Codziennik

4 maja 2015, k. 19:00

Majowy weekend minął spokojnie (choć oczywiście trochę pracowałem), ale ładne słońce, spacery, spotkania towarzyskie. Ten tydzień mnie przeraża. Codziennie gęsto od rozmów, nagrań, nie mówiąc o pracy przy biurku, bo przecież kiedyś to wszystko muszę opracować. Pocieszam się, że jestem systematyczny i dobrze zorganizowany, więc dam radę.

W weekend czytałem świetną książkę Magdy Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój”, to jej reporterska rozmowa z małą i dużą historią. Ale to przede wszystkim przejmująca opowieść o czasie pokoju, który dla wielu wciąż jest wojną. Mam przed sobą jeszcze połowę tej książki. Musiałem przerwać. Za dużo emocji. Dlatego wczoraj sięgnąłem po eseje o malarstwie włoskim i z przyjemnością prawdziwą czytałem o freskach Giotta, przypominając sobie swoją niedawną podróż do Florencji.

11 kwietnia 2015, k. 19:30

Słońce na szczęście i na pociechę, bo się trochę pochorowałem i nawet nie mogłem pójść wczoraj na premierę Olgi do Teatru Akademia (pisałem ostatnio o próbie do jej spektaklu). Czytam opowiadania Tove Jansson „Wiadomość”. Uwielbiam jej pisanie – oczywiście wszystko zaczęło się od Muminków. Weronika, która rozmawiała ze mną ostatnio w Chilli Zet zapytała mnie, którym z bohaterów opowieści o Muminkach się czuję. Zdziwiła się, że odpowiedziałem, że Małą Mi, która lubi uszczypnąć i się pozłościć. Wczoraj nagrywałem spoty dla Legalnej Kultury. Polecałem „Kometę nad Doliną Muminków”, płytę „Nosowska śpiewa Osiecką”, film Pawła Sali „Matka Teresa od kotów”. Świetna akcja promocji korzystania z legalnych źródeł. W ogóle, przede wszystkim kultura.

8 kwietnia 2015, 21:52

Święta były towarzyskie, dobre ale nie odrobiłem ani zaległości lekturowych ani odpoczynku. A teraz już wpadam w wir obowiązków. Plus wyjazdy. Dzisiaj byłem w Teatrze Akademia na próbie do spektaklu „Branoc, Mamo” w reżyserii mojej przyjaciółki Olgi Chajdas, premiera w piątek. Lubię tę chwilę, kiedy spektakl już właściwie gotowy a jeszcze się wykluwa. Dwie fantastyczne aktorki Kasia Skarżanka (wnuczka Hanny) i Ania Maria Buczek w psychodramie, która nie może pozostawiać nikogo obojętnym. Rozmowa ostateczna i cały arsenał emocji i szantaży. Klaustrofobiczny świat matki i córki. Olga wyreżyserowała ten tekst, zresztą nagrodzony przed laty Pulitzerem precyzyjnie, oszczędnymi środkami, skupiając się na dialogu, na rozmowie, na tej dziwnej autoagresywnej relacji. Trzymam kciuki za piątkową premierę. Olga to bardzo utalentowana osoba. Zaczynała jako asystentka Maćka Kowalewskiego. Później, kiedy pracowaliśmy razem w Teatrze Na Woli znalazłem jej tekst „Ostatni Żyd w Europie” Tuvii Tenenboma. Zrobiła go, nie bez problemów, ze znakomitą obsadą. Zrobiła przejmujący ale allenowski w klimacie spektakl. Później było „I’m sorry” Zbyszka Hołdysa, znów maczałem w tym palce. Nawet napisałem do tego przedstawienia jedną z piosenek. Właściwie polskie słowa do songu Joan Baez. To był potrzebny, ważny spektakl dla młodego widza. Łączyliśmy go ze spotkaniem młodzieży z Hołdysem. A później dwa spektakle z Kasią Adamik „Koza, czyli kim jest Sylwia” w Och-Teatrze i „Zrób sobie raj” w Studio.  Na „Branoc, mamo” trafiłem przed laty, dałem kilku reżyserom, pamiętając m.in. świetny film z  Sissy Spacek. Olga miała odwagę podjąć temat (przed laty grały ten tekst w Polsce, choć w innym przekładzie Ryszarda Hanin i Ewa Decówna).

Po powrocie zabrałem się za redagowanie rozmów z Barbarą Krafftówną, co znaczy, że nowa książka powstaje. Trzymajcie kciuki.

30 marca 2015, 20:00

Robiłem dzisiaj zdjęcia paszportowe w genialnym zakładzie fotograficznym Balladyna, przy Żelaznej, vis a vis kamienicy Wolfa Krongolda, o której pisałem w książce „Wybór Ireny”. Zakład z wieloletnią tradycją i pani fotografka wspaniała. Kilkakrotnie powtarzała zdjęcia, żeby „chociaż w oczach uchwycić duszę”, bo do zdjęć paszportowych uśmiechać się nie można.  Ale „kąciki ust już pan może lekko poruszyć, lekki, niewidoczny uśmiech powinien być na fotografii”. I to rozumiem. Kilka lat temu w innym miejscu robiłem zdjęcia do wizy. I wówczas inna pani fotografka patrząc na zrobione przez siebie zdjęcia kręcąc głową powiedziała mi: „Widzi pan, taka piękna planeta, a tacy brzydcy ludzie”.

29 marca 2015, 21:20

Urocze popołudnie w towarzystwie Barbary Krafftówny, Anny Bisping i Corinne Chateau. Najpierw obiad na Grzybowskiej, później fenomenalna tarta limonkowa w Cafe Próżna. Corinne jest amerykańską aktorką i reżyserką, która na początku lat 90. jako studentka szkoły filmowej w Los Angeles kręciła z Barbarą Krafftówną film „Romana” o swojej babce. Sama zresztą zagrała tam siebie. Fragment zdjęć z prób do tego filmu można obejrzeć tutaj (od 3 minuty 26 sekundy):

Romana

Teraz Corinne przyjechała do Polski kręcić zdjęcia do filmu dokumentalnego o swojej rodzinie, a właściwie o rodzinnych tajemnicach (część rodziny pochodziła z Polski). Ma tytuł „Bezpieczne w milczeniu”.

Długie rozmowy o polskim kinie, które Corinne zna bardzo dobrze. Jutro dzień pracowity. To lubię.

28 marca 2015, godz. 18:40

Jakbym nagle odzyskał sobotę. Jednak organizm mądrzejszy. Ile to tygodni, jak pracuję siedem dni w tygodniu, po wiele godzin, przerzucając się z tematu na temat? I nagle dzisiaj, chociaż wciąż jeszcze nie całkiem zdrowy, zasnąłem w ciągu dnia. Nigdy się to nie zdarza. Na palcach jednej ręki mogę policzyć dnie swojego życia, kiedy drzemałem. Słucham muzyki. A poza tym postanowiłem dzisiaj już do pracy nie wracać tylko pozwoliłem sobie na wagary. Leżę z książką Izabelli Cywińskiej „Dziewczyna z Kamienia”, zaczytany, przejęty. Jej opowieść o dzieciństwie we dworze w Kamieniu czytam jak „Wiśniowy sad”. I chociaż pierwszą część książki zamyka deklaracją, że do Kamienia już nie zamierza wracać na kartach książki, wraca, bo zatrzaśnięcie przeszłości, zwłaszcza idyllicznej jest niemożliwe. Jestem poruszony jej opowieścią o siostrze, o niezrozumieniu, o poszukiwaniu szczęścia i spełnienia. Co chwilę łapię się na zatrzymaniu, zamyśleniu. Choć łatwo się tę pięknie napisaną opowieść czyta, jest wymagająca, nakłania do myślenia. Zanurzyłem się w niej jak w zimnej rzece upalnego dnia. I też się w niej jakoś przeglądam. Tak jak Cywińska kocham przedmioty, coś dla mnie znaczą. Mają swoją historię. I tworzą naszą historię. Dla innych  nie mają znaczenia, a dla nas jak talizmany. Może ten temat i próba rozumienia przeszłości jakoś nas zbliżyła w pewnym momencie. Z Izą miałem pierwsze swoje prawdziwe scenariopisarskie doświadczenie. Pisaliśmy razem nigdy niezrealizowaną fabułę „Taki Raj” o Stawisku Iwaszkiewiczów  w czasie Powstania Warszawskiego. Zanurzoną w przeszłości. To była wielka przygoda m.in. rozmów z córkami Jarosława Iwaszkiewicza, Marią i Teresą. Z panią Marią mam kontakt do dzisiaj. W książce „Obecność” jej wstrząsająca opowieść o Bogdanie Wojdowskim. Dzisiaj dzwoniła pani Maria. Właśnie pomówić o tej książce, ucieszona, że zamieściliśmy w niej zdjęcie ukochanej kotki, zrobione w pokoju Wojdowskiego. Mam teraz dużo rozmów o „Obecności” i dużo dobrych znaków od Czytelników, którzy czytają tę książkę o nieobecnych w skłaniającym do refleksji czasie przygotowania na święta Wielkiej Nocy. Wracam do lektury. A jutro do pracy.

26 marca 2015, godz. 19:50

Dzisiaj nagrania, najpierw dla TVP Kultura w sprawie likwidacji Państwowego Instytutu Wydawniczego, bo uważam, że trzeba ratować. Że państwo ma obowiązki wobec kultury, również obowiązki wychowywania Czytelników i kształtowania gustów. Potem nagranie o „Obecności” do programu „Kultura do kwadratu” dla Polsat News,  świetna dla mnie rozmowa Ani Sańczuk. Później obiad z Magdą w Mące i Wodzie. Ale właściwie chciałem jedną scenę z tramwaju. Wiszę nad kimś, odbieram telefon i tłumaczę: „Tak, będę walczył, w końcu ze wsi jestem”. Siedząca pode mną starsza pani ściska dłoń w pięść pokazuje mi i krzyczy: „Tak trzymać, nie poddawać się!”. Co sobie to przypomnę, to mnie to bawi.

