Odwracać drzewa słojami

Kot Tutka owija się wokół zielonej doniczki z przebiśniegami i zasypia. Ta doniczka na parapecie to teraz jej wiosenny ogród. A mnie mija tak zwany rok Chrystusowy, i coś w tej symbolice musi być, bo to był dotąd mój najtrudniejszy rok w życiu. Ilość problemów na metr kwadratowy niewyobrażalna. Zmiana adresu, problemy ze zdrowiem, koniec dyrekcji Macieja Kowalewskiego w Teatrze Na Woli, i różne mniejsze, większe albo całkiem średnie. Wszystko zaczęło się mniej więcej w kwietniu, zintensyfikowało w maju i tak trwa sobie do dzisiaj. Czekam, żeby zamknąć ten rok pozytywnym bilansem a wszystkie negatywne doświadczenia zamienić w pozytywy. Pracuję nad tym. Nie jest łatwo, ale nad tym pracuję. Ola mówi, że karmicznie tak dużo mnie spotkało negatywnych doświadczeń, że już do końca życia mogę dzieciom kraść cukierki. No, jest to cudna perspektywa i najważniejsze, żeby tylko cudów doświadczyć. Może powinienem dać ogłoszenie: cuda skupuję. Na razie uciekam w książki albo tutaj, do bloga, bo to jest mój teren pod ochroną, okopuję się słowami, mieszkam sobie tutaj jak w babce z piasku i jakbym się postarał to może usłyszałbym szum morskiej fali, oby mnie tylko nie zmiotła. Rok mija, ja sobie spokojniutko siwieję, na co czekałem całe życie dodając sobie lat, coraz mniej rozumiem z rzeczywistości. Rozśmieszyła mnie Marta, która opowiadała mi historię jak pewien jej przyjaciel ksiądz i poeta w jednym wspomniał jej, że zmarł ich wspólny znajomy, też poeta. Marta zlęknięta zapytała, skąd wie, a ksiądz, że go własnoręcznie pochował. Jednak to Marcie nie dało i zaczęła dzwonić do znajomych, którzy też zaczęli się tym faktem przejmować, dzwonić do innych znajomych aż telefon zadzwonił w domu córki zmarłego poety, pana L., która powiedziała, że on wcale nie umarł, tylko jest w szpitalu. Na co Marta napisała do księdza-poety, że nie mógł pochować L. własnoręcznie, bo on żyje, na co ksiądz-poeta odpowiedział jej: „Doprawdy?”. I Marta mówi na koniec tej historii: „No widzisz, wszyscy umierają, nawet L., który żyje”. I mnie ta jej puenta rozczuliła. Nic nie jest takie ostateczne jednak.

Dzisiaj mam ochotę sięgnąć ponownie po „Fale” Virginii Woolf, pozycję w mojej bibliotece ważną. A ponieważ powiedziałem Marcinowi Orlińskiemu, że jego tomik wierszy „Parada drezyn” ma podobną energię do „Fal”, dzisiaj jeszcze jeden wiersz z tej książki:

MARCIN ORLIŃSKI

ODCHYLENIA

Pierwsze zdanie wypowiadasz szeptem:

postrzępiona linia tam w dole

to krawędź lasu. Przy drugim –

światło odbija się i załamuje: jeżeli liść mięty zostawia

we wnętrzu dłoni ślad, to musi być lato, popołudnie

pochyłe i suche jak skóra jaszczurki. Dziecko

biegnie po torach rozwartymi ramionami (ile

nasion w powietrzu, ile światła!). Ale chyba nie chce

być ptakiem. Pragnie mieć kadłub z żelaza i drucianą

sierść. Wiedzę je dobrze, zbliża się do mnie i jest

coraz mniejsze. A kiedy przystaje, by z przydrożnej gałęzi

zerwać świat, świat się odchyla. Więc siada na nasypie

i przytula twarz do rozżarzonej szyny. A ja pozostaję

na zewnątrz – po stronie morza. I tylko

wyszarpuję z jego brzucha gniazda szerszeni,

odwracam drzewa słojami na zewnątrz, tnę

papier.

Do zobaczenia w gniazdach, synu,

trzymaj się, trzymaj się obręczy.

(Biblioteka Arterii, Łódź 2010)

*

Kanon na nowy blog, odcinek 48

Coś wyjątkowego z Łodzi. Dzisiaj wspaniały duet. O swoich najważniejszych książkach opowiadają Małgorzata Burzyńska-Keller, reżyserka, scenarzystka, propagatorka filmów jidysz, dziennikarka i jej mąż, rabin Symcha Keller, Przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Łodzi.

Małgorzata: Jakie książki? Jakie najważniejsze… Bardzo ich wiele! Mnóstwo. Każda z nich wyznaczała albo puentowała jakiś moment w moim życiu. Jak teraz odnaleźć się w szczególnej sytuacji „selekcji”? Oczywiście świadomie użyłam tego wyrazu.  Nie wyobrażam sobie siebie bez tych książek. Nie wymieniłam bardzo wielu autorów i tytułów. Kryterium: „za co” są dla mnie ważne. Oto ich kilka:

Tanya –  Księga, którą zawsze mam we własnej przestrzeni, którą zabieram w podróże od lat dwudziestu – za stanowczość tekstu, który swoim ładunkiem treści niesie konieczność przyjęcia radykalnej postawy w życiu, za precyzję w szczególnej czynności wartościowania moralnego, za uświadomienie przez jej treść siebie „tu i teraz” w życiu i za pomoc w odreagowaniu złych przeżyć tych dziecięcych, marcowych.

