Noc całego życia

Więc dzieje się, ach, dzieje. Za parę dni, pewnie za tydzień wychodzi moja nowa książka pt. „Wolne” – to dwanaście rozmów o trudnej wolności. Książkę wydaje Krytyka Polityczna. Jest naprawdę pięknie opracowana graficznie, z czego się cieszę. Można ją obejrzeć tutaj:

książka Wolne

Zaczyna się więc ciekawy, promocyjny czas i w ogóle już cały przedświąteczny okres, bo przecież każdego roku Święta w Polsce rozpoczynają się szybciej, chyba już w październiku słyszałem pierwsze kolędy w Galerii Mokotów.

Dużo różnej, ciekawej pracy i dużo zdarzeń. Przedwczoraj w Teatrze Studio koncert Camane, znakomitego interpretatora fado, który zresztą wziął udział w filmie Carlosa Saury. Żałowałem tylko, że nie znam portugalskiego, a Camane raczej nie mówił o czym śpiewa. Ale i tak było to poruszające, a duet z Anną Marią Jopek wręcz miłosny. Publiczność szalała. Camane bisował, a ja sobie siedziałem na dostawce szczęśliwy, że taki prezent mi się przydarzył.

A wczoraj w Teatrze Żydowskim koncert Ani Szarmach promujący jej nową płytę „Pozytywka”. Anię znam wiele lat. Jeszcze ze szkoły, w Starogardzie. Słyszałem kilkakrotnie na koncertach, ale ten wczorajszy objawił się najdojrzalej, najpełniej, najciekawiej. Ma nie tylko ciekawą barwę głosu, ale też ogromne możliwości interpretacyjne. Właściwie każdy utwór, a zdarzało się, że również jego fragmenty śpiewała inaczej. Od lekkiej ballady po ostry rok (w moim odczuciu oczywiście). To, co wczoraj śpiewała to był zupełnie nowy, premierowy repertuar. A jedna z piosenek „Obsesja” to właściwie wstrząsający song, który jest więcej niż piosenką i który moim zdaniem będzie żył naprawdę długo. Ania Szarmach od lat pracuje z tym samym składem muzycznym, a to giganci, widać, że wypracowali własne brzmienia, własny styl, dobrze się ze sobą czują i tworzą naprawdę unikalny zespół. Energii dodawał też wczoraj prawie trzydziestoosobowy, rozradowany, rozwibrowany chór. Ogromna pozytywna energia tego wieczoru. Ogromna pozytywka, bo nowa płyta Ani niesie przesłanie. Trzeba na siebie wzajemnie patrzeć, przesyłać sobie energię, tylko dobrą energię i wierzyć w dobro. Ja w każdym razie kupuję bezwarunkowo w świecie, który zidiociał i oszalał. Z zachwytem patrzyłem jaką Ania ma energię na scenie, jaki ma świetny kontakt z publicznością. Siedziałem obok jej mamy. Widziałem jej wzruszenie, nie tylko, kiedy Ania zadedykowała jej piosenkę i powiedziała: „I nawet nie chcę wiedzieć, mamo, gdzie siedzisz, bo zestresowałabym się jeszcze bardziej”. Cały ten koncert – bogaty, precyzyjny, przemyślany w każdym calu – to właściwie ekstraklasa nie tylko koncert. Cieszę się, że mogłem tam być.

Jerzy Walczak jako Dokto K.

W Teatrze Żydowskim, przed spektaklem „Noc całego życia” Ryszarda Marka Grońskiego w reżyserii Szymona Szurmieja, przez kilka dni opowiadałem o Korczaku, o tym, co w gruncie rzeczy mnie porusza w jego „Pamiętniku”, ale nie tylko. O człowieku, jakim go widzę. Chcę napisać, że zarówno „Pamiętnik” Korczaka jak i spektakl w Teatrze Żydowskim, który właściwie jest z pamiętnikiem mocno związany, powodują, że nie mogę przestać o tym człowieku myśleć.  Spektakl, choć trwa zaledwie godzinę, przenosi w koszmar tej ostatniej nocy przed wyjście na Umschlagplatz, pokazuje życie w getcie, również poszukiwanie ucieczki w kabarecie. Cytuje zanotowane przez Ringelbluma gettowe dowcipy. Na scenie pojawiają się ważne dla tamtego czasu i miejsca artystki Marysia Ajzensztadt i Wiera Gran (znakomite interpretatorki Izabella Rzeszowska i Monika Chrząstowska). Świetna Ewa Dąbrowska jako Stella. Ulica i kabaret. Bogacze i żebracy. Sierociniec i walka o przetrwanie. I Korczak, od którego nie można oderwać uwagi. Jerzy Walczak, który gra doktora Korczaka, który jest przez cały spektakl na scenie, przykuwa uwagę nawet wtedy, kiedy nie ma żadnej kwestii, kiedy tylko siedzi. To dla mnie absolutne aktorskie odkrycie, a przecież wcześniej grał u Agnieszki Holland „W ciemności”. Grał tam Jakuba Berestyckiego, i nie rozpoznałem na scenie. Każdą z tych postaci kompletnie inaczej, jakby przechodził metamorfozy. Uznanie. Wielkie uznanie. Z każdą kolejną sceną spektakl mocniejszy. Wciąga. Scena rozmowy Stefanii Wilczyńskiej (Alina Świdowska) z Korczakiem gotowym do wyjścia daje po głowie, bo przecież koniczynka na sztandarze i kolor zielony. I mały blondynek, który wchodzi na scenę. I ostatni marsz. I plecaki. Nie wychodzi mi to z głowy. Historii Korczaka, Wilczyńskiej, dzieci z sierocińców, Rubinsteina – jedynego normalnego, choć wariat (świetny Piotr Sierecki) nie ogląda się bezkarnie. A rola Korczaka, mam nadzieję, zostanie doceniona. Jedna z piękniejszych męskich ról, jakie ostatnio widziałem.