25 marca 2015, godz. 20:30

Poniedziałkowa promocja w Empiku bardzo udana. Przyszło wiele osób, a z bohaterów książki Zuzanna Janin, Leszek Sankowski, Joanna Sobolewska-Pyz i Julia Hartwig. Pani Julia na zakończenie przeczytała dwa swoje wiersze, które zamieszczone są w mojej książce i wiersz „Po prostu”:

Na wszystko przyjdzie pora
Ale nie przyjdzie czas wskrzeszenia pierwszych nadziei
i pierwszych miłości
ani utrwalenia w słowach tego co przebiega ci przez głowę jak wiatr
i bywa przeczuciem jakiejś ważnej prawdy
lecz umyka tak szybko jakoby swawoliło
Przychodzi jednak nieodwołalnie pora
kiedy po kolei tracić zaczynasz wszystko co kochałeś
i wszystkich którzy odchodząc stąd
nie wyjawiają ci czy odchodzą zawiedzeni
Przychodzi ten czas
a ty przyjmujesz go bez wstydu i pokory
ot tak po prostu

Zawsze mnie poruszają wypowiedzi pani Julii, jej mądra obecność i spokój, jakim nas tak obficie obdarza. Poruszyły mnie też dwie wypowiedzi Zuzanny Janin. O tym, że dla niej te rozmowy są jak portrety – jak fotografowanie postaci odwróconych plecami, kiedy stojąc za nimi widzimy pozornie to samo, a jednak nie widzimy. I wypowiedź o obecności – jak to robiąc sobie selfie zobaczyła nagle, że jedno oko to oko jej mamy, Marii Anto, a drugie córki. Być może przywołam to jeszcze tu na stronie dokładnie, bo nagrałem spotkanie. Prowadziła je znakomicie pani Magdalena Walusiak. Wczoraj wpadłem na chwilę do Izy Cywińskiej, złożyć życzenia urodzinowe i nie mogłem lepiej trafić, bo akurat przyjechały egzemplarze jej autobiografii „Dziewczyna z Kamienia”, wydanej pięknie przez Agorę. Podczytuję, co to za kapitalna, bezpretensjonalna i szczera książka. Świętowaliśmy więc razem tę okazję. Później na wieczorze poświęconym Jackowi Janczarskiemu w Domu Literatury. W spotkaniu, które prowadzili Ewa Błaszczyk z Marcinem Wolskim wzięli udział również Barbara Wrzesińska, Marta Lipińska, Maria Czubaszek, Józef Wilkoń, Janusz Bogacki, Borys Janczarski. Piękny wieczór zanurzony w opowieściach o czasach bohemy w szarym i siermiężnym PRL-u. Kapitalna jak zwykle Maria Czubaszek, która opowiadała m.in. jak z Jackiem Janczarskim i Stefanem Friedmanem weszła gdzieś w podwarszawskiej miejscowości do baru i nagle Friedman zamówił szampana, dodając: tylko, żeby był ciepły. Na co barmanka odpowiedziała: u nas innego nie ma, bo nie mamy lodówki.

Myślałem o tym, jak wiele tych zabawnych historii z tamtego czasu przepadło, przepada, jak wiele jest niezapisanych.

Dzisiaj nagrywałem panią Basię Krafftównę, pracujemy nad książką. A potem walczyłem z jakimiś absurdami rynku książki, w którym muszę uczestniczyć. I właściwie trzeba by to było opisać. To by wielu otworzyło oczy.

23 marca 2015, godz. 15: 45

Wracam do codziennika. Cały weekend chorowity. Chciałem to jakoś spożytkować dobrze. Cofnąć się do czasu beztroski (pozornie). Sięgnąłem po nową młodzieżową powieść Marty Fox „Zakochaj się, mamo”. Duża przyjemność i mądra książka. Chciałbym się wychowywać na tak otwartych i dorośle traktujących młodzież książkach. Sara, kilkunastoletnia bohaterka usiłuje znaleźć partnera swojej mamie. Jej losy poznajemy poprzez maile, jakie pisze do pianisty, którego jest fanką. Wiele w nich odniesień do muzyki klasycznej, do biografii kompozytorów, do utworów, jakie warto znać. Jestem pewny, że młodzi ludzie, którzy tę książkę przeczytają będą mieli ochotę sięgnąć po nagrania, zwłaszcza, że książkę zamyka lista utworów, o jakich mowa. No i zdecydowana część akcji dzieje się na wakacjach w Grecji, na wyspie Kos. Marta wspaniale nasączyła tę powieść klimatem tej wyspy, a także opowiedziała jej historię. Mądra książka i bez wątpienia młodzież wiele zyska czytając. Sam miałem naprawdę dużą przyjemność. Za chwilę zbieram się do Empiku, gdzie promuję dzisiaj książkę „Obecność”.

1 listopada, po 18.00

U Agatki i u Ireny Conti Di Mauro. Nie sposób dotrzeć dzisiaj na wszystkie cmentarze, do wszystkich bliskich i ważnych osób. Na grobie Agatki białe maki. Za kilkanaście dni skończyłaby (skończy) 38 lat. Irena skończyłaby w październiku 91. Chociaż rok urodzenia na pomniku o dwa lata późniejszy niż rzeczywisty. O tylu bliskich dzisiaj myślę. Tyle różnych obrazów wraca. Pamięć jest ważna, jeśli nie najważniejsza. Daje światu logikę i porządek. Potrzebujemy pamięci, bo inaczej wszystko tutaj straciłoby sens.

29 października, k. 17.45

Wracam do życia i wracam do zapisywania. Trwa czas promocji „Wyboru Ireny”, ale i mam potrzebę się trochę wyciszyć. W Krakowie działo się wiele. Jestem szczęśliwy, że miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w uroczystej gali wręczenia nagrody im. Wisławy Szymborskiej mojej ukochanej poetce pani Julii Hartwig. Po gali zapytałem: – Panie Julio, ale czy jest pani szczęśliwa? Odpowiedziała: – No, jakże. Bardzo. I rzeczywiście miałem poczucie, że była szczęśliwa. Z podziwem patrzę na jej siłę i nieustającą pracę. To godna podziwu lekcja dostrzegania sensu i logiki. Nie tylko samorozwoju, ale przede wszystkim przywracania światu jakości i sensu. O tym zresztą cały nagrodzony tom „Zapisane”. W Krakowie też urocza kolacja z Barbarą Krafftówną w ulubionej restauracji Wisławy Szymborskiej „Pod Baranem”. Pani Barbara podobnie ciekawa świata, podobnie energetyczna i niezmordowana. Mam jeszcze trzeci przykład, pani prof. Joanny Penson, bohaterki mojej książki „Było, więc minęło”. Na gali nagrody im. Wisławy Szymborskiej usiadłem obok wspaniałej poetki Urszuli Kozioł. Do początku imprezy było jakieś dwadzieścia minut. Cóż to była za fenomenalna rozmowa o jakości życia i jakości literatury. I potrzebie dawania światu piękna. Tak się cieszę, że mam od kogo się uczyć, komu przyglądać. Świat szaleje, leci na łeb na szyję, a literatura, teatr trwają. Nawet jeśli często wypierane przez banały. Ale istota zachowała się. Tkanka przetrwała. Pani Maria Iwaszkiewicz, która dzwoniła do mnie wczoraj znad lektury „Wyboru Ireny” mówi: niech pan wpada, niech pan do mnie przychodzi pytać o co chce, ja tyle pamiętam. A dzisiaj w rezydencji Ambasadora Francji obiad z okazji wizyty w Polsce Jacqueline Raoul-Duval, której książka „Zakochany Kafka” właśnie się w Polsce ukazała. Rozmowa o Flaubercie, Stendhalu, Kafce. Jakbym nagle znalazł się na cudownej wyspie.

15 czerwca, k. 14.30

Miałem napisać więcej na blogu, ale nie jestem w stanie. Ilość pracy mnie w tej chwili przerasta, a wiąże się też z różnymi spotkaniami, wyjazdami, przygotowaniem do rozmów, dokumentacją książki i rzecz jasna pisaniem. Jednak postanowiłem tutaj zapisać kilka zdań, bo stale spotykam osoby, które mówią, że czytają bloga i czuję wobec nich powinność. W ostatnich dniach m.in. bardzo udane spotkanie w Miejskim Ośrodku Kultury w Legionowie z okazji drugich urodzin Dyskusyjnego Klubu Książki. Rozmowa, którą prowadziła Renata Sowińska dla mnie bardzo ciekawa i inspirująca i zmuszająca do sformułowania (czasem przeformułowania) różnych swoich opinii. Taka rozmowa przez duże „R”. Po spotkaniu Ela Czerwińska zagrała nasz monodram „Smażone zielone pomidory”. Bardzo mnie cieszyła i pełna sala i chęć uczestników do rozmowy. Po spotkaniu wiele osób podchodziło ze swoimi pytaniami i naprawdę widziałem zainteresowanie. Później wspaniała kolacja u zaprzyjaźnionej Reni Kamińskiej, nauczycielki z powołania, bardzo twórczej osoby z otwartą głową. Z różnych moich ostatnich wyjazdów i spotkań poza Warszawą (ale w Warszawie też) widzę, że kultura ma się dobrze. To znaczy owszem, systemowo państwo jej nie rozwija, kiepsko ją finansuje, rynek książki to rynek spod budki z piwem – z piwem na zeszyt, ale duch w narodzie jest. Ludzie czytają, chcą rozmawiać, przychodzą na spotkania, zazwyczaj są pełne sale. Mają potrzebę czynnego uczestnictwa. Złajać można również wydawców, którzy coraz częściej słyszę, nie chcą organizować spotkań autorskich, bo to się im nie opłaca dla kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu egzemplarzy sprzedanych na spotkaniu. I to jest najdurniejsza i bardzo antykulturalna, żeby nie powiedzieć antykulturowa polityka mająca krótkie nogi i krótkie majteczki. Właśnie kulturę powinno się czynić obywatelską. No, ale w tym kraju się i tak prawie nikomu nie chce pracować. A powtórzę, duch w narodzie jest. Naprawdę piękne spotkania z czytelnikami, którzy chcą kultury i demonstrują to właśnie nogami, przychodząc, porzucając w domach coraz bardziej miałką i pozbawioną kultury telewizję. Wczoraj w Ogrodzie Krasińskich imieniny Jana Kochanowskiego, piękny piknik książkowy, właściwie kiermasz. Pogoda jaka jest, widać za oknem. Jasne, sorry, ale taki mamy klimat. I mimo deszczu publiczność dopisała. W całej serii spotkań i ja prowadziłem jedno – na dużej scenie – z Katarzyną Surmiak-Domańską, Mariuszem Szczygłem i Wojciechem Tochmanem na temat „Reflektorem w mrok” – o przełamywaniu tabu, powinnościach reporterów, roli reportera dzisiaj i wpływie reportażu na rzeczywistość. Mieliśmy szczęście, że nie było akurat urwania chmury, ale deszcz co chwila padał – a mimo to publiczność siedząc pod parasolami słuchała. I wszystkie miejsca były zajęte. A działo się równocześnie w Warszawie bardzo wiele. To wszystko bardzo optymistyczne. Dzisiaj wyjeżdżam jeszcze na chwilę z Warszawy na dokumentację do książki, ale jutro wracam i prowadzę kolejne spotkanie – tym razem w Faktycznym Domu Kultury. Będę rozmawiał z reporterami Barbarą Pietkiewicz, Januszem Rolickim i Mariuszem Szczygłem i promować będziemy oczywiście „Antologię 100/xx”.

