El Sabio

Kiedy kilka lat temu przeczytałem ostatnią powieść Gabriela Garcii Marqueza „Rzecz o mych smutnych dziwkach”, pomyślałem, że właściwie trzeba by napisać adaptację teatralną. Podrzuciłem nawet tę powieść kilku aktorom. Pamiętam, że wtedy ta książka o starości, pogodzeniu ze śmiercią i nagłym obudzeniem się miłości zrobiła na mnie duże wrażenie. Oto szanowany i ceniony dziennikarz, felietonista kończy dziewięćdziesiąt lat. Chwyta za telefon, żeby zadzwonić do Rosy Cabarcas, burdelmamy, która przez lata spełniała jego zachcianki i realizowała jego fantazje. Tym razem życzenie El Sabia zaskakuje nawet ją, otóż chce on spędzić tę urodzinową noc z nieletnią dziewicą. W jakimś sensie to marquezowska wersja „Lolity”.

Przede wszystkim jest to jednak powieść o pierwszej i ostatniej miłości. O pogodzonej ze sobą starości, która nagle odkrywa, że znów może czuć piękno świata. El Sabio dotąd od miłości uciekał. Spędzał noce w burdelu, smakował ciała wielu kobiet, właściwie uciekł sprzed ołtarza kobiecie, która go kochała i wydawało się, że on kochał ją również. I chociaż między nim a znalezioną przez Rosę Cabarcas dziewicą nie może się fizycznie nic wydarzyć, El Sabio zakochuje się jak chłopiec. Straci dla tej kobiety głowę. Felieton w gazecie zamieni na listy miłosne.

Teraz powstał film, który obejrzałem wczoraj na pokazie prasowym. W polskich kinach od 20 lipca. Film, który – co rzadko się zdarza – zanurzony jest w klimacie prozy Marqueza. Wielka to zasługa doświadczonego, wyrafinowanego scenarzysty Jean-Claude’a Carriere’a, który napisał go wspólnie z reżyserem Henningiem Carlsenem. Carriere, współtwórca filmów Bunuela, wnosi do realnego i magicznego zarazem świata Gabriela Garcii Marqueza swoją wyobraźnię, być może też rytm filmów Bunuela, jego sposób opowiadania. Wiele w tym filmie pięknych, często poruszających rozwiązań – choćby scena rozmowy dziewięćdziesięcioletniego El Sabio (wielka rola Emilio Echevarríi) z jego młodą matką, czy rozmowy telefoniczne El Sabia z będącą już na wózku inwalidzkim burdelmamą Rosą (świetna rola Geraldine Chaplin, bo ta jej Rosa o coś walczy, jeśli nie dla siebie to dla El Sabio). Dwie inne sceny boleśnie zapadają  w pamięć – ta, w której El Sabio spotyka na ulicy kobietę, z którą miał brać ślub, ale uciekł sprzed ołtarza, dzisiaj kobieta już go nie rozpozna, jest na wózku, żyje w innym świecie. I ta, w której po latach rozpoznaje go Casilda, prostytutka, do której stale przychodził, i która chyba się w nim kochała. W tej roli fantastyczna Angela Molina, znana z filmów Bunuela i Almodovara. Co ciekawe młodą Casildę zagrała córka Angeli, Olivia Molina.

W tym filmie jest tak jak w wierszu Julii Hartwig „Bezczas” – wszystkie czasy się sobie przyglądają i istnieją równocześnie. Myślę, że wartością jest tutaj wiek, a zatem i spojrzenie, autora, scenarzysty, reżysera i aktora grającego główną rolę, zatem Marqueza (ur. 1927), Carriere’a (ur. 1931), Carlsena (ur. 1927) i Echevarii. Spojrzenie żyjących dotąd pełnią życia starszych mężczyzn, którzy chcą jeszcze uratować dla siebie fragment świata, którzy w gruncie rzeczy są młodzi, ale czasem muszą tę młodość obudzić.

Wartość filmu Carlsena jest również w tej płynnej granicy między realnością i magią, ta opowieść istnieje jako realna ale też może istnieć jedynie w wyobraźni El Sabia. Może być jedną z jego powieści.

W nowym „New Yorkerze” przeczytałem fragmenty dziennika pisarki Mavis Gallant. Napisała w nim:  „Nikt nie jest dla mnie równie realny jak bohaterowie mojej powieści. Kiedy uświadamiam sobie, że nie istnieją poza moją wyobraźnią wypełnia mnie smutek, wyglądam za nimi, jakbym siedziała w prawie pustej kawiarni, do której zajrzałam z przyjaciółmi, ale oni nagle z niej wyszli”. Tak samo realni są bohaterowie powieści Marqueza i tego filmu. Również sami dla siebie. I już nie wiem, który świat istnieje naprawdę. Mój? Ich? Zresztą, czy to w ogóle wiadomo. Cytowano w tych dniach wywiad z bratem Marqueza, który powiedział, że pisarz już nie poznaje. Jest w innym świecie. Czy to w ogóle wiadomo, w jakim?