Życie. Tytuł tymczasowy

Bardzo czekałem na autobiograficzną książkę Irit Amiel „Życie. Tytuł tymczasowy”, mówiła mi o niej przed rokiem w Izraelu. Znam Irit i jej książki, to jak pracuje nad ich formą, byłem ciekawy, jak opowie swoje życie. Byłem pewny, że opowie je bez patosu, bez mitologizowania, że znajdzie sposób na relację z Ocalenia, która uderzy nie prosząc o współczucie. „Życie. Tytuł tymczasowy” wyszło po cichu, w wydawnictwie Czuły Barbarzyńca Press, a – jestem pewny – będzie o tej książce głośno, będzie długo żyła, będziemy do niej wracać, będziemy się na niej uczyć – nie historii, ale właśnie siły przetrwania, która jest w człowieku wbrew jemu samemu, a także ogromnej afirmacji życia, której zazwyczaj nie dopuszczamy do głosu, nad którą nie pracujemy, jakbyśmy naprawdę nie umieli dostrzec.

Wpadłem w książkę Irit Amiel nie tylko z chęci poznania jej biografii. Wpadłem dlatego, że mówiła o mnie, o Tobie, który będziesz czytać. Mówi w niej o sobie: „Twoje pokolenie przemija i nadchodzą nowe. Czas trawi i zaciera przeszłość. Z upływam lat wszystko blednie i zmienia się w wytartą płaską kliszę”. Mówi w drugiej osobie. Stawia więc Czytelnika na swoim miejscu. Darowuje mu swoje życie nie tylko w formie opowieści o nim ale pozwala mu być sobą. Czytając trudno nie pomyśleć, co byłoby gdybym to ja był na miejscu Irit. Przez 230 stron, trzy wieczory i kilkadziesiąt lat jej życia to ja byłem Irit Amiel. To było moje życie. Z tą niesubtelną różnicą, że byłem Irit w najbardziej bezpieczny ze sposobów. Czytając w wygodnym mieszkaniu, w wolnym kraju (chociaż nadal nie wolnym od uprzedzeń i ksenofobii), tak naprawdę nie mogąc sobie przecież wyobrazić, co czuła ta piękna mała dziewczynka Irka, która wychowana w dobrym domu w Częstochowie z rodzicami musi przenieść się do getta. A potem, kiedy jest już tak beznadziejnie, że nie ma nawet słowa pozwalającego to opisać (bo w „beznadziei” wciąż tkwi „nadzieja”), jakimś nadludzkim wysiłkiem ojciec decyduje się Irkę wypchnąć z getta przez dziurę, wiedząc przecież, że to rozstanie. Ktoś ją sobie podaje, ciągnie w swoją stronę i nagle znajduje się w świecie aryjskim, w bezpieczniejszym mieszkaniu, a na miejscu dziury zanim zdąży się zorientować wisi już obraz Matki Boskiej. Ale przecież wróci jeszcze do getta. Jej tułaczka nie jest daleka od tego, co opisał Kosiński w „Malowanym ptaku”, jej samotność nie jest daleka od tego, co opisał Uri Orlev w „Wyspie na ulicy Ptasiej”. Od tej chwili, a przecież dorosła była już wcześniej, będzie zdana wyłącznie na siebie, szybko zrozumie, że ma instynkt, który pozwala przetrwać i szczęście do zbiegów okoliczności, bez których nie ma Ocalenia. Kilkakrotnie zachowuje się jak dorosła decydując się zmienić bieg wydarzeń. Mogła znaleźć się w niesławnym Hotelu Polskim, ale czuła – jakby ktoś ją stale prowadził. Takich wypadków było więcej.

Patrzy na siebie, tamtą dziewczynkę i sama nie do końca rozumie. „Jestem pełna podziwu dla ciebie” – pisze. I dalej:

„Wiele spraw, dat i miejsc już się zaciera w twojej pamięci po siedemdziesięciu latach, ale kilka jeszcze dobrze pamiętasz”. A jakie to wspomnienia?

„Od tamtej chwili mija blisko siedemdziesiąt lat, ale zawsze, stąpając po rozżarzonym, palącym stopy nadbrzeżnym piasku, nie możesz uciec przed bosymi stopami twojego ojca w niegaszonym wapnie, wysypanym zgodnie z niemiecką higieną w bydlęcym wagonie pędzącym do Treblinki”.

I to zdanie, od którego nie można się uwolnić: „Dzieciństwo to dla ciebie stracony świat”.