3 czerwca, k. 15.50

Chyba mogę na jakieś dziesięć dni solidniej przysiąść do biurka. Gęsta seria różnych spotkań autorskich, targowych, promocyjnych i innych za mną. Zaczynam znów od 13 czerwca. Wczoraj wieczorem w GW, w ramach cyklu „Teatr, Muzyka, Kino w Gazeta Cafe” prowadziłem spotkanie poświęcone spektaklowi „Cienie. Eurydyka mówi:”, którego premiera dzisiaj w Teatrze IMKA. Wzięli w nim udział Maja Kleczewska, Katarzyna Nosowska, Paweł Krawczyk, Łukasz Chotkowski, a także Paweł Łysak. Tutaj dźwięk ze spotkania:

Cienie. Eurydyka mówi

27 kwietnia, k. 12.00

Czytam biografię Zofii Kossak-Szczuckiej, wydaną przez PWN, cóż to była za ciekawa, choć miejscami kontrowersyjna postać, ale jaka biografia rodzinna Kossaków, ich sympatie i antypatie, dwory, pałace, historia, która plądrowała wnętrza i paliła mury, a ich twórczość trwa. I siła Kossak-Szczuckiej w obliczu wielu tragedii, jakie ją dotknęły. Jej pracowitość. Muszę sięgnąć do jej książek.

Za chwilę biegnę poprowadzić spotkanie o Ryszardzie Hanin. Tak się cieszę, od dawna chciałem coś zrobić, aby przypomnieć tę wielką aktorkę, której przypominać nie trzeba, ale do której aktorstwa koniecznie już trzeba wracać. Jej szczerości i prostoty i oszczędności, która była podparta olbrzymią pracą i wspaniałym warsztatem.

Wczoraj w Polskim Radiu Czwórce mówiłem o „Złodziejach koni”, zdradziłem trochę z fabuły, i z pracy nad książką. Polecam uwadze, można posłuchać tutaj:

o Złodziejach koni

A tutaj materiał z „Teleexpressu”:

http://teleexpress.tvp.pl/14912930/zlodzieje-koni-i-remigiusz-grzela

No i polecam powieść oczywiście. Pytajcie w księgarniach. Z dużymi sieciami zawsze jest problem na początku, ale jest chyba już we wszystkich księgarniach internetowych, najtaniej na bonito.pl, gdzie sam często kupuję książki.

14 kwietnia, k.  23.30

Długi, ale ciekawy dzień. Zebranie kapituły nagrody im. Andrzeja Żurowskiego dla młodych krytyków teatralnych i wybór „piątki” do finału. Potem prowadziłem w Faktycznym Domu Kultury spotkanie promujące Antologię reportażu pod red. Mariusza Szczygła. Genialna pani Barbara Seidler, legenda polskiego dziennikarstwa. Mam nadzieję, że będzie podcast i że będę mógł umieścić tutaj link do dźwięku.

Jutro prowadzę spotkanie z Radkiem Knappem. I w ogóle jutro dużo spotkań, wypełniony dzień po brzegi.

Uzupełniłem kalendarz.

Zaczynają się już pojawiać recenzje ze „Złodziei koni”, były dotąd trzy. Książka ma wyjść z drukarni za kilka dni, a 24 trafi do księgarń.

17 marca 2014, k. 20.40

Bywają takie dnie. Rano u Agaty, dzisiaj rok odkąd odeszła. Wciąż trudno to objąć. A potem wiadomość, że wczoraj w Izraelu odszedł Zvi Diamant, bratanek Dory, ostatniej miłości Franza Kafki. O Franzu i Dorze pisałem w swojej książce „Bagaże Franza K.”, a później poznałem w Izraelu Zvikę, jego wspaniałą żonę Szoszi, ich rodzinę. Wiele mam pięknych wspomnień związanych z nimi. Zvika rok temu zawiózł mnie do papierosiarza z Placu Trzech Krzyży, Pawełka – Pereca Hochmana. To było kapitalne spotkanie. Pan Perec Hochman zmarł kilka miesięcy później, tamtego dnia miałem dyktafon i nagrałem jego pełne wigoru wspomnienia. Jaffo, po którym tyle spacerowałem ze Zvi i Szoszi, zawsze już będzie mi się z nimi kojarzyło. Jutro w Holonie pogrzeb Zviki, tak bardzo mi przykro, że nie mogę tam być. Będę myślał tutaj. Teraz myślę o Szoszi, o tym, jak jej jest teraz źle. Bo to było piękne, i wiecznie zakochane w sobie małżeństwo. Zvika miał 66 lat. Zmarł na guza mózgu. Dowiedział się w październiku. Nie wiedziałem o jego chorobie. Kilka dni temu posłałem mu maila, zdziwiło mnie, że nie odpowiedział. Nie wiedziałem, że jest w tak ciężkim stanie.

14 marca 2014, k. 20.40

Wczoraj imieniny Bożeny, Krystyny. Różne rocznice, między innymi 60. urodziny Piotra Łazarkiewicza, którego zawsze wspominam ze wzruszeniem, sympatią i którego brak jest dotkliwy. Brakuje jego entuzjazmu, zapalania się, chęci pomocy, doradzenia. Był pierwszym reżyserem, który zainteresował się moim sztukami. Zawsze będę mu za to wdzięczny.

Wczoraj w jego rodzinnych Cieplicach Śląskich odsłonięto Bulwar jego imienia. Tak się cieszę, i wspaniałe jest to, że nie tylko zostawił po sobie ślad w każdym z nas, którzy go spotkaliśmy, ale też chyba coś trwałego chociaż zupełnie niematerialnego.

Obecność to teraz ważny dla mnie temat.

11 marca 2014, k. 19.15

Gonię. Oddałem do Wydawnictwa redakcję „Złodziei koni”, siedzę w robocie, na szczęście dnie coraz ładniejsze, słoneczne. Kiedy odrywam się od pracy mam w głowie ubiegły rok. Marzec to był najokropniejszy czas. Agata odchodziła. Szesnastego minie rok. Trudno uwierzyć, że to już rok. Niektóre emocje, jakby to się wczoraj działo.

Dzisiejszą pocztą przyszedł nowy tom wierszy Urszuli Kozioł „Klangor”. – Treny po śmierci ukochanego. To nie jest tom na pośpieszną lekturę. Chcę mieć na niego czas a przede wszystkim spokój. Przepisuję jeden z wierszy, który od razu do mnie trafił:

URSZULA KOZIOŁ

LUBIĘ

Lubię książki które po przeczytaniu

chodzą za mną

lubię książki które przed napisaniem

chodzą mi po głowie chmurą-nie chmurą

rozpierzchają się

i znów wracają w innej konfiguracji

z przebłyskiem

z prześwitem

z nagłym gromem

od którego już nie jeden raz

odjęło mi mowę na długo

(z tomu „Klangor”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014)

1 marca 2014, k. 20.00

Przez cały dzień redagowałem rozmowę, a końca nie widać… Zawsze tak się zanurzam w tekstach rozmów. Szukam pomysłu. Najpierw czyszczę mozolnie, potem szukam pomysłu na tekst – jego dramaturgię, montaż. Ciągle jeszcze zdarza mi się słyszeć, że wywiad to jest prosta forma, że wystarczy spisać. Nie wystarczy. Bywa, że to naprawdę ciężka robota. Tekst jest tekst. Musi mieć swój rozwój, rytm, napięcie, i puentę, którą kiedyś cudowna Bożena Janicka określiła jako „takie ole!” na końcu.

Do działu „kartki na kulturę” wkleiłem przed chwilą tekst o piątym tomie „Dzieci Holocaustu mówią”, jaki wygłosiłem na jego wieczorze promocyjnym w Muzeum Historii Żydów Polskich. A do linków, pod kategorią „debata o literaturze” dodałem kilka aktualnych głosów, w tym z dzisiejszej „Gazety Wyborczej” kolejny list „piątki” – czyli Ani Dziewit-Meller, Joasi Laprus-Mikulskiej, Grażyny Plebanek, Kasi Tubylewicz i mój. Dodam tylko, że nie rozumiem nagłówka od Gazety „literatura środka bawi i rozwija”, bo kompletnie nie o tym jest nasz głos w debacie. Raczej wspinamy się na barykadę, żeby próbować rozliczyć tzw. rynek.

Zacząłem czytać pierwszy tom antologii polskiego reportażu pod redakcją Mariusza Szczygła. Odnalezione bogactwo.

Załamujące wiadomości z Rosji. Najpierw kukiełka Janukowycz zrobiła z siebie ofiarę na konferencji prasowej, teraz znów w łaskach caratu upomina się o kraj, który rozkradł i naród, który nie chce o nim słyszeć. Krym jest bliżej niż pokazuje to mapa. Bardzo złe wiadomości.

12 lutego 2014, k. 23.00

Długi dzień. Jednak w ciągu dnia oprzytomniałem. Byłem akurat przypadkiem w jednej z galerii handlowych, wpadłem do empiku, a na karku stale oddech pracy. Ojej, muszę wracać, nie zdążę z wszystkim. Omal wybiegłem i nagle spłynęła na mnie najoczywistsza oczywistość a wcale nie światło? Czy ty pracujesz dla pracy czy dla tortu czekoladowego? Wybrałem tort czekoladowy i kawę. Zwolniłem i już spacerem (jasne, chętnie bym pospacerował w parku, ale padało niestety) poszedłem do Bliklego. I to była wielka, wielka przyjemność.

Być może dlatego tak mnie uderzyła nowa powieść Agnieszki Drotkiewicz „Nieszpory”, którą czytałem w „szczotkach”, bo wychodzi w marcu. W tej powieści jedna z bohaterek, Julia nawet nie ma siły już gryźć, bo praca stała się treścią jej życia ale nie pokazywała celu.

