Rekomendacje

W tym miejscu zamieszczam rekomendacje książek, płyt, filmów, spektakli.

22 maja 2017 napisałem na FB: Wczoraj na targach książki kupiłem nowy reportaż Jarosława Mikołajewskiego „Terremoto”, dzisiaj przez cały dzień nie mogłem z tego tekstu wyjść. Przed chwilą skończyłem, i przyznam, dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia – klarownością, przejrzystością właściwie, metaforą, wartością literacką (widać, że reporter jest przede wszystkim poetą) i tym, co coraz rzadziej w książkach spotykane – głębokim humanizmem, a przede wszystkim empatią a nie chęcią podobania się i „fajnymi” zdaniami. „Terremoto” to opowieść o podróży do miejsc, które nawiedziły trzęsienia ziemi: Amatrice („miasto nieboszczyk”), Norcia lub Nursja („miasto jak chory w agonii”), Castelluccio („koszmar upiornej baśni, znikają bohaterowie, pozostaje pejzaż”). Przewodnikiem jest Luca Cari, rzecznik straży i obrony cywilnej, uczestniczący w wielu akcjach ratowania ludzi i wydobywania ciał, narratorem i zarazem bohaterem reporter-poeta Jarosław Mikołajewski, dzięki któremu możemy te miejsca, rozbite na fragmenty i ludzi, którzy tam mieszkali, bądź którzy dzisiaj je zabezpieczają, nie tylko poznać ale zobaczyć interpretowane wrażliwością autora. Zaznaczyłem kilka fragmentów, które chciałbym utrwalić na zawsze:

„Im bliżej Amatrice, tym bardziej zakłócone wydają się dziś bryły miasteczek. Tym bardziej popękany rysunek. Jak gdyby to był ten moment w życiu malarza konstruktywisty, który nawraca się na abstrakcję, lecz najpierw postanawia zniszczyć swoje całe dotychczas”.

„Jadę, nie wiedząc, co zobaczę. Inaczej bym nie jechał. Otwieram usta, nie wiedząc, co chcę powiedzieć. Inaczej bym nie mówił”.

„Jedyne, co dzisiaj może dla mnie być Bogiem, to rzadkie, lecz silne, jakby napadowe poczucie harmonii życia i świata mimo wszystko. Atakuje mnie ledwie częściej niż nigdy, ale nie mogę zapomnieć, że jest. Że czasami niebo i morze, skupione w linii horyzontu, wydają mi się cudowne”.

„Co mówi o nas fakt, że siedmiuset uchodźców na łodzi zatopionej przy egipskim wybrzeżu i tych trzystu sześćdziesięciu ośmiu, którzy utonęli o pół mili od Wyspy Królików, od Lampedusy, Bramy Europy, nie jest dla nas setkami martwych Ulissesów, którzy polegli w walce o wolność, o przyszłość i teraz?”

A ten fragment chcę przesłać prof. Ewie Łętowskiej, bo niektóre fragmenty zaznaczałem jako dedykacje:
„Podnoszę z ziemi kamienie. Biorę – znów nie wiem po co. Zawsze zabieram kamienie z miejsc, które coś dla mnie znaczą. Wykruszone cegły spod martwej kamienicy Władysława Szlengla na Waliców, w warszawskim getcie. Kamień z podwórka Zuzanny Ginczanki we Lwowie. Odłupany bazalt z Campo de’ Fiori w Rzymie, sprzed pomnika Giordana Bruna. Modlę się jakimś psim, pogańskim językiem niemowy, żeby te ukruszone kamienie i cegły stały się kiedyś słowami. Tymczasem zaciskam je w dłoni. Gdybym miał dość siły, pozwoliłbym się kaleczyć”.