Thomas Mann – za apologie stanów „inności”, za postrzeganie stanu choroby jako stanu wybranego.

Biesy Dostojewskiego – za rozedrganie, rewolucyjność i „sianie zamętu”. Za szaleństwo. Za Stiepana Trofimowicza wzruszającą, infantylną niekompatybilność wyobrażeń i rzeczywistości, za świętą cierpliwość Barbary Pietrowny. Za uświadomienie mi, że zawsze istnieje możliwość eksplozji podłości w dawce śmiertelnej.

Wojciech Kossak „Listy zebrane do żony i przyjaciół” – Dwa tomy pełne miłości do życia, sztuki, pracy, kobiet. Za soczystość postrzegania wszystkiego co dookoła – „zza sztalug”, za wspaniałe pióro, poczucie humoru, znajdowanie się w każdej sytuacji z dziś niespotykaną klasą i za pobrzękujący ciepło „antysemityzm teoretyczny” nieprzekładający się absolutnie na życie Wojciecha Kossaka. Życie postrzegane jako patera z najwyborniejszymi owocami, tylko się nimi delektować, a ze czasami trafi się coś twardego? – Nie przejmować się tym zanadto!

Bruno Schulz – za labirynt, mroczne i kwieciste podróże w czasoprzestrzeni, możliwość „bycia” w wydarzeniach, napisanych sytuacjach. Za wehikuł czasu, w który zawsze wsiąść można.

Franz Kafka „Proces” – Za klimat namalowany piórem, za „poczucie nieuchronności” i za strach przed tym.

Izaak Babel –  Jubiler słowa i fraz niepokonany. Minimum słów, maksimum treści. Mam jego opowiadania i „Zmierzch w oryginale, przywiozłam z Odessy. Rozmawiałam kiedyś z prof. Pomianowskim i powiedziałam mu, że zwyczajnie źle przetłumaczył jedno słowo w „Zmierzchu”, ważne słowo i chwila to była straszliwa dla profesora i… dla mnie. Ale to ja mam rację !

Wiera Gran „Sztafeta oszczerców” –  za potrzebę niezłomności w walce o własną godność – do końca.

Tadeusz Kantor – „Lekcje mediolańskie” – za szaleństwo, niezłomność wobec sztuki, za reprezentowanie postawy totalnej, wizjonerstwo, za ideę wzruszenia i jednocześnie precyzję w konstruowaniu obrazów wywołujących ten bardzo, bardzo ważny stan w sztuce.

Rabbi Nachman z Bracławia – za zapalenie w moich myślach światła dającego siłę w najciemniejszych tunelach życia.

Symcha Keller: Wybór pięciu książek to bardzo karkołomne dla mnie zadanie. Zostałem do tego niejako „zmuszony” przez najbliższą mi Osobę. Przeczytanie ich było dla mnie bardzo specjalnym spotkaniem, które zostawiło ślad, tego typu spotkań się nie zapomina. A więc wybiórczo ale chronologicznie:

„W poszukiwaniu straconego czasu” Marcel Proust –  lektura „młodości”. Materializowanie słów w obrazy, smaki, zapachy, niezwykle sensualne doznanie tekstu.

Herman Hesse – „Wilk stepowy – bez komentarza

Jung – wszystko, co pod ręką, a zaczęło się moje spotkanie od książki „Archetypy i symbole”. Książka-inspiracja do poszukiwania istoty i źródeł.

Rabbi ben Ish Haj „Hallahot” – ezoteryczny komentarz do Tory. W oparciu o praktyczną kabałę z nieprawdopodobną precyzją w mistyczny sposób określa prawo religijne, niezwykłe studium istoty Tory.

Rabbi Nachman z Bracławia – wszystkie dzieła, a szczególnie „Likutej maharan”. Judaizm w pełni zanurzony w mistyce ludowej, wręcz „ekologiczny”. Ekstatyczne poszukiwanie drogi idealnej dla człowieka, pełnej więzi z mocą Natury. Niezwykła jasność rozumienia mechanizmów działania człowieka. Dwa cytaty: „jesteś tam, gdzie są twoje myśli, upewnij się, że twoje myśli są właśnie tam, gdzie chcesz żeby były”. „Gdy chcesz się naprawdę modlić idź w góry, zanurz się w lasy i łąki, twoja modlitwa złączy się z energią kwiatów i w pełni wypełni przestrzeń w drodze do Stwórcy świata”.

My: A gdzie Camus? Philip Dick, Maria Curie (tak!), Witkacy, Gombrowicz, Dąbrowska, Iwaszkiewicz, Balzac, Buber, Hemingway, Roth, literatura górska („Na przełęczy” Witkiewicza). Słuchaj… tyle jeszcze…