A skoro praca, to w nowym „Zwierciadle” (od jutra – czwartku – w kioskach) moja rozmowa z Wojciechem Waglewskim. Bardzo to było dla mnie ciekawe spotkanie. Do 14 lutego na stronie Krytyki Politycznej można też kupić moją książkę „Wolne” (w pakiecie z książkami-wywiadami z prof. Marią Janion i Małgorzatą Szumowską) za 50 złotych. Polecam, bo świetna okazja. Zaś w przyszłym tygodniu prowadzę dwa spotkania (oba w kalendarzu). Do udziału w spotkaniu o prof. Bardinim udało mi się zaprosić Krystynę Zachwatowicz i Andrzeja Wajdę, a także Ewę Ziętek, Ignacego Gogolewskiego, Andrzeja Seweryna i prof. Barbarę Osterloff. Już mam nieziemskiego pietra.

W Teatrze Powszechnym trzy razy „Smażone zielone pomidory”, ale zostały już pojedyncze bilety na te lutowe spektakle, w marcu i kwietniu kolejne, więc polecam. No i wracam do lektury.

3 lutego 2014, k. 22.05

Dlaczego mi to zrobiłeś? – Takie pytanie miałem wczoraj w głowie po wiadomości o śmierci Philipa Seymoura Hoffmana, jednego z najwspanialszych moim zdaniem aktorów naszej epoki, jednego z moich ulubionych aktorów – obok Eda Harrisa, Seana Penna, Roberta De Niro. Miał troje dzieci. Był aktorskim geniuszem. Jeździł po Nowym Jorku rowerem. Od ponad dwudziestu lat był czysty, jego heroiną był zawód, spalał się, ale i dawał nam odkrycia i objawienia. I nagle, jak czytam, przed rokiem wrócił do narkotyków. Jak bardzo musiał w nie wpaść, skoro była to podróż w jedną stronę? Znaleziono go w wannie. Z igłą wbitą w przedramię. Powiedzieć, że to strata to za mało. Bo on odkrywał aktorstwu jego możliwości, pokazywał, kim aktor być może, jaką ma władzę. Miał absolutne panowanie nad postaciami, jakie grał. Władzę, która obezwładniała. Nie miał tylko władzy nad sobą. Fenomen a może tajemnica aktorstwa. Pisałem o Hoffmanie wiele razy. Ale moim absolutnym objawieniem, rolą, która przewyższa wszystkie męskie role, jakie znam, aktorską Koroną Ziemi była jego kreacja w filmie „Synekdocha Nowy Jork”, która od półtora roku, odkąd widziałem ten film, nie wychodzi mi z głowy. Tu link do tekstu, jaki pisałem po obejrzeniu filmu:

Synekdocha Nowy Jork

Dzisiaj praca, a później popołudnie i wieczór z Martą Fox, popołudnie i wieczór francuskie. Bo najpierw w kawiarni Saint Honore na Krakowskim Przedmieściu, a potem we francuskim bistro na Rozbrat. W dodatku Marta podarowała komplet płyt z piosenkami Brela w polskich wykonaniach i zbiór wierszy Julii Hartwig, wielbicielki Paryża. A mój Paryż? Posiedziałbym na rue Mouffetard pachnącej serami pijąc dobre wino i patrząc na przechodniów. A czas mijałby i mijał. Chociaż nie. Stałby w miejscu. Bo to mój Paryż. Miasto, które ma tę zaletę, że należy do każdego, kto się w nim zakocha.

31 stycznia 2014, k. 19.00

Umarła pani Nina Andrycz. Cóż to była za niezwykła osoba. Pamiętam, że kiedy szedłem do niej na rozmowę, mieszkała jeszcze w Alei Róż, powiedziała mi: „A we wstępie do wywiadu napisze pan: Szedłem z duszą na ramieniu do królowej sceny polskiej, a tymczasem drzwi otworzyła mi skromna pani”. Wiesia Czapińska, świetna krytyczka filmowa, której od paru lat już nie ma, mówiła, że kiedyś pokazała pani Andrycz jakąś recenzję z filmu z jej udziałem i zdanie: „Kamera wpatrywała się w oczy Niny Andrycz”, pani Nina poprawiła na „przepiękne oczy”. Nie wiem, ile w tych wszystkich anegdotach było prawdy, ale pewnie było dużo, bo swoje zawodowe doświadczenia też miałem. Nasza rozmowa ukazała się w mojej książce „Rozum spokorniał”. Był rok 2000. Promocja odbywała się w nowej Bibliotece UW na Powiślu. Zaprosiłem panią Ninę i zaoferowałem wysłanie po nią taksówki. Mówię, że spotkanie jest o 17, a pani Nina: To niech taksówka będzie u mnie 17.15. Ja na to, myśląc, że źle usłyszałem: „Więc za piętnaście piąta?”. – „Kwadrans po piątej – poprawiła pani Nina – przecież ja muszę zrobić entre!”. Na spotkaniu mówiła, że solidnie poprawiała mi tekst, ale nie mam się obrażać, bo tak samo poprawiała Iłłakowiczównie. Znałem i wróżkę, z którą pani Nina była związana emocjonalnie i pana, dla którego – jak sam się pochwalił – zaczęła jeździć tramwajem, kiedy wybierali się do kina. Od nich, ale też od wielu artystów słyszałem przez lata niezliczone cenzuralne i niecenzuralne anegdoty.

Nie ma już dzisiaj takich legend teatru, tych prawdziwych heroin. Widziałem parę ról pani Andrycz w Teatrze Polskim. Jej rola w „Krzesłach” Ionesco na małej scenie na Foksal była wstrząsająca. Do dzisiaj pamiętam, jak idzie szurając butami. Jej jubileuszowa rola na dużej scenie Teatru Polskiego w napisanej przez nią sztuce „Lustro królowej” – jeśli nie mylę tytułu – była absolutnie nie do wybaczenia. Między obiema rolami jakieś lata świetlne. Ale rozumiem, że to też zależało od wpływu reżysera na artystkę. Zawsze powtarzam, że Nina Andrycz pokazywała teatr, który już przeminął, aktorstwo, jakie uprawiała pewnie Przybyłko-Potocka i wcześniej Modrzejewska. Zaś Danuta Szaflarska, przecież to samo pokolenie do dzisiaj uprawia aktorstwo poszukujące, współczesne do szpiku kości. Bez wątpienia ze śmiercią Niny Andrycz minęła cała epoka teatru i aktorstwa przedwojennego. Bardzo długa epoka. To była naprawdę oryginalna, ciekawa, pasjonująca osoba. Wielokrotnie miałem okazję z panią Niną Andrycz rozmawiać, a kilkakrotnie dłużej – między innymi, kiedy pisałem swoją powieść „Bądź moim Bogiem”, a ona opowiadała mi o Wierze Gran. Wydawała się wieczna ze swoim niegasnącym intelektem, otwartą głową i kondycją fizyczną. Niestety kino jej nigdy nie pokochało. Niewiele ról zachowało się na celuloidzie. Teatr przemija. Pokolenia zapomną. Ale jej rola w filmie Andrzeja Barańskiego w „Horrorze w Wesołych Bagniskach” nie minie. Zresztą wszystkie role z tego filmu. Wspaniale partnerowała jej Krystyna Feldman, mistrzyni epizodu.  W filmie Jacka Bławuta „Jeszcze nie wieczór” jest sobą. Szkoli ks. Orzechowskiego jak ma powitać i przedstawić królową. Nie życzy sobie, żeby oglądała ją Irena Kwiatkowska, kiedy wypatrzyła ją na widowni skolimowskiej jadalni, gdzie ustawiono scenę. Jest sobą genialnie. Do końca. W naszej rozmowie Nina Adrycz mówiła: „Nie boję się śmierci. Ale boję się zapaści psychicznej, jakiejś choroby, która obezwładnia. Boję się trzeciej światowej, a sądzę, że może wybuchnąć. Wiem, że to bardzo niepopularne, co mówię – parę osób pomyśli, kracze jak Kasandra – ale wydaje mi się, że wojna jest nieunikniona i że rozegra się nawet wbrew woli polityków. Są narody, które chcą wojować. Przez wrodzony mi takt nie powiem które”. I jeszcze: „W moim życiu prywatnym nigdy nie było autokreacji. Przeciwnie, to jedyna dziedzina, w której kiedyś poniosłam klęskę”.

30 stycznia 2014, k. 19.15

Może jutro uda mi się napisać więcej na blogu, ale naprawdę gonię czas i nie wiem, gdzie ja go zgubiłem. Poza tym mróz, śnieg i brak słońca – nie lubię narzekać, naprawdę – plus koty, które nie wiedzą, co ze sobą zrobić i demolują całe noce, jasne, nie wychodzą teraz, bo za zimno – słowem: zimo, już dziękujemy. Moja siostra w RPA i bardzo jestem ciekawy jej opowieści po powrocie i cieszę się, że ma teraz ocean i ponad trzydzieści stopni. Pomijając prawie dwudniową podróż.

Wczoraj w kinie na „Sierpniu w hrabstwie Osage” i udręka upałów – również rodzinnych, o którym opowiada film. Kilometrowa kolejka do kina, dawno już nie widziałem czegoś podobnego, budujące. Udało mi się kupić ostatnie miejsca w pierwszym rzędzie, jednak lepsze było oglądanie z wysokości, siedząc na schodach. Bardzo chciałem zobaczyć, bo jestem wielkim fanem sztuki Tracy Letts, według której powstał film, nagrodzonej Pulitzerem. Widziałem dwukrotnie w Teatrze Studio, we wspaniałej obsadzie. Letts napisała też scenariusz filmu, bardzo zresztą sztuce wierny. Maestria gry aktorów z Julią Roberts (nie wiem, czy to nie jej najlepsza rola filmowa) i Meryl Streep. Przyjaciele, którzy siedzą w filmie zawodowo, kręcili nosem na tę rolę Streep. Że przerysowana, że zagrywa za bardzo. Nie wiem. Do mnie trafiła. Przejęła mnie w wielu momentach. To balansowanie na granicy złości (w końcu gra wredną nestorkę rodziny) i śmiechu przekonało mnie, czyniło tę rolę wieloznaczną. Mocny film, choć niepozbawiony humoru.  I naprawdę mam ochotę pójść zobaczyć „Sierpień” w Teatrze Studio po raz trzeci.

