W poszukiwaniu Sugar Mana

Przez całe lata, kiedy obejrzałem albo przeczytałem coś niezwykłego, albo coś, co mnie poruszyło, pisałem o tym od razu, natychmiast dzieliłem się dobrą nowiną. Teraz potrzebuję więcej czasu na przemyślenie. I chcę pisać tylko o tym, co nie ucieka z głowy. Mijają dni, a wciąż jestem w czymś, co mnie poruszyło. Tak było z genialnym dokumentem Malika Bendjelloula „Sugar Man” (oryginalny, oddający temat filmu tytuł „Searching for Sugar Man”, czyli „W poszukiwaniu Sugar Mana”). Prawdziwa opowieść o życiu, w którym najważniejsze jest samo życie. O spełnieniu w niespełnieniu. O porażkach, które nie przynoszą żalu. O akceptacji, która staje się afirmacją.

Bohaterem filmu jest muzyk Sixto Rodriguez, który – zdaniem specjalistów – jest lepszym tekściarzem od Boba Dylana. Rodriguez opisuje świat wokół siebie, swoje brudne Detroit z zaniedbanymi ludźmi, opuszczonymi przez Boga. Dwoje znanych producentów muzycznych pod koniec lat 60. trafia do jakiegoś marnego klubu, gdzie Rodriguez, oryginał grający pewnie dla samego siebie, miał coś w rodzaju koncertu, grał tyłem do sali, był tajemnicą samą w sobie i może dlatego, tak bardzo chcieli mu pomóc.  Wydawało się im też, że trafili na żyłę złota. Oto, w jakimś marnym klubie jest facet, któremu wielki Bob Dylan mógłby wiązać sznurowadła. I zainwestowali w tego Rodrigueza. Pewnie bardziej barda niż rockmana, autora protest-songów. I jak mówili później, w Stanach jego płyta sprzedała się w sześciu egzemplarzach.

Tymczasem w Republice Południowej Afryki budzi się bunt młodych przeciwko apartheidowi, przeciwko ówczesnemu systemowi. Podobno jakaś Amerykanka, która miała narzeczonego w RPA przywiozła płytę Rodrigueza. Włączyła ją na jakiejś prywatce. Nagle okazało się, że Rodriguez mówi o nich, w ich imieniu, że jego pieśni to jest ich protest. Powstają kolejne pirackie, później też oficjalne edycje obu amerykańskich albumów Rodrigueza. Nikt nie wie, kim on jest. Ale trwa szaleństwo. Nie byłoby odwagi do protestu, jak mówią po latach, gdyby nie Rodriguez. W każdym intelektualnym dom jest jego płyta. W RPA jest popularniejszy od Elvisa. Jego songi są do dzisiaj doskonale znane. I nagle, lata później, ktoś chce się dowiedzieć o nim więcej. Właściwie nikt jego samego nie szuka, bo krążą dwie legendy o jego śmierci, w tym o samospaleniu na koncercie. Co jest ciekawe, że lata 60. to był przecież czas samospaleń, żeby wymienić u nas Ryszarda Siwca, czy w Pradze Jana Palacha i kolejne „pochodnie”. Rodriguez pasuje do tych protestów. Ale jak naprawdę zginął? Jeżeli coś może dać odpowiedź, to pieniądze. Przecież gdzieś musiały wędrować pieniądze ze sprzedaży jego płyt w RPA. I tu zaczynają się zwroty akcji, jak w najlepszym kryminale. Nie, nie będę opowiadał filmu. Ważniejsze zwroty akcji następują w 44 i 49 minucie. A potem już Rodriguez staje się kimś naprawdę bliskim, kimś z sąsiedztwa. Oglądamy film o wielkich marzeniach, o niespełnieniach i życiu, które najważniejsze jest w życiu. O artyście, który jest sobą nawet bez swojej sztuki. I który nie daje się zwariować. Niezwykłe to, jak działa ten film, jak uderza i chyba też oczyszcza. Gula w gardle i ciarki na ciele. To naprawdę jeden z piękniejszych filmów o sztuce, jakie widziałem. Z czystym sumieniem go polecam. Powiem więcej, bez tego filmu byłbym o coś ważnego uboższy. I ta myśl, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Tylko w życiu możliwa taka fabuła.

*

Kilka zaproszeń:

Najbliższe spotkania, w których biorę udział:
21 lutego o 19.00 w Gazecie Wyborczej – Gazeta Cafe wspólnie z Instytutem Mickiewicza – rosyjski teatr – Nikolaj Kolada, Konstantin Bogomołow, Marina Dawidowa, Agnieszka Lubomira Piotrowska
27 lutego o 18.00 – Kalisz – galeria Tarasina – promocja książki „Wolne”, prowadzi Arkadiusz Pacholski
3 marca godz. 14.00 – Teatr Żydowski w Warszawie – Agnieszka Holland: o kinie i innych rzeczach plus pokaz spektaklu Teatru TV „Dybuk” w reż. Agnieszki Holland (cykl „Bagaże kultury”)
4 marca – Gazeta Wyborcza – Gazeta Cafe – spotkanie urodzinowe pana Franciszka Pieczki