hania Krall w opowiadaniu Hamlet − zwracać się wprost do Andrzeja? Powiedzieć mu prawdę? A więc dobrze, powiem: „Śnisz mi się często, Andrzejku. Bardzo za tobą tęsknię.”

Anita Halina Janowska, autorka książek, m.in. „Mój diabeł stróż”, „Krzyżówka”, Wariacje jesienne” (wszystkie ukazały się ostatnio nakładem WAB).

*

KSIĄŻKI, KTÓRE WCIĄGAJĄ

(przygotowane na spotkanie z uczniami Liceum im. Czackiego w Warszawie)

To nie jest lista najważniejszych dla mnie książek. Ale to lista tych książek, od których nie można się oderwać, które odsłaniają pęknięcia i okaleczenia, które pokazują świat i ludzi od podszewki, które pozwalają rozumieć, a niektóre z nich potrafią leczyć. Kolejność dowolna.

„Gorący oddech pustyni” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego – opowiadania z lat 1993-95, pisarz przygląda się temu, co w człowieku mroczne. Mistrzowskie opowiadania, od których nie można się uwolnić. Moje ulubione to „Portret wenecki” – historia kopistki obrazów, która czeka na syna; a także „Hamlet piemoncki” – o matce, które oskarża syna o zabójstwo jej drugiego męża.

„Król Lear nie żyje” Marii Bojarskiej – wywrotowa biografia wielkiego aktora Tadeusza Łomnickiego, napisana przez żonę, która bynajmniej nie wystawia artyście pomnika, a pokazuje go w wielu uwikłaniach – artystycznym, politycznym, ale też w niewoli własnej wielkości. Książka, po której o teatrze i artystach nie można myśleć ani obojętnie ani pobłażliwie. Kij w mrowisko.

„Dziennik 1915-1941” Virginii Woolf – charyzmatyczna i wyzwolona pisarka w pancerzu własnych obsesji, słabości i zachwytów. Niewiele tak zmysłowych dzienników czytałem, a sposobu portretowania ludzi można naprawdę zazdrościć – jednym, dwoma zdaniami Woolf potrafi precyzyjnie kogoś scharakteryzować, nie tylko go opisać ale i wrzucić w naszą pamięć.

„Co u pana słychać” Krzysztofa Kąkolewskiego – wybitny, ale już dzisiaj zapomniany reporter wyrusza w poszukiwaniu nazistów. Staje przed nimi i zadaje im jedno, tytułowe pytanie. Wstrząsająca książka o rodzeniu się zła, o jego konsekwencjach i odpowiedzialności, jakiej często się za zło nie ponosi.

„My z Jedwabnego” Anny Bikont – książka nie dość doceniona. Autorka, reporterka „Gazety Wyborczej” wyrusza do Jedwabnego i próbuje zrozumieć, dlaczego sąsiedzi sąsiadom zgotowali taki los. Opowiada o ofiarach i ich oprawcach. Nie jest w stanie zanocować w Jedwabnem, często, nawet późną nocą, w ulewnym deszczu powraca do Warszawy, żeby na chwilę uciec od ludzi, ich emocji i przekonań.

„Pasja życia” Irvinga Stone’a – czytałem w liceum, nie wiem, jak dzisiaj odebrałbym tę książkę, ale wtedy całkowicie wpadłem w tę opowieść o Vincencie van Goghu, malowałem i biedowałem z nim, kochałem go każdym fragmentem swojej duszy, zakochałem się w jego malarstwie i chciałem być artystą.

„Dziennik” Julii Hartwig – nic na to nie poradzę, że uwielbiam dzienniki, a Julia Hartwig jest jedną z moich ukochanych poetek. Razem z nią spaceruję ulicami Paryża i Nowego Jorku. Julia Hartwig opowiada o ludziach, których poznała, dzisiaj dla nas często już legendarnych. To książka o prawdziwym sensie życia i sensie tworzenia. O tym, że warto iść swoją drogą i żyć naprawdę po swojemu.

„List do Ojca” Jerzego Wójcika i Grzegorza Piechoty (opracowanie) – książka dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, którzy zorganizowali wśród czytelników akcję pisania listów do ojców. W gruncie rzeczy wstrząsający portret nieobecności ojców w życiu synów. Ta książka pozwoliła mi wiele zrozumieć. Ten projekt to nawiązanie do ważnej książki Franza Kafki „List do Ojca”, w gruncie rzeczy chyba pierwszej psychoanalitycznej książki w ogóle.

„Rozmyślania przy makijażu” Marii Kornatowskiej – czytam zawsze, kiedy chcę się oderwać od rzeczywistości. Osobista opowieść o Nowym Jorku. Kornatowska pokazuje miejsca i ludzi, prowadzi swoimi szlakami, opowiada o historii kina i teatru, ta książka to niezwykła afirmacja życia i świata. Maria Kornatowska zmarła niedawno, nie decydując się na leczenie nowotworu. Chciała odejść w momencie, w którym nic nie zachwiało jeszcze jej miłości do życia i do świata.

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen – autobiograficzna powieść niezwykłej autorki, nieśmiertelna opowieść o budowaniu swojego świata gdzie indziej, o tęsknocie, potrzebie miłości, niezależności i uzależnieniu, o Afryce i lwach, które stają się symbolem. Bezsenne noce gwarantowane na tej przytulnej farmie na upalnym wzgórzu, skąd dostrzec można plantację kawy. Do kompletu dołączyłbym dwa opowiadania Blixen „Uczta Babette” i „Burza” – o życiu i o sztuce życia.