A, zapomniałbym. Dzisiaj w wyziębionym tramwaju starszy pan jadący z wnukiem i jego dziewczyną opowiedział im na czym polega demokracja. Mówi: „Trudno wam pewnie sobie wyobrazić, co to znaczyło dla mnie, w czasach komuny, pojechać do Soczi. Ja wtedy palmy pierwszy raz widziałem na plaży i mandarynki na drzewach. Ale najważniejsze, że poznałem, co to demokracja. Siedzieliśmy w większej grupie w barze na plaży, jedni się znali, inni nie. Piliśmy wino szklankami. A jak się piło to się obszczypywało sąsiadki, i one w ogóle nie protestowały. To jest demokracja”. Myślałem, że padnę, jak to usłyszałem. I jak teraz się w tę opowieść włączyć, żeby pana uświadomić, że nawet nie ma pojęcia o tym, że jest szowinistą.

15 stycznia 2014, k. 19.50

Pod wieczór dostałem nową książkę, a właściwie autobiografię Irit Amiel „Życie. Tytuł tymczasowy”. O Irit, z którą się przyjaźnię pisałem wiele razy. W dziale „Kartki na kulturę” zamieściłem jakiś czas temu wywiad z Irit, przeprowadzony rok temu w Izraelu. Bardzo na tę książkę czekałem i byłem jej ciekawy. Czytam. Wpadłem w tę lekturę od razu. Sześćdziesiąt stron przeczytałem jednym haustem, podziwiając formę tej książki, narrację, podpatrując, jak unika patosu, chociaż jest to lektura bolesna. Na pewno napiszę o tej książce więcej, jak skończę. Czytam tak, jakbym wpadł do sklepu z opowieściami i od którejś nie mógł się oderwać. Wychodzę z niego, a znów zaglądam, czy ta opowieść tam sobie jeszcze jest. A coraz bardziej jest już ze mną.

14 stycznia 2014, godz. 21.10

Nagrywam rozmowy do mojej nowej książki. Ciekawa i chyba ważna przygoda. Dużo myślę o Teresie Torańskiej, o jej ciekawości świata, o jej genialnych tekstach, na których można się uczyć. O jej rytmie zdań. O muzyce, jaka była w jej tekstach.

W najbliższą niedzielę będę prowadził w Teatrze Żydowskim kolejne spotkanie z cyklu „Bagaże kultury”. Tym razem pod hasłem „Jerzy Ficowski. Odkrywca”. Biorą w nim udział Elżbieta Ficowska (żona poety), Julia Hartwig i Jowita Budnik, która przeczyta kilka wierszy Papuszy. Te spotkania to też dla mnie możliwość powrotów do tekstów, do wierszy, albo odkrywania zupełnie na nowo. Czytam wiersze Jerzego Ficowskiego i tyle w nich dla siebie znajduję.

JERZY FICOWSKI

PRZELOT DZIKICH GĘSI

W opadłym z ptactwa październiku

nocą zupełną

smuga ślepego blasku raczej

ornament zaoczny

w ociemniałych tunelach domysłu

przelatujące litanie czy raczej

procesje dźwięków

święty święty święty

supliki dzikich gęsi

modlitwa czystej biologii

zdejmują mi z oczu

ciasną noc

unoszą ją szerzej

w wysoką przestrzeń ponadwidzialną

Widzę na oślep

gęgot oznajmujący

że lecą białe lecą białe białe

pomimo czerni wszystkożernej białe

Aniołom łatwiej Lecą nad ciemnością

(z tomu „Gorączka rzeczy”, PIW, Warszawa 2002)

15 grudnia 2013, k. 22.00

Posłałem dzisiaj Wydawcy ostateczną wersji powieści. Dzisiaj uświadomiłem sobie, że mija pięć lat odkąd zacząłem nad nią pracować. Moja pierwsza powieść „Bądź moim Bogiem” wyszła w sierpniu 2007, kilka miesięcy później zacząłem pisać „Złodziei koni”, bo taki ma tytuł. Wracałem do niej przez te lata wiele razy, redagując, zmieniając, znów redagując. Bardzo to było dla mnie ciekawe znów do niej wrócić, bo zamknąłem jej tekst przed pracą nad książką o Joannie Penson. Znów skreśliłem niepotrzebne słowa, zdania, nawet całe sceny. Ciekawe było dla mnie wchodzić raz jeszcze do powieści, która już przecież była sama dla siebie prawdziwym życiem. Teraz pójdzie do redakcji, a na wiosnę do czytelników.

Ostatnie wieczory w teatrze. W OCH-u premiera farsy „Przedstawienie świąteczne” w reżyserii Krystyny Jandy, bardzo udana. Farsa to wielkie wyzwanie dla aktorów. Budować rytm, napięcie i grać właściwie jedną, grubą kreską, nie zgubić sensów, opowiadać logicznie – właściwie rozśmieszanie ma swoją matematykę. A dzisiaj z Kamilą na Hożej 51 na spektaklu Aldony Jankowskiej „Lataj z Krystyną”. O wiele więcej niż stand-up, nie do końca monodram, raczej nie one woman show, ale bez wątpienia spektakl jednej aktorki wymagający nie tylko talentu, warsztatu ale i zdolności do improwizacji. Aldona Jankowska, która gra kobietę bez hamulców. Idzie po swoje. Ktoś na spotkaniu, po spektaklu nazwał ją Łomnickim w spódnicy. Bez wątpienia osobowość, która rozsadza i warsztat, który jest mistrzowski.

6 grudnia 2013, k. 19.00

Wczoraj pocztą mikołajkowy prezent od Rodziców, chociaż w zasadzie – zgodnie z dołączoną kartką – od św. Mikołaja. Miło jakoś. Wczorajszy wieczór też jak prezent, bo jak co roku na urodzinach pani Barbary Krafftówny. Zestaw gości znany mi, właściwie już rodzinny. Żartowałem, że zamiast „niech jej gwiazda pomyślności nigdy nie zagaśnie”, będziemy śpiewać: „deszcze niespokojne potargały sad”. A potem kiedy pani Barbara oglądała prezenty i pokazywała biały kubek z namalowaną na nim omal Krafftówną, omal bo oczy, nos, usta, powiedziałem, że trzeba by nałożyć rudą perukę. Pani Basia na to, że kiedyś wnuk zapytał ją, dlaczego jak inne babcie nie jest siwa. – Bo jestem ruda, i nigdy nie będę siwa – odpowiedziała, a wnuk przyjął do wiadomości bez zdziwienia. Bardzo miły, domowy wieczór.

Noc bez snu właściwie. Ksawery, huragan, który nam daje popalić, pojawił się w ogrodzie po drugiej w nocy, drzewa uginały się do połowy, bardzo się martwiłem, czy się brzózka, bo dosyć wątła, nie połamie. Ale nie. Przetrwała. Po dwudziestu minutach zupełnie się uspokoiło. Ale ostry wiatr wracał, i dzisiaj przez cały dzień i śniegiem zasypało, ku zmartwieniu kotów. Słucham Agi Zaryan śpiewającej Ninę Simon. Wspaniała jej nowa płyta. Jestem fanem Agi Zaryan od pierwszej płyty i czekam na kolejne z niecierpliwością prawdziwego fana. A poza tym nic na działkach się nie dzieje.

4 grudnia 2013, po 22.

Pracowicie. Rano oddałem nowy wywiad do „Zwierciadła”, a już w pracy nad kolejnym od paru dni, zaś wieczorem w Gazeta Cafe prowadziłem spotkanie z Agnieszką Glińską, znakomitą reżyserką i dyrektorką Teatru Studio. Tej rozmowy można posłuchać tutaj:

Agnieszka Glińska w Gazeta Cafe

Te spotkania, których kuratorką jest Dorota Wyżyńska, prowadzę już chyba siódmy rok, duże to wyzwanie zawodowe i duże szczęście.

Z Gdańska doniesienia, że wczorajsze spotkanie z panią Joanną Muszkowską-Penson, bohaterką mojej książki „Było, więc minęło” wspaniałe i bardzo wzruszające. Pani Joanna też wydawała się być szczęśliwa, kiedy rozmawialiśmy o tym wczoraj wieczorem.

Miło mi poinformować, że podpisałem właśnie umowę wydawniczą, z której wynika, że moja nowa powieść (pracowałem nad nią kilka lat i skończyłem parę miesięcy temu) ukaże się na wiosnę 2014 roku. Bardzo się cieszę.

2 grudnia 2013, koło północy

Cały dzień pisania. Znam już godziny zmęczenia, zniechęcenia, te, w których trzeba pójść dalej, zrobić krok, żeby znów wpaść w tekst. Rytm pisania, niekoniecznie tekstu. Zaglądam do wiadomości o tym, co na Ukrainie. Społeczeństwa zawsze mądrzejsze od polityków. Trzymam kciuki za jutrzejsze spotkanie z panią Joanną Penson, w Gdańsku, w Bibliotece Uniwersytetu Medycznego. Wiem, że pani Joanna nie lubi publicznych wystąpień. Ja pracuję tutaj. A „Było, więc minęło” we Wrzeniu Świata, czyli klubokawiarni reporterów prowadzonych przez Instytut Reportażu na drugim miejscu sprzedaży, zaraz po „Eli, Eli” Wojtka Tochmana. Miła wiadomość.

1 grudnia 2013, k. 16.00

Pracuję. Wczoraj wieczorem obejrzałem dokument o Marinie Abramovic, który właściwie zasługuje na to, żeby napisać o nim oddzielnie, zrealizowany wokół jej pracy Artystka Obecna. Wstrząsająca prostota spojrzenia sobie w oczy, spojrzenie w siebie, w lustro, którym jest ten Inny. Portret artystki pracującej naprawdę ciężko, oddającej sztuce omal wszystko. A może właśnie wszystko. I nagle młoda dziewczyna, która chwilę wcześniej mówiła, że też, jak Marina chce być performerką, wchodzi do muzeum, siada naprzeciwko, a właściwie zanim usiądzie zrzuca sukienkę, chce usiąść nago. Jakie to nagle okazało się głupie, banalne, jakim oszustwem okazuje się ten gest. Marina, która wielokrotnie wykorzystywała w swojej sztuce nagie ciało jest artystką o doskonałej świadomości, mówi, że performance to stan umysłu. A stan umysłu to przecież całokształt zdarzeń, pamięci, emocji… Nie wystarczy zrzucić ubrania. Ta scena, w której dziewczyna zrzuca przed Mariną Abramović swoją sukienkę właściwie upokarza i Marinę i jej sztukę. I tak myślę sobie dzisiaj o rozdźwięku jaki jest w świecie i o sztuce, jaka jest każdego dnia nieustannie upokarzana.

