Powroty

Próbuję wrócić. Cały ten okres – od jesieni – naznaczony chorobami bliskich, pogrzebami, przedłużającą się zimą, i całkiem banalnie – przeziębieniami, nastrojem, którego nie poprawia brak słońca, w dużej też mierze smutkiem. Tuż przed Wielkanocą pożegnaliśmy naszą przyjaciółkę i moją agentkę, Agatę Kabat. Z tego dnia w pamięci będę miał kilka zdarzeń. Pole makowe, które „zasiała” w kościele Kasia z przyjaciółkami. Agatka kochała maki i dziewczyny zrobiły ponad 250 maków z krepiny, które były wyeksponowane przy ołtarzu. A potem, już po nabożeństwie, kiedy szedłem do samochodu, żeby pojechać na cmentarz zwróciłem uwagę, że po obu stronach zaśnieżonej Puławskiej idą ludzie niosąc te maki, zabrane z kościoła, które potem towarzyszyły Agatce też na cmentarzu. Absolutnie abstrakcyjny dla postronnych widok – ostra zima, dużo śniegu, ludzie zakutani kapturami, w grubych kurtkach niosący naręcza maków.

Zapamiętam też z tego dnia niezwykłe wykonanie „Bring Him Home” – dla Agatki zaśpiewał pracujący z nią wspaniały artysta Jakub Wocial. Zapamiętam Adama mówiącego wiersz Jesienina (przecież Agata produkowała w Teatrze Ateneum spektakl Oleny Leonenko wg Jesienina w reż. Józefa Opalskiego). Zapamiętam niezwykłą piosenkę Anny German „Jesteś moją miłością” w wykonaniu Kasi Dereń. Zapamiętam… Nie, nic więcej nie napiszę. Pełen intymności ten dzień. Pełen przejęcia i wewnętrznego rozdarcia. Tylko te maki chciałem utrwalić tutaj słowem, te maki, na zaśnieżonej Puławskiej.

I przyszły święta Wielkiej Nocy, tak inne w tym roku, z powracającymi wspomnieniami, żywymi wciąż rozmowami, stop-klatkami, dziwnymi snami, zarwanymi nocami. Tuż przed świętami ostro się zaziębiłem, z całym repertuarem przynależnym przedłużającej się zimie. Kilka dni w łóżku. Brak skupienia, brak koncentracji, próba kierowania myśli w jaśniejsze strony.

A potem wyjechałem z Warszawy, żeby skupić się na pracy nad nową książką. I znów różne komplikacji i sprawy nie są takie, jakie powinny, jakie były w planach. W jakimś sensie poczucie wyrwania po tych tygodniach. Poczucie braku. Znaki, które się pojawiają. Wchodzę do wynajętego przez Wydawcę mieszkania i pierwsze, co widzę to obraz maków.

Perec (Pawełek) Hochman w swoim mieszkaniu, przy zdjęciu, na którym jest z bratem, Zankiem (zrobiłem je pod koniec 2012 roku)

Krótko przed wyjazdem wiadomość z Izraela o śmierci Pereca Hochmana, Pawełka, żydowskiego chłopca, który na Placu Trzech Krzyży w Warszawie sprzedawał zapałki i papierosy, z bratem Zankiem i innymi żydowskimi chłopcami. Dwa lata temu, kiedy byłem w Izraelu znajomi pokazali mi zdjęcie z Warszawy, zdjęcie tabliczki z napisem „Plac Trzech Krzyży”. Zapytałem, dlaczego akurat to zdjęcie. Bo ojciec ich przyjaciela tam właśnie jako chłopiec… Znałem tę historię, nie musieli jej dopowiadać. Jasne było, że chcę pana Pereca poznać. Umówiliśmy się nawet na nagranie, ale dwie godziny przed odwołał, żona trafiła akurat do szpitala. Miałem samolot tej nocy. Rok później znowu poprosiłem o rozmowę. Przyjaciele zawieźli mnie do miejscowości Herzliya, gdzie mieszkał. Poznałem jego żonę i syna. Opowiadał ze swadą warszawskiego chłopaka, który może wszystko, zresztą w czasie Powstania Warszawskiego,  w którym brał udział miał pseudonim „Cwaniak”. Mówił, rymował, żartował. Żona mówiła, że jest ciężko chory. Nagrałem tyle, ile mogłem. Zdążyłem.

Wierzę w pracę.

Więc teraz praca. Skupienie. Szukanie rytmu. Próba powrotu. Teraz trzeba się jakoś wydźwignąć, poszukać jasności. Pomogłoby słońce, ale nadal ledwo przebija się.