Zielone oczy Madame

Zyta Oryszyn i Edward Stachura

Nie znałem pisarstwa Zyty Oryszyn, wiedziałem, że była żoną Edwarda Stachury, że jest tłumaczką i dziennikarką. Kilka tygodni temu trafiłem na nowy cykl książek „Kanon literatury podziemnej”, między innymi tytułami znalazłem złożony z dwóch mini-powieści zbiór Zyty Oryszyn „Madame Frankenstein. Czarna iluminacja”. Dzisiaj, w wielkanocny poranek, skończyłem czytać tę pierwszą i od razu chciałbym się do niej odnieść. „Madame Frankenstein” powstała w styczniu 1980 roku, ukazała się po raz pierwszy w podziemiu w 1984. Bohaterką jest młoda kobieta, która wyrosła w przedziwnej, zakłamanej i zastraszonej rzeczywistości, urodziła się w trudnej do zabliźnienia ranie, ale obserwujemy ją jak kogoś stąd i nie stąd zarazem. Dla mnie fascynujące jest to, jak ratuje się językiem, słowami, opisywaniem świata. I chyba, a piszę to krótko po zamknięciu książki, język i opisywanie świata są głównymi bohaterami tej powieści. Gdyby Dorota Masłowska urodziła się wcześniej, gdyby stawała się pisarką w rzeczywistości PRL-owskiej, w tej chwili przedświtu, w zaduchu, a jednak w nadziei na wybicie szyb i wpuszczenie tlenu, przecież za chwilę, po napisaniu „Madame Frankenstein” świat, również świat znaczeń, zaczną się walić, zapewne napisałaby taką książkę. Wgryza się w podobny sposób w swoją rzeczywistość, jak przed laty Oryszyn, podobnie ją określa znaczeniami, podobnie kreuje jej opis.

Bohaterka „Madame Frankenstein” tkwiąc tak mocno w zabłoconej bruździe świata, jest kimś spoza, kto inaczej widzi, inaczej czuje i inaczej oddycha. To spoza to znaczy ze świata przed pęknięciem, przed wessaniem go, przed grabieżą jego emocji i myśli. Mówi językiem intuicyjnym, wolnym, bogatym, wieloznacznym, rytmicznym, poetyckim, oddychającym. Mówi tak, jakby się tańczyło, jakkolwiek dziwny i nieporadny mógłby być ten taniec. Bliskie to jest – tak czuję – na przykład „Białej bluzce” Agnieszki Osieckiej, chociaż obie bohaterki są wolne inną wolnością. To, co w ich wolności wspólne, to język, który wyrywa się z wolnej duszy. Nawet, gdyby kłamał.

Wspomniałem o skojarzeniu z Dorotą Masłowską. Czy Masłowska nie mogłaby być autorką tego akapitu (dotyczy Krystyny, siostry głównej bohaterki):

Tylko dwa razy udało się jej tak na dobre zadomowić za tymi granicami. Raz na plantacji kawowej – co to za zachwycająca rzecz, taka plantacja kawowa, cała sztyletowozielona, cała w kroplach krwi, a ta krew, to właśnie ziarenka kawy.

A drugi raz na plantacji bananowej – zupełnie jakby się wchodziło w sam środek chleba. Właściwie nie wiadomo, dlaczego w środek i to chleba: plantacja bananowa to przecież turkus liści i spalona ochra owoców i wiatr w rozcapierzonych turkusach, wiatr szalony, przerywany, jak oddech gonionego przez milicję człowieka.

Ale mimo wszystko plantacja bananowa to środek chleba, mimo że jej drugi narzeczony powiedział, że drzewa bananowe to porno przyrody i ona musiała w niego cisnąć filiżanką meksykańskiej kawy. Wcale nie było jej szkoda tej kawy. Taka sama lura, jak amerykańska. Dużo tego i na dodatek podaje się jeszcze do tego wodę z lodem, całe szczęście, że osobno lura, a osobno woda z tym lodem.

Mnie urzekły najbardziej trzy akapity:

Bywają na tym świecie powietrza szalone, chore z urodzenia, falujące, drgające, pełne majaków, fatamorganowatych miast, odwróconych do góry kilem statków, galopujących stepów, powietrza gorączkujące, wobec których gorączka i szaleństwa człowieka są tylko słabą repliką umysłowej choroby przestrzeni.

Tutaj, w chłodnym, rozsądnym, pełnym respektu dla siebie powietrzu północy, powietrzu z kindersztubą, w dobrze wychowanej przestrzeni, w której wymyślono szpital psychiatryczny, dowód osobisty, pięć dowodów na istnienie Boga i milicyjną pałkę, po którym mogą się rozlec syreny karetek pogotowia albo milicyjne.

Zgięta wpół pod latarnią, pochylona nad koszem do śmieci, czekałam, poskręcana jak konar gruszy, na znak zagłady. Lekki śnieg skrzypiał, ziemia i niebo oddalały się od siebie. Kiedy usłyszałam warkot samochodu, pomyślałam: ten wóz, to radiowóz, ucieknę, pomyślałam, nie dam rady, pomyślalam. I oparłam się o latarnię w oczekiwaniu spokojnym i takim, jakbym miała za wiele czasu, jakbym sobie leżała na plaży, jakbym pomiędzy jedną leniwą chmurą a leniwą drugą leniwie czekała na promienie słońca.

Właściwie ze swojej opowieści czyni jej bohaterka, również Zyta Oryszyn, omal biblijną przypowieść o raju utraconym, o umieraniu języka i rodzeniu się na nowo, gorzka a mimo to pełna nadziei jest ta powieść. 

Nie znalazłam słowa, które zmieniłoby ziemię jałową w życiodajną zieleń, na razie znalazłam tylko zieleń w oczach z granatową plamką, i one do mnie wrócą, a jeżeli nie, to zanim mi przyjdzie umrzeć bez niego, kiedy zrozumiem, że przed śmiercią zielone może być już dla mnie tylko niebo, a granatową plamką wieczności tylko chmura na horyzoncie, poszukam śmiercionośnych słów dla tych, którzy to sprawili, dla tych dla niepoznaki spowitych w czerwone flagi, spotwornieję w Madam Frankensztajn; żeby nią być, niekoniecznie trzeba wrastać w śmietniki, można sobie żyć cichutko w normalnym mieszkaniu, w normalnym obozie dla zdrowych umysłowo.

Na razie zieleń w oczach.

Piękna, hipnotyzująca opowieść o odrodzeniu, może właśnie na Wielkanoc. Dobrego drugiego dnia Świąt.

 (Zyta Oryszyn, „Madame Frankenstein. Czarna iluminacja”, Bellona i Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2009)