„- Powtarza się często dziwna rzecz – mówi poważnie Luca, kiedy wsiadamy do jeepa. – Że starsze osoby, zwłaszcza mężczyźni, proszą, byśmy sprawdzili, czy zamknęły okno. Mówimy od razu: zamknął pan, już sprawdziliśmy. Bo okien nie ma. Ani jednego”.
„Wiesz, ile osób kradnie nam ocalonych?… Dziwne, prawda? Kiedy wyciągamy kogoś ze skalnej szczeliny, ze studni, spod śniegu, z zasypanego hotelu, nie masz pojęcia, jak często ktoś podbiega i bierze uratowanego na ręce… Po co?… Żeby unieść do góry i powiedzieć, że to on uratował…”

„Niech będzie jasne: nie cierpię pocieszeń ani przesuwania akcentów. Nie znoszę wykrętnych rozwiązań. Doceniam natomiast rozpychanie myślenia”.

„(Dziękuję) Włochom – za to, że wśród nieszczęść, które spadają na nich spod ziemi, z nieba, z powietrza, wody i ognia, mają siłę pamiętać, że są najpierw ludźmi, a dopiero potem Włochami”.

Zwłaszcza to ostatnie tak mnie uderzyło. To, czego słuchamy każdego dnia, dzisiaj na przykład wypowiedź prezesa o ew. represjach, gdybyśmy mieli uchodźców, czasem zasłania to, co jest najczystsze, bo w nas i od nas zależne.
Gdybym pisał w blogu o „Terremoto” napisałbym inaczej, więcej, pełniej, a to co tu, to jedynie notatki z lektury, tuż po niej, notatki pisane emocjami. Napisałbym zapewne w kontekście poprzedniej książki Mikołajewskiego „Wielki przypływ”, bo trzeba by je czytać razem.

Moje przejęcie tą wyjątkową książką wzięło się być może także z tego, że choć autor jest w niej stale obecny i opowiada przez siebie, nie mówi swoim ego. Chce zrozumieć i opowiedzieć, a nie pokazać, jakim jest wspaniałym reporterem. I pisze właściwie reportaż-poemat, w którym tak dużo jest przejrzystości i harmonii, choć tematem jest świat pęknięty na wiele. Mimowolnie też zadaje ból, bo nagle uświadamiamy sobie, że świat naszych wartości jest światem kalkulacji, a nie współbycia. Na końcu pyta ks. Adama Bonieckiego, co powiedziałby ludziom, którzy przeżyli trzęsienie ziemi (możemy tu podstawić inne doświadczenia, na pewno Lampedusę). Boniecki odpowiada: Nie trzeba nic mówić. Trzeba z nimi być.
Ta książka to pewnie kazanie dla ateisty, kazanie dla wątpiącego.

(Jarosław Mikołajewski „Terremoto”, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017).

