Noce i dnie

Czasem myślę, że może za dużo sobie zadań narzucam, bo tylko niepotrzebnie się później udręczam terminami, możliwościami, ograniczeniami. Z drugiej strony mam smak na życie. A życie rozumiem jako pracę nad sobą. W życiu – jak pisała Maria Dąbrowska – bywają noce i bywają dni powszednie, a czasem bywają też niedziele. Rzadziej się to zdarza niż w kalendarzu. Wczoraj w Nowym Teatrze obejrzałem fascynujący projekt „Noce i dnie” – spektakl Mikołaja Mikołajczyka przygotowany wspólnie z Zespołem Śpiewaczym Wrzos z Zakrzewa – zespołem seniorów, z udziałem Adama Ferencego i Iwony Pasińskiej. Rzecz o starości, o słabościach, chorobach, o wykorzystywaniu ludzi starych (w projekcji wideo artyści z Wrzosa mówią np. o tym, jak starzy są traktowani przez dzieci) ale przede wszystkim wołają o godność, radość, zrozumienie, wreszcie o jakąś wolność, która jest im fragment po fragmencie zabierana.

Pokazują, że świat ludzi starych wciąż może być otwarty. Chcą być potrzebni, realizować swoje pasje, uciekać od socjalnej wegetacji. Na scenie śpiewają, tańczą, żartują, mówią o sobie. Ale z każdą kolejną sceną, nawet jeśli jest wesoło, projekt Mikołajczyka uderza i daje do myślenia. Wpisuje starość tych ludzi zarówno w powieść Dąbrowskiej jak i film Jerzego Antczaka. Słyszymy monologi Barbary, oglądamy wspólną obecność (nawet kiedy nie ma miłości), starzenie się, wreszcie odchodzenie. Zarówno monologi o budzeniu się i odchodzeniu mówione przez Adama Ferencego jak i interpretacja tańcem Iwony Pasińskiej i Mikołaja Mikołajczyka budują temu spektaklowi mocną konstrukcję. Wynoszą go na poziom sztuki, w której życie – jakie by nie było – brane jest w nawias, metaforę, cudzysłów. A jednak ten rodzaj teatru nie będzie bezpieczny. Nie będziemy go sobie bezkarnie oglądać, bo oto ci, których rzecz dotyczy są na scenie, wciąż śmieją się, śpiewają, a czasem krzyczą, tak że głos więźnie w gardle. Nie tylko zresztą głos. Z każdą kolejną sceną ten spektakl coraz bardziej uderza. Jedna z najpiękniejszych to ta, w której namaszczony na Tolibowskiego Mikołajczyk wyciąga z wielkiego worka dziesiątki, może setki nenufarów, rzuca je w górę, opadają pokrywając omal całą scenę. A na scenie, na swoich krzesełkach siedzą artyści-seniorzy z Wrzosa i jeszcze dużo nam powiedzą. Nagle podchodzą do publiczności trzymając fotografie rodzinne, fotografie z młodości, fotografie bliskich, którzy odeszli. Chodzą między rzędami i pokazują mówiąc, co na nich jest. Teraz ten spektakl i ta cała sprawa jest już nasza, mocno dotkliwa. Ale to nie koniec, bo za chwilę będą tańczyć. I będą prosić do tańca widzów. I już wszyscy tańczymy ratując chwile radości, te niedziele, które się czasem zdarzają, choć rzadziej niż w kalendarzu. I już coraz bardziej wyrywa się krzyk, który będzie rósł, zamieni się w ryk – nagłośniony do granic wytrzymania – zatrzęsie salą. Czułem go w kościach i pod stopami. I monologi Barbary, mówione głosem Jadwigi Barańskiej zapętlają się, urywają, zaczynają od nowa. I nenufary na scenie. I taniec. I noce i dnie. I niedziele. Przejmujące.

W nowym „Zwierciadle” moja rozmowa z Julią Hartwig, która mówi o wdzięczności. Mówi w niej m.in.:

Nie myślę, że moje życie było nieudane, czy szczególnie bolesne. Było bardzo dużo nieszczęść, ale przyjmuję to w sposób naturalny. Mam bardzo pozytywny stosunek do życia i jakbym odchodziła, to z poczuciem wdzięczności za istnienie, za możność skorzystania ze świata, bo wiele pięknego mnie spotkało. Spotkałam ludzi, którzy byli mi bliscy i życzliwi. To wielki skarb. Doceniam to. Uważam, że to, co mam, mnie się należy. Bo się o to staram, szanuję to, chcę wykonywać to, co mi zapisane. Jestem osobą pełną dobrej woli.

Bardzo lubię i są dla mnie ważne rozmowy z panią Julią Hartwig. Ta możliwość zobaczenia świata z perspektywy długiego życia, od miejsca, w którym jak napisała: „dni są liczone do końca”. Spektakl Mikołaja Mikołajczyka i zespołu „Wrzos” mówi o tym samym. Otwiera oczy na własną starość. Z tej perspektywy „niedziele” widać wyraźniej, bo więcej znaczą, a nawet bywają ratunkiem, można się ich chwycić. Zastygł czas w miejscach, gdzie „zapach żywiczny”, gdzie wciąż jest południe w górskiej oberży. Jak w tym wierszu Czesława Miłosza.

CZESŁAW MIŁOSZ

W POŁUDNIE

W górskiej oberży, wysoko, nad burzliwą zielenią kasztanów

Siedzieliśmy we trójkę za stołem obok włoskiej rodziny,

Nad sobą mając piętra sosnowych lasów.

Obok mała dziewczynka pompowała wodę ze studni.

Powietrze było wielkie, z głosem jaskółek.

Ooo śpiewało we mnie, ooo.

Jakie południe, a nie będzie innego.

Tak jak teraz, kiedy jestem przy niej i przy niej,

I spotkały się fazy minionego życia,

A wino stoi w dzbanku na obrusie w kratę.

Granitowe skały tej wyspy obmywało morze,

Świadomość dwóch kobiet i moja trwały w zjednoczeniu.

I zapach żywiczny był z nami, korsykańskiego lata.

(z tomu „Wiersze wszystkie”, Znak 2011)