27 listopada 2013, k. 13.30

Krótko, bo zaraz biegnę dalej. Wczoraj duży stres związany z warszawską promocją książki „Było, więc minęło”, bo w ciągu dnia wiele wiadomości – mam grypę, zaziębienie, źle się czuję. A jednak przyszło bardzo wielu gości i sala była wypełniona do ostatniego miejsca. Padł też podobno rekord sprzedaży książki na spotkaniu w Faktycznym Domu Kultury. Byłem szczęśliwy, że to Mariusz Szczygieł prowadzi to spotkanie, bo zna mnie i moje teksty od zawodowego początku. Ewa Błaszczyk fenomenalnie przeczytała fragmenty. Pokazaliśmy też film wideo-rozmowę Ewy z panią Joanną Penson dotyczącą Czesławy Oknińskiej. Byłem poruszony widząc w pierwszym rzędzie „ravensbruczanki”, w tym najbliższą przyjaciółką pani Penson panią Alicję Gawlikowską-Świerczyńską, właściwie jej przyjaciółkę jeszcze z warszawskiego gimnazjum Królowej Jadwigi. Wśród gości między innymi Ewa Beynar, Alicja Kapuścińska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Maria Bojarska, Jerzy Szejbal, Zuzanna Janin, Leszek Sankowski, Ania Janko, Małgosia Rożniatowska, Zosia Czerwińska, Jadwiga Mackiewicz czyli Ciocia Jadzia, bardzo wielu moich przyjaciół i znajomych. Spotkanie było transmitowane w internecie, dzięki czemu jest nagranie. Zachęcam. Link poniżej.

Warszawska promocja \”Było, więc minęło\”

24 listopada 2013, k. 19.00

Jestem szczęśliwy. Spotkanie z panem Józefem Henem w Teatrze Żydowskim, które prowadziłem w cyklu „Bagaże kultury” emocjonujące. Pan Janusz Gajos czytał fragmenty „Nie boję się bezsennych nocy” i „Wiem, co mówię czyli dialogi uzdrawiające”. Pan Józef Hen czytał fragment swojego opowiadania „Szóste, najmłodsze”. Zachowałem się dzisiaj przytomnie i nagrałem swoim dyktafonem, dzięki czemu mam dźwięk i linkuję go poniżej. Zapraszam do wysłuchania. – Oczywiście dźwięk nie jest może radiowy, ale i tak niezły. No i radość zawsze, że teatr pełen, że spotkanie dla wielu osób ważne.

Józef Hen w Teatrze Żydowskim – Bagaże kultury – Rozmowa na 90. urodziny

17 listopada 2013, k. 17.00

Wczoraj urodziny Agaty. – Najpierw na cmentarzu – dużo kwiatów i światełek. Wieczorem w gronie bliskich jej osób. Zdjęcia z projektora. Tyle wspomnień i refleksów przewijało się przez głowę. Tort urodzinowy. Dla nas. Monika Mariotti śpiewała jedną z ulubionych piosenek Agaty, „Mr Bojangles” z repertuaru Niny Simon. Piękny wieczór.

W ubiegłym roku byliśmy z Agatą w jej urodziny, na premierze „Wichrowych Wzgórz” w Teatrze Studio. Minął rok.

Ze strachem myślę o nadchodzącym tygodniu i następnych, tyle mam zajęć i zobowiązań. Ale do przodu. Najważniejsze, żeby do przodu, jak mówiłem do bohaterki „Było, więc minęło” pani Joanny Penson, na co odpowiadała: „Ale ja nie wiem, do jakiego przodu”.

15 listopada 2013, k. 16.00

Wczoraj wieczorem piękna uroczystość w Teatrze Polskim, wręczenie nagród Newsweeka im. Teresy Torańskiej, z udziałem prezydenta Komorowskiego. Nagroda za najlepszą książkę powędrowała do Małgorzaty Rejmer za „Bukareszt. Kurz i krew”. Bardzo, bardzo tej nagrody gratuluję. Cieszę się, że te nagrody są, wierzę, że będą wyznaczyły jakość w dziennikarstwie, że przywrócą zawodowi szlachetność i etykę.

W dzisiejszej warszawskiej „GW” moja rozmowa z Krzysztofem Pendereckim, bo rozpoczyna się właśnie Festiwal imienia kompozytora z okazji jego 80. urodzin.

Głowa pełna muzyki

A teraz już wracam do pracy, bo dużo, dużo spraw i działań. W kalendarzu aktualności. Zapraszam.

10 listopada 2013, k. 14.00

Wczoraj z mężem Teresy Torańskiej, Leszkiem Sankowskim byliśmy w Radiu dla Ciebie, w audycji Teresy Drozdy mówić o „Smoleńsku”. Książka robi na mnie piorunujące wrażenie, pewnie będę jeszcze o niej pisał. Audycji można posłuchać tutaj:

o \”Smoleńsku\” Teresy Torańskiej

Za biurkiem. Mierzę się z tekstami, czasem, pogodą, w ogóle z aurą, jaka jest. Ula Dudziak, najbardziej znana mi optymistka powtarza, że pogoda zawsze jest dobra, że nawet deszcz można polubić, ale chociaż sam jestem optymistą to jednak mam nieco odmienny pogląd. Wczoraj w TVP Kultura film dokumentalny o parze, która ma wybrać miejsce do zamieszkania – Rzym czy Berlin. W finale pada zdanie: „Życie jest za krótkie, żeby nie być Włochem”. Koleżanka przysłała mi wczoraj sms: „Zeźliło mnie to, co się w moim kochanym kraju dzieje. Chcę do słońca i opanowanych ludzi”. Z tym opanowaniem u Włochów to znowu nie aż tak pięknie, ale rzeczywiście – tutaj inne zdanie z filmu, który widziałem: „jak mieszkać w kraju, w którym trzeba poczekać do wiosny, żeby pojeździć na rowerze”. No właśnie. Ale żeby nie narzekać, bo nie należę do narzekających, dodam, że ten skomplikowany kraj, w jakim jesteśmy lubię.

7 listopada 2013, k. 20.00

Pisałem kilkakrotnie o genialnym projekcie Kayah „Transoriental Orchestra”, który śpiewała dwukrotnie na festiwalu Warszawa Singera. Teraz ukazał się dwupłytowy album z tym materiałem i słucham z wielką radością od wczoraj. Rozwibrowane etno.

Wróciłem z kolejnego nagrania do nowej książki. Lubię opór, jaki stawia przede mną temat. Szukam w nim. Mierzę się od kilku miesięcy. Chyba nie lubiłbym pracować bez trudności. Zobaczymy, gdzie mnie ta podróż zaprowadzi. Rok zapowiada się pracowicie, bo wydaję w 2014 roku dwie książki non-fiction, nie mówiąc o skończonej powieści, która czeka na wydanie. I tyle historii, w które wpadam, w których się zanurzam, po których poruszam się jak po paciorkach.

5 listopada 2013, k. 19.40

Spotkanie z Anią Dziewit, Moniką Piątkowską, Leszkiem Talko, Ewą Winnicką – trzygodzinna rozmowa rewolucyjna o tym, co zmienić i jak, żeby państwo zaczęło traktować poważnie twórców, żeby zobaczyło realne problemy i spychanie ludzi tworzących kulturę na margines. Mamy zapał i energię. I chyba parę dobrych pomysłów, żeby uświadomić i rozliczać władzę z obowiązków. Tylko mówi się stale, że czytelnictwo spada. Ale co to znaczy dla nas? Ile żyje książka? Jak wymuszać na państwie ochronę? Będziemy walczyć o ubezpieczenia, o przyszłość po prostu. Kultura, cholera!

3 listopada 2013, k. 16.00

Dwa dni wspomnień, myśli, powrotów do fragmentów przeszłości ale też spotkań z przyjaciółmi. W piątek u Agaty, a wieczorem z przyjaciółmi na wojskowych Powązkach u Piotr Łazarkiewicza, Ani Kowalskiej, Teresy Torańskiej, Ryszarda Kapuścińskiego, Janusza Morgensterna… Świeczki na grobach Adama Hanuszkiewicza (morze światła), Tadeusza Łomnickiego, Kazimierza Deyny. W ciemności pierwszy raz nie udało mi się odnaleźć grobu Basi Musiałowej. Wrócę za dnia.

Wczoraj w Radiu dla Ciebie u Teresy Drozdy wspominałem Agatę, Piotra Łazarkiewicza, Zygmunta Broniarka, ks. Jana Twardowskiego, Wojciecha Żukrowskiego, Teresę Torańską, Wierę Gran.

RDC

Dzisiaj przypięty do telewizora oglądałem pogrzeb premiera Tadeusza Mazowieckiego. Tyle mądrych słów o pojednaniu, pokoju. Czy ktokolwiek wyciągnie z tego wnioski? Poruszające słowa wnuczki premiera. A potem oklaski, kiedy trumnę wyniesiono z kościoła. Oklaski obywateli, którzy przyszli pożegnać swojego premiera. Premiera, który był nasz wspólny.

25 października 2013, k. 15.40

Dzisiaj urodziny pani prof. Joanny Muszkowskiej-Penson, bohaterki mojej nowej książki „Było, więc minęło”. Rano dzwoniłem z życzeniami. Akurat „Szef” przysłał do domu kwiaty i prezent, bo pani profesor leży zaziębiona. Wzrusza mnie ta piękna ich relacja. Życzę Pani Profesor dużo, dużo zdrowia, radości i pracy, bo wiem, jaka jest dla Pani ważna.

W naszej książce Joanna Penson mówi: „Trzymają nas tutaj, na ziemi, może nie tylko uczucia, ale pejzaże, przeszłe sytuacje, chociaż – jak panu powiedziałam – niektóre z nich od siebie odsuwam. Trzeba mieć umiejętność odsuwania tego, czego się pamiętać nie chce”.

Wczoraj wieczorem w Kinotece premiera filmu i książki „Nie zapomnij mnie” Davida Sievekinga. Prowadziłem rozmowę z autorem po pokazie. Później byliśmy na kolacji. Warszawa zadziwia mnie za każdym razem, czasem jakbym w ogóle jej nie znał. Uwielbiam miasta.