Trudno jest opowiadać kryminał – tak by napisać a nie zdradzać. Chciałbym jednak choć kilka zdań gratulując bardzo udanego debiutu. „Koniec gry” jest powieścią kryminalną ale w takim samym stopniu jak kryminalne są seriale „True Detective” czy „Top of the Lake”, gdzie zbrodnia pozornie jest tematem, bardziej jednak jest motywem do odsłonięcia głęboko skrywanych tajemnic, obnażających skomplikowane relacje psychologiczne między bohaterami. Bywa że również motywacją do eksplorowania wątków w społeczeństwie zamiatanych pod dywan. Tematów, których wolimy nie ujawniać. W powieści Adama Cioczka, skonstruowanej niejako na przekór typowym regułom kryminału najpierw poznajemy winnego. Więcej, Edward Chojar od razu przyznaje się do winny, co mnie zaintrygowało i prawdę mówiąc od razu w tę historię wciągnęło. Bo co jeszcze mamy odkrywać, jeśli sprawca jest znany. Śledztwo toczy się swoim rytmem. Po jednej stronie jest prokurator Tomasz Bracki po drugiej adwokat Adam Getz (ale znowu nie brzmi to adekwatnie, kto jest po której stronie). I tajemnica z przeszłości, o której nie powiem. Nie od razu zresztą taka jasna. Adam Cioczek precyzyjnie buduje narrację i dramaturgię tej powieści, odsłaniając scena po scenie psychologiczne motywacje (nawet niekoniecznie mordercy, co raczej obu reprezentantów prawa). Zaczyna się więcej niż literacka i kryminalna gra. Albert Camus napisał, że człowiek zawsze będzie uniewinniony. – Najpierw zostaje skazany, poniesie karę a na końcu – w głębszym sensie – zostanie uniewinniony. „Koniec gry” stawia znak zapytania nad winą i karą. Kto jest ofiarą a kto skazanym? Kto będzie umiał wybaczyć a kto nie? Wreszcie, kto powinien ponieść karę? I za jaką zbrodnię? Lata mijają, ale przeszłość wydobędzie się spod ziemi, spod podłogi, spod uśpionego lęku i obudzonej potrzeby zemsty. Bardzo było dla mnie ciekawe, jak ta książka budowała we mnie niepokój, jak żonglowała moimi emocjami. Wreszcie samo przyglądanie się warsztatowi autora. To jak zaburza konwencję kryminału. To jak nie zawiesza scen, żeby wzbudzić ciekawość, jak się o Czytelnika nie bije. Jak opowiada nie czyniąc każdej ze scen teaserem następnej. Jak tę powieść po prostu montuje. Widać rękę scenarzysty. Zresztą najpierw napisał fabułę, a później zbudował z tego powieść. Stąd może pokrewieństwo z serialami kryminalnymi, które wspomniałem. Każda z postaci jest pełnokrwista. A Iwona przypomina mi trochę panią patolog z serialu o Sherlocku Holmesie. Podobnie wpatrzona jest w Adama Getza. No i last, but not least akcja tego kryminału dzieje się przede wszystkim w malowniczo opowiedzianym Lublinie, pełnym tajemnic i zaułków. Chciałbym myśleć, że to początek większej serii kryminałów. Lublin wart jest opowiadania. A „Koniec gry” przeczytać trzeba.

(Adam Cioczek „Koniec gry”, Wydawnictwo Videograf, Chorzów 2014)

Po świetnej książce „Igły” (o polskich agentkach wywiadu) z ciekawością czekałem na nową książkę reporterską Marka Łuszczyny. I jest. I to jaka! „Zimne. Polki, które nazwano zbrodniarkami” to opowieści o pięciu kobietach, które łatwo można by nazwać zbrodniarkami, chociaż oczywiste to nie jest. Marek Łuszczyna usiłuje je zrozumieć (ale nie usprawiedliwić), zajrzeć w ich psychikę, czasem zobaczyć doświadczenia, które mogły mieć wpływ na ich decyzje. Czyta się tę książkę jednym tchem, bo raz to historie, które zdarzyły się naprawdę, dwa reporter po latach usiłuje znaleźć nowe tropy, czasem bohaterki i świadków tamtych wydarzeń, trzy odkrywa fakty nowe, i cztery – po prostu fantastycznie opowiada. Z czystym sumieniem mogę napisać, że Barbara Pietkiewicz, niekwestionowana mistrzyni tekstów kryminalnych i sądowych ma swojego następcę. Wpadłem w tę książkę, chociaż mroczna, po uszy.

O Julii Brystygierowej słyszałem wiele legend, trochę o niej czytałem, ale Łuszczyna opowiada jej historię poprzez spotkanie z Marią Okońską, bliską współpracownicą kardynała Wyszyńskiego, osobę, która Brystygierową usiłowała nawrócić. Z jednej strony Krwawa Luna jak o Brystygierowej mówiono, z drugiej Maria Okońska, która ma chyba szansę na świętość. Fascynujące to zestawienie losów i doświadczeń. Ale też historia „nawrócenia” Brystygierowej i konfrontowania prawdy z legendami. – Szuka Łuszczyna jej metryki chrztu, usiłuje odnaleźć obraz Picassa, na którym ją sportretował.

W reportażu „Ładna i kochana” wraca do zbrodni sprzed lat. Ta, która jej dokonała jest od dawna na wolności. W innym mieście, żyjąc swoim nowym życiem. Marek Łuszczyna ma do niej kilka pytań. Odnajduje ją. Niełatwo jednak przekonać tę kobietę do zwierzeń. Posyła jej to, co dotąd na jej temat napisał. Po lekturze morderczyni decyduje się odpowiedzieć. Dziennikarska uczciwość i rzetelność przynosi efekty. Reporter nie ukrywał tego, co napisał. Dzisiaj to właściwie imponuje.