A jednak nie. Cała ta książka jest o tamtym świecie. Był obecny właściwie stale. Kiedy po ponaddwuletniej podróży, a trzeba by ją nazwać gehenną, trafia w końcu do Izraela (po obozie dla nielegalnych imigrantów na Cyprze, i po obozie w izraelskim Atlit), bezustannie zmaga się z tamtym światem. Kiedy przypływa do Izraela okazuje się, że nikt jej – ani innych imigrantów stąd – tutaj nie oczekuje. Pisze Irit: „Dla sabrów urodzonych już w Palestynie jesteśmy bardziej niż obcy – brzydcy, dalecy i niezrozumiali. Oni są przecież wysportowani, dobrze wykarmieni, pięknie opaleni, tańczą horę i krakowiaka, śpiewają chórem rosyjskie melodie, zgrabnie wypełnione hebrajskimi tekstami wziętych poetów. Nie mają z wami nawet wspólnego języka. Dla ich rodziców, pionierów urodzonych po większej części w polskich, rosyjskich, ukraińskich i węgierskich wioskach, sztetlach i stolicach, jesteście zbyt podobni do ich bliskich, opuszczonych w Europie, którą kiedyś zostawili, uwiedzeni syjonistyczną ideą. Niechętnie, ale otwierają swoje domy i dzielą swoje skromne życie z obcymi. Rozczarowani, że to wy, a nie ich krewni, których już nie ma, pytają podstępnie:

– No, to jak udało ci się przeżyć? Byłeś kapo? W Judenracie? A może byłaś niemiecką dziwką? – To dlaczego twoi rodzice nie przyjechali tu i nie uciekli przed niemiecką zarazą? Aaa, siedzieli sobie na sadle, na mięsnym garnku, tak jak kiedyś w Egipcie, co?

(…) W diasporze jest się Żydem, w Nowym Kraju natomiast Rumunem, Rosjaninem, Jemeńczykiem, Marokańczykiem, Polakiem, Etiopczykiem. I tak będzie zawsze”.

Ten Stary Kraj staje się mimo to bagażem, którego nie sposób się pozbyć. Jakby przylgnął gdzieś na dnie duszy i nie pozwolił się odkleić. Częstochowa, Warszawa, Pocieszna Górka… Nieszczęsny szeleszczący język dzieciństwa, którego nie można zapomnieć. Zawsze się odnajdzie głupia piosenka albo patriotyczny wiersz, albo dziecięca rymowanka. Zawsze pojawi się jakiś fragment przeszłości. Nowy Kraj, czyli Izrael zmienia tożsamość i język. Irka Librowicz staje się Irit, po mężu, który jest marokańskim Izraelczykiem i też nie zrozumie jej przeszłości, ma teraz nazwisko Amiel. Zachłannie uczy się hebrajskiego. Zresztą w myśl polityki: Hebrajczyku mów po hebrajsku. Pracuje w kibucu, to był też jej wybór, aby nie obarczać sobą rodziny w Tel Awiwie, mija czas, rodzą się dzieci, a ona jest przecież Irit Amiel. Wszystko na nowo? To dlaczego pisze nagle o narodzinach córki Dity: „Ładna, zgrabna i pewna siebie, rodzi się w innej rodzinie, gdzie jest już starszy brat, zawsze gotowy wyciągnąć do niej pomocną dłoń, chociaż sam przeżywa nielekkie dzieciństwo z matką nieraz na granicy depresji i rozpaczy, z niezagojoną blizną wczesnego sieroctwa, osmaloną drugą wojną światową”.

„Osmaleni” – to termin, który ona wymyśliła, opisując tych, którzy Ocaleli z Zagłady. „Niedopałki” – jak powiedziała mi w jednej z rozmów inna Ocalona, z podobnym życiorysem. Ale Irit Amiel o tej swojej rozpaczy i depresji pisze właściwie tylko to jedno zdanie. Na każdej z kartek tej książki walczy nie o współczucie ale o nadanie biblijnego znaczenia, jakiejś formy przypowieści biblijnej. To, co się zdarzyło to przecież była Apokalipsa. Być może czuje, że jest winna swoim bliskim ich nową obecność. Musi wymieniać ich imiona. Najbardziej wstrząsające jest to jak o nich pisze.

