Teresa

Teresa Torańska z siostrą, foto Michał Korta, 2011

Słowa są bezradne. Bezskrzydłe. Od wiadomości o odejściu Teresy Torańskiej, przedwczoraj, jestem proszony o Jej wspomnienie, zwłaszcza w kontekście naszej rozmowy, zamieszczonej w książce „Wolne”, podobno ostatniej rozmowy, w której dosyć bezlitośnie rozlicza się Teresa z mediami. Ale też rozmowy, w której dużo mówi o sobie. O swoim dzieciństwie w Białymstoku, o rodzeniu się rasowej dziennikarki. Mówię o Teresie i nie umiem dopasować słów. Od 2 stycznia próbuję o Niej napisać. Siadam do komputera i też nie umiem. „Słowa same nie leją mi się na papier” – mówiła w naszej rozmowie. Czuję się po prostu bezradny. Wciąż nie mogę uwierzyć.

Dużą rozmowę nagrywała dzisiaj ze mną Weronika Wawrzkowicz dla Chilli Zet. Pytała mnie omal o wszystkie bohaterki książki. Kiedy mówiłem o Teresie, mówiłem w czasie teraźniejszym. 29 albo 30 grudnia późnym wieczorem Teresa zadzwoniła. Mówiła, że wciąż nie może dostawać chemii, i że konsultuje z dwoma zagranicznymi szpitalami, że zaraz po Nowym Roku ma konsultację z profesorem, na którą czekała. Czyli mówiła, że szuka rozwiązań. Były zadania. Była nadzieja. W jej głosie, jak zawsze iskrzącym, była energia. Chociaż wiedziałem, że jest bardzo chora, a ostatnio rozmawialiśmy często, albo wymienialiśmy się esemesami, nie myślałem, że to już. Teresa miała wolę walki, mimo cierpienia.

Prosiła mnie kilkakrotnie, żebym coś komuś przekazał. Chciała, abym powiedział Teresie Droździe, że jest fanką jej audycji z Andrzejem Poniedzielskim. Przekazałem. Mniej więcej dziesięć dni, może tydzień przed śmiercią zadzwoniła: „Słuchaj, czytam twoją rozmowę z Wandą Wiłkomirską, z twojej książki. Ty zupełnie o co innego pytasz niż ja. Napiszmy razem książkę o Wandzie. Będą rozmowy moje i twoje, pokażemy, jak inaczej można pytać, że można dostać inne fragmenty tej samej opowieści, inne szczegóły”. Zapalała się. Kiedy promowałem książkę „Wolne” w Gdańsku, dzwoniła i pytała, kto był i co mówiła Henryka Krzywonos, którą Teresa bardzo ceniła. Dzwoniła po audycji Hani Zielińskiej w TOK FM, której słuchała przypadkiem. Mówiła: „Wiesz, mówiłeś, że ta ulica Elektryczna w Białymstoku to był początek mnie jako reporterki, ale nie powiedziałeś najważniejszego, że Białystok był wielonarodowy, że ta wielonarodowość obudziła moją ciekawość”. Albo dzwoniła, żeby opowiedzieć o znakomitym wywiadzie Dariusza Zaborka ze Stanisławą Celińską w „Wysokich obcasach”. W tych ostatnich tygodniach wciąż była sobą, mimo wielkiego bólu. Dzieliła się swoją opinią, radością z przeczytanego dobrego tekstu, snuła plany.

Teresa od razu likwidowała dystans. Dlatego nie zdziwiło mnie we wczorajszej „Gazecie Wyborczej” zdanie: „O Teresie piszemy na s. 2”. Koleżeńskość Teresy w tym środowisku właściwie nie miała równych. A koleżeńskość to też zainteresowanie, uwaga, chęć pomocy.

Zdarzało mi się bywać w domu Teresy i Leszka. Powitanie psa. Później Teresa pytała a właściwie mówiła: „Pewnie jesteś głodny? Odgrzeję obiad”. Z jednej z ostatnich wizyt pamiętam pasztet w dużej blasze, Teresa kroiła i podawała z chrzanem. Naprzeciw budowało się osiedle. Najpierw żałowała, że wycięto krzewy, które widziała przez okno. A później mówiła: „Budują, będą sąsiedzi”. Była ich ciekawa. W ogóle Teresa była ciekawa wszystkiego. Wpadała w ludzkie historie, losy, opowieści, szła od bohatera do bohatera, od rozmowy do rozmowy, od książki do książki. Z Wołkowyska, Sulechowa, Szczecinka, Białegostoku, Warszawy. I pytała. Miała skończyć książkę o 10 kwietnia (mówiła, że brakuje jej rozmowy z Donaldem Tuskiem), napisać książkę o Julii Brystygierowej. Mówiła, że ostatnia książka, jaką napisze, będzie o ojcu.

Długo piszę te zdania. Nie umiem opowiedzieć o Teresie. Myślę o Jej mamie, z którą mieszkała, o siostrze, i o Leszku, jej mężu. Chciałbym ich teraz przytulić. Przed oczami mam ciągle scenę, jaką opowiedziała w naszej rozmowie:

Białystok. Mama i my dwie w jednym łóżku sprężynowym z siennikiem, miało miedziane gałki na oparciach, a nad nim wisiał gobelin z końmi. Mama czytająca nam książki w tym łóżku. Cudowne wieczory, najlepsze w życiu. Mama nie lubiła bajek, czytała nam dorosłe książki, na przykład Pana Tadeusza. Nic z tego nie rozumiałam, ale pamiętam, że bardzo mnie podniecała Telimena, zadawałam sobie pytania, dlaczego te mrówki, po co ona tam usiadła, po co w ogóle tam poszła? Zasypiałyśmy przy Czechowie, którego mama uwielbiała, bo dziadek czytał jej Czechowa po rosyjsku.