Opowiadając o Halinie Flak opowiada właściwie o całej rodzinie wampira Marchwickiego i o manipulacjach, jakich dopuszczała się policja i gmatwaninie śledczej. O tym, jak łatwo było ferować wyroki i jak załatwiać nimi swoje sprawy. To historia przemocy, wykorzystania i bezradności.

„Słabsza” to opowieść o Kazimierze Czerwonkowej, zwykłej wydawałoby się łódzkiej kobiecie, która choć korzysta z pomocy społecznej śpi na skarbie. W ogóle ten tekst zaczyna się jak u Hitchcocka drogą do zakładu psychiatrycznego i opowieścią o elektrowstrząsach i napięcie rośnie do końca, a tajemnica odsłania się powoli. A właściwie historia zbrodni i kary, ale i zatruwających życie wyrzutów sumienia. Piszę ogólnie, mając cały czas na uwadze, że nie wolno opowiadać kryminałów. A jak wspomniałem, napisane są kapitalnie. Powiem tylko, że zarówno tekst o Kazimierze Czerwonce jak i zamykający książkę reportaż o Justynie Bajdor, to właściwie gotowy scenariusz filmowy.

Tekst o Bajdor mnie powalił. Czytałem o wojnie naprawdę dużo, ale takiego życiorysu jeszcze nie słyszałem. W dodatku o napisanie puenty do tego tekstu prosi Marek Łuszczyna jednego z moich ulubionych pisarzy Mario Vargasa Llosę. Bo historia Justyny Bajdor musiała Llosę zafascynować. Myślał, żeby napisać o niej książkę. Zazdroszczę tego tematu, w którym jest ofiara i jest kat, jest wojna i jest pokój, są wolność i kryjówka, i jest zbrodnia, która musiała się wydarzyć. Jest w nim też bohaterstwo. I traumy, których nie można się pozbyć. Historia Justyny Bajdor jest właściwie jak wyjęta z „Domu duchów” Isabel Allende. Tyle że zdarzyła się naprawdę. Niestety.

„Zimne” to książka, po której nie można zasnąć.

(Marek Łuszczyna „Zimne. Polki, które nazwano zbrodniarkami”, PWN Warszawa 2014).

Wypowiadam pokój tobie wielki świecie… „Zmyślony” to duże muzyczne odkrycie. Objawia się bard nowego pokolenia, Marcin Skrzypczak w ciekawym, bardzo ambitnym projekcie muzycznym. Śpiewa wiersze Ewy Lipskiej (przejmujący „Dom dziecka”, „Jeszcze przez chwilę być szczęściarzem”), ks. Pasierba („Przez ogień”), Zbigniewa Joachimiaka („Atletom polskim”) ale przede wszystkim śpiewa piosenki i ballady swoje ze swoimi kompozycjami i jak to bard – opowiada w nich o dotkliwej rzeczywistości. Ale jak to robi! Genialna jest ironiczna i prześmiewcza „Piosenka podbojowa” – chyba mój numer jeden na tej płycie. Mam poczucie, jakby w utworach w pełni swoich Marcin Skrzypczak pozwalał sobie na najwięcej – również muzycznie. Spójna i konsekwentna ta intymna płyta mająca wiele barw i odcieni, jakby chciała mówić, że w człowieku jest wszystko – jasne i ciemne, jest i wiara i nadzieja, ale przede wszystkim powinno być słowo, więc mądrość, więc jakość. Bo „zmyślony” też jest prawdziwy – w swoim świecie.