O książce Sievekinga piszę w nowym, na tej stronie, dziale „rekomendacje”, gdzie będę zamieszczał krótkie polecenia kulturalne. I książka i film ważne. Mocne. Ciekawe.

22 października 2013, k. 21.20

Życie za szybkie. Trudno je dogonić. Spotkanie w Teatrze Żydowskim dla mnie ważne. Raz, że po raz pierwszy od czasu dzieciństwa spotkały się Ewa Tuwim-Woźniak i Kira Gałczyńska, dwa, że padło parę zdań odsłaniających prawdę. Ewa Tuwim mówiła o zdolności jej ojca do widzenia dwóch stron równocześnie – mrocznej i jasnej, o jego smutku i humorze. Ale też mówiła, że jej dzieciństwo nie było szczęśliwe, bo wbrew temu, co myślą dorośli dzieci czują i wiedzą więcej. Mówiła też, że Julian Tuwim prawdopodobnie popełnił samobójstwo. Kira Gałczyńska przejmująco opowiadała o rozmowie z Tuwimem po śmierci jej ojca. Powiedział, żeby przychodziła do niego z kłopotami. Jakby chciał jej ojca zastąpić. Może jeszcze o tym spotkaniu napiszę.

Dzisiaj byłem u Elżbiety Dzikowskiej. Poprosiłem ją, aby podarowała jakiś przedmiot na aukcję charytatywną na leczenie Oli Partyki, z mojego rodzinnego Starogardu. Trochę się w to zaangażowałem. Elżbieta przekazała coś pięknego, co z rodziną Oli niebawem wystawimy na specjalnej aukcji na Allegro. Będzie można też wylicytować piękną biżuterię od Krystyny Jandy i inne ciekawe przedmioty. Dam znać, jak tylko aukcja ruszy.

Podarowała mi swoją nową książkę „Tam, gdzie byłam”. Książkę, w której chyba po raz pierwszy pisze o swoim dzieciństwie, o rodzinie, również o tym wszystkim, co było w jej życiu przed poznaniem Tony’ego Halika, ale ważna i znaczna część książki o tej wielkiej, wspaniałej relacji, jaką była ich miłość. Na ścianie portrety Dwurnika – Elżbieta i Tony Halik, dla nas wszystkich jeden portret. Wychowałem się na programie „Pieprz i wanilia”. To wielki zaszczyt móc odwiedzić ich dom, rozmawiać z Elżbietą. A Tony Halik przecież jest.

Dzisiaj 70. urodziny Uli Dudziak. Nie liczę lat, to Ula chwali się wiekiem. Dzwoniłem z życzeniami i mówiłem w nich, że to teraz zaczyna się nowe. Płyta Uli wydana przez Kayax to majstersztyk. To nowe. Jej nowe mistrzostwo. Jest w swojej najlepszej formie.

17 października 2013, k. 19.00

Wczoraj u Agaty, jak co miesiąc. Znowu deszcz. Wracając wszedłem do Empiku. Wpadła mi w oczy nowa płyta Edyty Bartosiewicz „Renovatio”, kupiłem, bo przypomniałem sobie kapitalny jej koncert na Kryształowych Zwierciadłach, ze dwa lata temu, na którym byłem z Agatą. Bardzo nas ten koncert poruszył i sama Bartosiewcz, tak szczęśliwa, promienna, jasna.

Wieczorem w kinie na „Chce się żyć”. Zdewastował mnie ten film dokumentnie. Tak, że nawet jest mi trudno cokolwiek napisać. Jakbym kamień jadł – parafrazując Wojtka Tochmana, który dwa dni temu w Faktycznym Domu Kultury promował swoją nową książkę „Eli, Eli”. Tłumnie było. Do dzisiaj myślę o puencie, spotkania – nie książki. Mariusz Szczygieł powiedział o nim, o sobie, o reporterach, że właściwie pisze się po nic. Bo to nic nie zmienia ani w życiu bohaterów tych tekstów, ani autorów, ani czytelników. Pisze się, bo jest temat, pisze się, bo się w ten sposób zarabia. A tak naprawdę pisze się po nic. I bardzo się z Tobą, Mariuszu, nie zgadzam. Nie zabrzmiała żartobliwie ta gorzka puenta. I naprawdę trudno jest ją przełknąć.

13 października 2013, k. 19.00

Tak, zachwycam się! Czytam wywiady z Józefem Henem (przeprowadzane od 1948 roku) zamieszczone w książce „Wiem, co mówię czyli dialogi uzdrawiające”, wydanej właśnie przez Iskry i już całą książkę mam pozakreślaną ołówkiem. O swoim pokoleniu mówił na przykład: „Na pewno w jakimś sensie jesteśmy pokoleniem wykoślawionym. Wykoślawione są nasze książki, i te książki, których nie napisaliśmy” (z rozmowy Tadeusza J. Żółcińskiego).

12 października 2013, k. 19.15

Wczoraj miłe przedpołudnie z Martą Fox, kawa we Wrzeniu Świata (kupiłem nową książkę Wojtka Tochmana „Eli, Eli” i wiersze Papuszy, wydane właśnie przez Niszę), potem spacer Powiślem, na dachach biblioteki uniwersyteckiej, później Mariensztat i kawiarnia na rynku. Spokojny spacer w słońcu, bez pośpiechu. Dawno już nie miałem czasu na taki kilkugodzinny oddech.

Potem wizyta w Iskrach na Smolnej, w mieszkaniu (zachowanym) Boya-Żeleńskiego. Szef wydawnictwa pan Wiesław Uchański podarował mi nową biografię Tuwima autorstwa Mariusza Urbanka (czytam właśnie), a także zbiór wywiadów z Józefem Henem, który akurat wychodzi (bardzo mam wielki na tę książkę apetyt), książkę o warszawskich kawiarniach literackich i kilka innych. A po powrocie do domu w poczcie książka Renaty Putzlacher, pięknie wydana, którą chciałbym jak najszybciej przeczytać. Bardzo to był miły książkowy dzień.

Wieczorem w TOK FM u Hani Zielińskiej o nowej książce „Było, więc minęło” o pani prof. Penson. – W dzisiejszej „GW” jest duża recenzja Jarosława Kurskiego „Z ręką na pulsie Lecha Wałęsy”.

I last, but not least w piątkowej warszawskiej „GW” fragmenty mojej niepublikowanej rozmowy z Joanną Chmielewską. Całość można przeczytać tutaj:

Joanna Chmielewska

A już naprawdę na koniec tego telegraficznego skrótu, jeden z wierszy, które mnie znów oczarowały (strasznie miło jest czytać Tuwima, odkrywać perełki).

JULIAN TUWIM

ZAPACH SZCZĘŚCIA

Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie,

A zimne, świeże mleko, jak lody wanilią.

Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie,

Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion.

Żywiołem zachłyśnięty, zziajany w rozpędzie,

Ileś pokrzyw posiekał, ile traw stratował!

A kijem obtłukując szyszki i żołędzie

Ileżeś mil po drzewach małpio przecwałował!

I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska,

Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko…

I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska.

A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko.

*

7 października 2013, k. 22.30

Wróciłem z „Gazety Wyborczej”, prowadziłem wieczorem spotkanie z panem Krzysztofem Pendereckim, w którym wzięła udział również pani Elżbieta Penderecka. Spotkanie z okazji 80. urodzin kompozytora i listopadowego festiwalu jego imienia w Warszawie. To było moje drugie z nim spotkanie. Kiedyś, w domu w Krakowie, nagrywałem rozmowę o podróżach dla nieistniejącego już pisma „Voyage”, którego naczelnym był Tomasz Raczek. Mimo to miałem znów wielką tremę przed spotkaniem. To zawsze jest obezwładniające, jednak kiedy spotkanie się zaczyna trema mija. Wtedy zaczyna się praca. Praca, którą lubię. Mam wrażenie, że pan Penderecki naprawdę dużo i otwarcie powiedział. Rozmowy można posłuchać tutaj:

Rozmowa z Krzysztofem Pendereckim

Dorota Wyżyńska, która jest kuratorką tych spotkań w „Gazeta Cafe” dostarcza mi nadzwyczajnych wyzwań. W naszym cyklu „Teatr, Muzyka, Kino” byli najważniejsi, w tym Vaclav Havel, Jerzy Jarocki, czy Janusz Morgenstern. W tym cyklu Piotr Łazarkiewicz przygotował próbę czytaną „Odejść” Havla, w której brałem udział. To ważny dla mnie, i wyjątkowo mi bliski cykl spotkań.

Dzisiaj dzień smutnych wiadomości. Najpierw o śmierci Krysi Sokołowskiej, świetnej dziewczyny, koleżanki, działaczki społecznej ze stowarzyszenia „Mały Książę”. Widziałem Krysię ostatni raz w grudniu ubiegłego roku, nie widziałem jej ze dwa lata. Chodziła o lasce. Widziałem, jak jest zmieniona. Zmartwiłem się. Potem wiadomość o śmierci pani Joanny Chmielewskiej, z którą zrobiłem swój najśmieszniejszy w życiu wywiad, w jej domu w Wilanowie. Nie byłem w stanie zadać pytania, tak śmieszne były jej odpowiedzi. Kocham jej książkę „Całe zdanie nieboszczyka”. Potem wiadomość o śmierci Macieja Zimińskiego, który stworzył Pankracego, postać telewizyjną mojego dzieciństwa. Nie znałem pana Zimińskiego, ale przecież „Piątek z Pankracym” to ważny mój czas.

Rano wyjazd do Lublina. Wieczorem w Teatrze Starym biorę udział w rozmowie o blogach. Prowadzi Grażyna Lutosławska, którą uwielbiam. Zapraszam.

5 października 2013, k. 12.00

Trochę słońca. Nowy tomik Julii Hartwig „Zapisane”.

Cieszy mnie odbiór „Było, więc minęło”. Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz podarował tę książkę wielu nauczycielom historii i wiedzy o społeczeństwie:

Prezydent Gdańska o prof. Penson

Wczoraj w „Dzień dobry TVN” Anna Dziewit mówiła, że chciałaby, aby tę książkę przeczytali młodzi ludzie.

W poniedziałek w Gazecie Wyborczej prowadzę spotkanie z Krzysztofem Pendereckim, a we wtorek biorę udział w dyskusji o blogach w Lublinie, w Teatrze Starym. Zapraszam.

