Książka

Szuflada, a właściwie wiele szuflad. Telefon. Maszynka do włosów. Ekspres do kawy. Zeszyt. Obrączka. Klucze, a właściwie setki kluczy. Znak, chociaż nie do końca wiadomo jaki. Okulary. Paczki od przyjaciółki z Paryża, a w nich na przykład dwa niewielkie garnki z pokrywkami. Jeszcze fifka do papierosów. No i na końcu przedmiot, który nie zostanie opisany. I właściwie całe życie, a nawet można powiedzieć losy całej rodziny opisane przez Mikołaja Łozińskiego w „Książce”. Na poprzednim blogu pisałem szerzej o jego powieści „Reisefieber”, za którą dostał Nagrodę Kościelskich, Nagrodę Fundacji Kultury i nominację do Nike. Dlatego tak bardzo czekałem  na jego nową powieść. Byłem ciekawy, w którą stronę pójdzie, co i jak opowie.

Mikołaj Łoziński zaskoczył mnie po raz drugi. Napisał książkę, która właściwie nie przypomina poprzedniej. Jest oszczędniejsza w słowach, tak naprawdę nie ma w niej słów niepotrzebnych, jest precyzyjna jak szwajcarski zegarek, skomponowana jak utwór muzyczny, ma swój rytm, i chyba, piszę chyba, bo nie jestem tego pewny, pozbawiona jest emocji i właśnie przez to jest tak mocna, uderzająca. Sprawia wrażenie autobiograficznej historii pisarza, który na podstawie przedmiotów, również tych, których już nie ma, a które pozostały w pamięci, próbuje rekonstruować historię rodziny, nie pozbawiając jej jednak szerszego kontekstu, rodziny pokazanej na tle (nawet pozornie bardzo dalekim tle) sytuacji politycznej kraju. Śmierć Stalina, rok 1968, później Solidarność i strajki, zmiana ustroju dostają się do tej rodzinnej opowieści w strzępkach wspomnień. Są niejako zasygnalizowane. Korespondencja babki pisarza z jej paryską przyjaciółką snuje się swoim rytmem, od paczki do paczki, od 16 grudnia 1969 („Wciąż mi brakuje przyjaciół, którzy musieli wyjechać rok temu”) do 23 grudnia 1985 roku, od strony 141 do 160, czyli zaledwie 19 stron pozornie nieważnych spraw i powracające jak refren zdania o tym, że babka pisarza znowu nie przyjedzie do Paryża, że na wakacje, jak co roku wybiera się do Konstancina, bo to blisko Warszawy. Mogę tylko zazdrościć Łozińskiemu, że na tych 19 stronach opowiedział aż tyle, pozornie niewiele opowiadając. Korespondencję babki kończy list napisany na maszynie, z odręcznym dopiskiem: „Synku, przepraszam cię, że nie wyrzuciłam śmieci”.

Łoziński rozmawia z bratem, z rodzicami, próbuje wyłuskać jak najwięcej szczegółów. Opowiada o tym, o czym proszą, by nie opowiadał. Przywraca życie przedmiotom, które chcieliby zapomnieć. Mnie w tej powieści najbardziej uderzyły dwa rozdziały – ten o kluczach dziadka, setkach jego kluczy i ten o listach babki. Uderza mnie też, jak wiele można opowiedzieć za pomocą przedmiotów, nawet tych, które przestały istnieć. Uderza mnie też ta rozrzucona kartoteka, żeby pójść za Różewiczem, i nie jest to porównanie na wyrost, bo Mikołaj Łoziński tą poetycką, chociaż powieściową „Książką” właściwie bardzo bliski jest Różewiczowi. Zawsze fragment. Rytm. Sucha opowieść przedstawiona faktami, wers za wersem, zdanie za zdaniem. Opowieść wybiegająca w przyszłość i wracająca do przeszłości. I wszystkie te czasy dzieją się równocześnie zapełniając „Książkę”. Zamyka rodzinny los między okładkami, zresztą genialnie zaprojektowanymi przez Przemka Dębowskiego (tego od rozpoznawalnych okładek wydawnictwa Karakter). Wszystko jest w tej książce doskonałe, również układ typograficzny Anny Ciepieli.

Aż chciałoby się sięgnąć po resztki pozostałe z rodzinnej historii, ocalałe z pożarów i wyrwane pamięci, i próbować skonstruować własną Książkę. Bo czym innym jesteśmy jeżeli nie pamięcią i słowem.

(Mikołaj Łoziński „Książka”, Wydawnictwo Literackie 2011)