(Marcin Skrzypczak „Zmyślony”, Nagrania muzyczne Cytryna.PL 2013, www.cytryna.pl)

Z zaskakującej puenty, którą mogę zdradzić, bo i tak niczego nie zdradza dowiaduję się, że jest nadzieja – naród czyta książki. Na pewno nową książkę Janusza Głowackiego „Przyszłem” przeczytają nie tylko wielbiciele jego pisarstwa, talentu i dowcipu, ale również ci, których interesuje to, co z pisanego dla Andrzeja Wajdy scenariuszu w filmie o Lechu Wałęsie się nie znalazło. Ale to nie jest jedynie opowieść o pisaniu scenariusza, to, jak to u Głowackiego, również opowieść o PRL-u, o świecie artystów, o nim samym. Być może w największej mierze jest to portret scenarzysty, który – chyba tak to można ująć – wpada w pułapkę pisania scenariusza dla Andrzeja Wajdy. Bo, że reżyser i scenarzysta mieli inne wyobrażenie zarówno o bohaterze filmu jak i o samym filmie, jest jasne. Pewnie, że gdyby powstał film według oryginalnego scenariusza byłby inny, bardziej wieloznaczny, bardziej ironiczny (mam zresztą wrażenie, że brakuje ironii w tym filmie). Właściwie z książki „Przyszłem” mógłby powstać arcyciekawy i dowcipny film o autorze, który mierzy się nieustannie z koniecznością ocieplania wizerunku swojego bohatera. A jestem pewny, że gdyby powstał film według oryginalnego scenariusza, nie byłoby potrzeby ocieplania Wałęsy. Byłby pełnokrwisty. I miałby dowcip. Iskrzący. Czyli taki, jaki rzeczywiście ma.

Joanna Chmielewska mówiła, że pisze po to, aby się nazemszczać. Głowacki nie mści się tą książką ani nie rozlicza. Tłumaczy, puszczając oko, że się boi, bo „Wajdy wszyscy się boją”. Uwielbiam autoironię Głowackiego, więc ujął mnie choćby taki fragment: „Jak tylko reżyser powie czasem dobre słowo, pochwali, poczęstuje kawką albo i szarlotką, albo zaprosi na plan, to ja się od razu wzruszam, rozczulam, czasem płaczę i na dobry tydzień przestaję latać po mieści, gadać złe rzeczy i intrygować”.

Cały Głowacki. I książka o tym, jaki byłby cały „Wałęsa”.

(Janusz Głowacki „Przyszłem”, Świat Książki, Warszawa 2013)

Garściami już cytowałem z tej książki w „dzienniku lektur”, ale jest co cytować, bo Józef Hen jest pisarzem mądrym, który przenikliwie obserwuje rzeczywistość. W ogóle powinno się słuchać tylko mądrych ludzi, a Hena się w tej książce słucha – odnosząc się do tytułu: wie, co mówi. Na 90. urodziny pisarza wydawnictwo Iskry podarowało Czytelnikom zbiór 35 wywiadów, które przeprowadzano z Henem od 1948 roku (tak datowana jest otwierająca książkę rozmowa). Czytane tak, jeden po drugim są arcyciekawe, bo pokazują filozofię życiową pisarza, jego dylematy, rozwój poglądów, doświadczenie życiowe. Jedno może, co jest im najbardziej wspólne to przekonanie Józefa Hena, że jest pisarzem niedocenionym. Ale to chyba nieprawda, skoro jego książki istnieją (i myślę, że będą istniały), skoro zainteresowanie pisarzem rośnie a nie maleje, skoro ukazał się ten właśnie zbiór niejako podsumowujący jego twórczą pracę i życiowe doświadczenie.  Mówi Hen, cytując Montaigne’a, że chciałby, aby go czczono za dokonania, a nie za to, że się zestarzał. Ale myślę, że bez tych dokonań nie byłoby zainteresowania pisarzem. Hen jest naszym Philipem Rothem, inna sprawa, że polska krytyka nigdy nie lubiła dobrze opowiadających pisarzy, których kolejne książki składały się na wybitne dzieło życia. Polska krytyka kreowała dzieła albo wolała przemilczeć. Ale zawsze to czytelnicy wybierają. Wiele w tej książce bardzo osobistych wyznań. Zwłaszcza rodzinnych. Są opowieści o dzieciństwie, rodzicach, rodzeństwie, o Zagładzie i o ocaleniu. Najbardziej wstrząsające były dla mnie fragmenty opowiedziane po śmierci ukochanej żony pisarza. A zwłaszcza z drugiej rozmowy Donaty Subbotko, gdzie zapytany o opowiadanie „Długa chyża łódź” o Matuzalemie sprzedającym sny i o Rebece, która umarła, odpowiedział: „Syn się popłakał. Pomysł tego opowiadania, z czarownikiem i łodzią, był stary. Usłyszałem gdzieś kiedyś o Papuasie, który sprzedawał swoje sny. Ja też miałem kilka snów, które zdecydowały o moim życiu”. I w dalszej części tej rozmowy: „Teraz już tylko prowadzę dziennik. Zastanawiam się nad jego dalszym ciągiem, bo opisuję w nim moje rozmowy z Reną. Chodzi o to, czy zostawić te zapisy, kiedy ona mówiła do mnie per pan(…) Od czasu do czasu wracała do rzeczywistości, ale – jak opisałem w opowiadaniu – wtedy było najgorzej, bo rozumiała, jak upokarzająca jest jej choroba. Prosiła o truciznę, bo po co ma żyć. Czy to ujawniać?”. Po lekturze tych wywiadów mam wielką ochotę na powrót do Hena, do jego opowiadań. Zakreśliłem ołówkiem wiele zdań, po to, aby wracać. Książkę uzupełniają kalendarium życia pisarza i zdjęcia z archiwum prywatnego.