„Masz chyba sześć lat i bawisz się w rodzinę z siedmioletnim Luckiem w twoim różowym pokoiku. Śpiewacie sobie rymowane piosenki(…) A potem jesteś mamą, która akurat musi iść do pracy, tak jak ciocia Balbina, a Lucek tatą. On lubi się bawić lalkami, ale w domu wstydzi się swych rówieśników i tylko u ciebie może bawić się nimi do woli(…) A potem zapomnisz, porwana zabawą z Luckiem, który jeszcze nie wie, że za cztery lata pojedzie osierocony do Treblinki, żeby zadusić się na śmierć dieselowskim niemieckim gazem. Będzie stał nagi, dwunastoletni, w komorze gazowej, wśród obcych nagich ludzi z tego schronu, gdzie wcześniej bardzo kochający rodzice ukryją go, żeby uchronić przed wywózką. Ale na razie Leon i Natka, twoi rodzice, wychodzą sobie spokojnie z sypialni, oboje w szlafrokach, zarumienieni i szczęśliwi, również nieświadomi swego makabrycznego losu”.

Bo ta opowieść ma dwa czasy – życia i śmierci. Szczęścia i fatum. Te czasy nie następują po sobie, one dzieją się równolegle. Matka z ojcem wciąż wychodzą z pokoju w szlafrokach, tak samo jak wciąż nie mają najmniejszej szansy na przeżycie.

Osmalony – czego dowiaduję się z tej książki – żyje tymi dwoma czasami. One się wciąż i wciąż dzieją, zapętlają, odtwarzają.

Nawet mąż Irit, który nie rozumie, co tak naprawdę ją spotkało, bo nikt poza tymi, którzy doświadczyli nie może tego zrozumieć, żyje dwoma czasami. Bo Irit owdowiała – jej mąż ma Alzheimera, zgubił pamięć. Żyje i nie żyje równocześnie. To wciąż jej przystojny mąż, z którym łączył ją ogień, nawet w późnych latach odkrywali siebie wciąż na nowo. Ale „po tym jak Chuzy staje się kaleką, a ty wdową z umierającym powoli mężem, zrywasz niemal wszystkie kontakty towarzyskie. Chodzisz sobie po ulicach w czarnym kapeluszu i ciemnych okularach, żeby przypadkiem nikt ze znajomych cię nie poznał”.

Bo czym jest życie? Przecież to tylko tytuł tymczasowy. A tych czasów może być więcej niż dwa. I nas może być więcej. Dlatego Irit Amiel pisze o sobie, a właściwie do siebie:

„Jedna tkwi w drugiej, a wszystkie we mnie. Żadna nie jest mi obca. W każdej chwili mogę przywołać każdą Irkę. I tylko dopiero teraz, u samego schyłku mojego niespodziewanie długiego życia, mogę pisać o tobie – mnie jedenastoletniej – samotnej w tej nieistniejącej już wsi”.

Bo długo pisać nie mogła. Ale nie, ta książka nie jest jej terapią. To czuć, że nie ma takiej roli ani celu. Może to po prostu jedyne wyjście? Bo co ma zrobić Ten, który Ocalał jeśli nie ocalić tych, którzy uratować się nie mogli? Czy literatura ma siłę uwrażliwiania? Wierzę, że tak. Czy może zmienić świat? Świat zmienia się sam. „I składa się tak, że akurat w siedemdziesiątą rocznicę akcji wysiedleńczej w częstochowskim dużym getcie, kiedy zabrano twoich rodziców, a ich pradziadków do Treblinki, dwoje z twoich izraelskich wnuków ze swoim muzycznym zespołem Monti Fiori wyjeżdża do Berlina. I tam z wielkim powodzeniem zabawiają włoskim programem niemiecką młodzież. To znaczy izraelskie prawnuki twoich polsko-żydowskich rodziców zabawiają wnuków i prawnuków ich niemieckich morderców. A dlaczego ja widzę w tym rodzaj naszego zwycięstwa?”

Ale chcę tylko jeszcze dodać, że Irit Amiel opowiadając o sobie na każdej z kart zabija patos, zabija go poczuciem humoru, uśmiechem i afirmacją. Bo – jak pisze – jej „ojciec Leon, syn Szlomy, zrodzony roku 1899, nie wie, że jesienią roku 1942 wpycha w czarną szparę między pewną śmiercią a słabą szansą na życie” dwoje wnuków, sześcioro prawnuków, dwoje praprawnuków i Ją, „zrodzoną dwukrotnie”.

Moja rozmowa z Irit Amiel jest wciąż dostępna tutaj na blogu, w dziale „Kartki na kulturę”.

A sam, będąc przekonanym, że mamy do czynienia z książką wybitną, nie tylko namawiam do jej lektury, ale wręcz uważam, że jest konieczna. Co więcej możemy dzisiaj zrobić?

(Irit Amiel „Życie. Tytuł tymczasowy”, Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2014, redakcja Agnieszka Piśkiewicz)