(„Wiem, co mówię czyli dialogi uzdrawiające. Spotkania z Józefem Henem„, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2013, wybór i opracowanie Magdalena Hen)

Gdy Gretel mówi „Och, proszę”, to zachęca tym do skojarzeń, bo jej „Och, proszę” można interpretować albo jako „Och, proszę, zostań”, albo „Och, proszę, odejdź”. W tej otwartej formie współbrzmią właściwie oba te znaczenia. – Swoją polską premierę mają właśnie film i książka Davida Sievekinga „Nie zapomnij mnie”. Film jest zwycięzcą 10. Planet+ Doc Film Festival. Gretel to dotknięta chorobą Alzheimera matka reżysera i zarazem autora. Przejmujący, bardzo osobisty film zapada w pamięć, miejscami wbija w fotel. Ale to, co zostaje przede wszystkim to uśmiech Gretel, tym uśmiechem trzyma się życia. Zapomina słowa, gubi świat, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień coraz bardziej. Zostaje uśmiech, ten sam, jaki utrwalony został na zdjęciu z dzieciństwa, gdzie otoczona jest siostrami, ale żadna z nich nie jest taka promienna. Film jest jej portretem. Książka bardziej portretem jej syna, rodziny, która wspólnie z nią choruje, która próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zapisuje to, czego w filmie nie ma – również szpitale, mierzenie się chorej i jej rodziny z systemem opieki zdrowotnej, ale zapisuje też bardzo ciekawą historię rodzinną. Sieveking napisał swoją książkę z robionych w czasie pracy nad filmem notatek, ale napisał właściwie powieść autobiograficzną, w której próbuje patrzeć na świat oczami Gretel. Musi mieć ona poczucie, że dookoła niej są sami szaleńcy, o coś pytają, coś konfrontują, gdzieś jej każą iść, coś robić. Podczas gdy ten mocny, ale nie pozbawiony poczucia humoru film jest rodzajem zapisu odchodzenia, książka jest już formą autoterapii. Pomaga przeżyć żałobę. Pomaga zrozumieć. Ale daje też autorowi szansę pozostania z Gretel dłużej. Mimo bolesnego tematu Gretel jest bohaterką, z którą chce się być. Ma ogromną charyzmę. Choć zagubiona, pełna jest czułości. Nie jest typową chorą na alzheimera, otępiałą i agresywną. Jest pogodną siwą panią, która patrzy na świat jakby nagle oszalał, widzi go inaczej, ale to wciąż jest świat, który daje jej radość. Mocne i poruszające wyznanie miłości. Ważny zapis obecności. Lektura konieczna.

(David Sieveking „Nie zapomnij mnie”, Wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2013, przełożył Jan Trawiński)