29 września 2013, k. 13.20

Jakiś czas temu Philip Roth powiedział, że przestał wierzyć w powieść. Ale trudno jest uwierzyć w koniec powieści, jak czyta się jego książki. Zanurzam się właśnie w jego wspaniałą „Operację Shylock”, w której przecież pokonał granice powieści. Czytam z takim miłym odczuciem, że powieść będzie wieczna, bo ludzie zawsze będą chcieli, żeby im ktoś coś opowiedział. W „Operacji…” zamieścił fragment swojego wywiadu z fenomenalnym izraelskim pisarzem Aharonem Appelfeldem, którego cenię i miałem kiedyś przyjemność poznać. Appelfeld mówi: „Nigdy nie pisałem o rzeczach tak, jak się wydarzały. Wszystkie moje utwory są wprawdzie rozdziałami z mojego najbardziej osobistego doświadczenia, nie są jednak historią mojego życia. Rzeczy, które przydarzały mi się w życiu, już się wydarzyły, są już uformowane, czas ugniótł je i nadał im kształt. Pisać o rzeczach tak, jak się wydarzyły, oznacza czynić się niewolnikiem pamięci, która jest jedynie drobnym elementem w procesie twórczym. Moim zdaniem, tworzyć znaczy porządkować, segregować i dobierać słowa i tempo pasujące do utworu. Materiał jest rzeczywiście materiałem z własnego życia, lecz akt twórczy jest ostatecznie niezależnym bytem. W lesie, po ucieczce z obozu, kilkakrotnie próbowałem napisać historię mojego życia. Ale wszystkie moje wysiłki spełzły na niczym. Chciałem być wierny rzeczywistości i temu, co naprawdę się wydarzyło. Ale kronika, która się wyłoniła, okazała się słabym rusztowaniem. Wynik był dość mizerny: mało przekonująca zmyślona historia. Najprawdziwsze rzeczy najłatwiej jest zafałszować. Rzeczywistość, jak wiesz, zawsze przerasta ludzką wyobraźnię. Ale co więcej, rzeczywistość może sobie pozwolić na bycie niewiarygodną, niewytłumaczalną, wykraczającą poza wszelkie proporcje. Stworzone dzieło, ku mojemu ubolewaniu, nie może sobie na to wszystko pozwolić. Rzeczywistość Holocaustu przerosła wszelką wyobraźnię. Gdybym dochował wierności faktom, nikt by mi nie uwierzył. Ale z chwilą, gdy wybrałem małą dziewczynkę, nieco starszą, niż ja wtedy byłem, uwolniłem historię mojego życia z potężnego uścisku pamięci i przekazałem ją do twórczego laboratorium. Pamięć nie jest tam jedynym właścicielem. Człowiek potrzebuje tam przyczynowego wytłumaczenia, nitki do powiązania rzeczy ze sobą. To, co jest wyjątkowe, jest dozwolone jedynie wówczas, gdy stanowi część całościowej konstrukcji i przyczynia się do zrozumienia tej konstrukcji. Musiałem usunąć z historii mojego życia te części, które były niewiarygodne, i przedstawić bardziej wiarygodną wersję. Pisząc Tzili, miałem około czterdziestu lat. W tamtym czasie interesowały mnie możliwości, jakie daje naiwność w sztuce. Czy może istnieć naiwna sztuka współczesna? Wydawało mi się, że bez naiwności, jaką można jeszcze znaleźć u dzieci i ludzi starych, a także do pewnego stopnia w nas samych, dzieło sztuki byłoby niedoskonałe. Usiłowałem skorygować tę niedoskonałość. Bóg wie, na ile mi się to udało”. (przełożył Lech Czyżewski, Czytelnik, Warszawa 2009)

28 września 2013, k. 13.00

Nie, błagam, tylko nie jesień jeszcze. Nie zima. Nie zimno. Nie deszcz. W tym roku tak bardzo potrzebne jest słońce. Tak trudny energetycznie rok. Schody do ogrodu pomalowane może nie na grecki błękit, ale blisko greckiego nieba. Trochę kwiatów trzeba już przynieść do mieszkania, bo czytam, że od środy już tylko 1 stopień. I jak to wytłumaczyć oliwce, drzewku laurowemu, aloesowi?

Najchętniej poczytałbym Philipa Rotha (czytam zresztą, ale nie tak jakbym chciał, bo pracy dużo) i wystawił twarz do słońca. Tylko gdzie ono? Słucham debiutanckiej płyty Doroty Osińskiej, wydanej kilka lat temu. Odkrycie po latach. Działa mocniej. Dlaczego? Bo ważna? Bo o czymś? Bo słowa? Bo dojmująca poezja w świecie o niczym?

Zaglądam do wierszy Artura Międzyrzeckiego:

POZWÓL MÓWIĆ

Pozwól mówić drzewu które rozrosło się w tobie

Wysłuchaj cierpliwie lamentu jego liści

Pozwól mówić ptakom w jego koronie

1982

*

24 września 2013, k. 18.40

Z Moniką u Agaty. Tyle różnych wspomnień. Później lunch na Próżnej, i znów wracają wspomnienia, bo zabrałem kiedyś grupę z dziennikarstwa, z którą miałem zajęcia na Próżną 14, na opisywanie tej kamienicy (mieszkały w niej jeszcze ostatnie rodziny). Monika i Agata były na jednym roku. Silne poczucie obecności. Bezczasu, o którym pisze Julia Hartwig. Czekam z niecierpliwością na nowy tom wierszy pani Julii.

Później miłe spotkanie z panią Ewą Tuwim, córką poety. Przygotowuję się do październikowej odsłony cyklu „Bagaże kultury” w Teatrze Żydowskim. Tym raz poświęcone będzie Julianowi Tuwimowi, a wezmą w nim udział Ewa Tuwim i Kira Gałczyńska.

Wieczorem monodram Agnieszki Przepiórskiej. Potem powrót do pracy. Rano nagrywam wywiad.

23 września 2013, k. 21.00

Wróciłem z promocji książki Ewy Kasprzyk „Mił.ość”, której współautorem jest Maciej Kędziak. Bardzo jestem tej książki ciekawy. Znam Ewę wiele lat. Ciekawy jestem tego portretu.

A dzisiaj arcyciekawa wiadomość: Film Agnieszki Holland „Gorejący krzew” czeskim kandydatem do Oscara. Ciekawa konkurencja z polskim kandydatem „Wałęsą” w reż. Andrzeja Wajdy.

Ale o czymś innym chciałem. Na temat, który Marta Fox kilkakrotnie poruszyła na swoim blogu. Różnych młodych ludzi, którzy pod hasłem pisania pracy każą innym osobom odrabiać swoje lekcje. Wchodzę na profil publiczny pani Małgorzaty Kożuchowskiej. Dziewczyna pisze do niej mniej więcej tak: „Piszę pracę na Pani temat. Proszę mi napisać, w ilu filmach Pani grała, w jakich serialach, w jakich krajach Pani była. Proszę o odpowiedź najlepiej dzisiaj, bo jutro już muszę napisać pracę”. Zresztą w podobnym tonie czytam ciągle listy na stronie Krystyny Jandy.

Nóż mi się otworzył w kieszeni. Napisałem tej osobie: „A może by Pani sama odrobiła swoje zadania? Wejdzie Pani sobie na stronę filmpolski i znajdzie listę tytułów a na e-teatr.pl listę spektakli. Wstyd pytać o takie rzeczy, które są ogólnodostępne. I jeszcze czas odrobienia narzucać. Jestem zawstydzony, że Pani mogło przyjść do głowy prosić panią Małgorzatę o odrobienie Pani lekcji. Chyba Pani Małgorzata swoje już dawno odrobiła”.

Młoda osoba z pracą domową widać wściekła się na mnie, bo odpisała: „Remigiusz Grzela: Po pierwsze to nie pańska sprawa, po drugie może i jest ale nie znalazłam dlatego zapytałam i  nie każę pani Małgorzacie odrabiać za mnie lekcji tylko zadałam dwa krótkie pytania, a po trzecie to już nie ważne i drugo razo niew się pan łaskawie nie wtrąca do nieswoich spraw OK? Do widzenia, z Bogiem panie i krzyż na drogę!!!”

No, to już mniej więcej widzę przyszłość tego kraju. Smutne to i straszne to. Też, kiedy chodziłem do szkoły pisałem listy do różnych znanych osób. Ale o odrabianie lekcji, nikogo nigdy nie prosiłem. A jak już pisałem, to wiedziałem doskonale do kogo, w ilu i jakich filmach. Jeden plus, że owa młoda osoba swój post z żądaniem odrobienia lekcji już wykasowała. Może zawstydziła się jednak, chociaż po tym, jak mi odpowiedziała, wątpię.

20 września 2013, k. 22.00

Ale życie zasuwa. A ja z nim. Wczoraj i dzisiaj spisywanie taśmy z wywiadem. To jedyna część mojej pracy, której naprawdę nie znoszę. Czasem, jak już bardzo jestem dobity obowiązkami daję taśmy do przepisania. Ale teraz spisywałem sam. Masakra piłą mechaniczną w Teksasie. Teresa Torańska mówiła, i tego się trzymam, że spisuje z taśmy słowo w słowo, bo zawsze jej się mogą przydać te „ochy” i „achy”.

Stąd już brak siły na inne pisanie. A gdzie opracować wywiad… Od spisania do końca pracy to jeszcze długa droga, ale już montaż, szukanie dramaturgii, redakcja, to lubię. Od dzisiaj w kioskach nowe „Zwierciadło” a w nim dwie moje rozmowy. „Okładkowka” z Małgorzatą Kożuchowską i rozmowa z Leszkiem Sankowskim, mężem Teresy Torańskiej o ich wspólnym życiu, o chorobie Teresy, o pożegnaniu i jej obecności. Bardzo jestem Leszkowi wdzięczny, że zgodził się na ten tekst, ważny dla mnie.

Życie tak przebiega obok. Bywa, że ucieka. Przedwczoraj tramwaj zatrzymał się między przystankami, za innym. Wysiedliśmy wszyscy. Trzeba było iść trochę ulicą. Kilkadziesiąt metrów przed naszym, stał inny tramwaj, już pusty. A przed nim, na trawie, między pasami ruchu leżał motorniczy reanimowany przez pogotowie. Widziałem jak jego brzuch podnosi się i opada, ale on sam nie reagował. Do dzisiaj mam w głowie ten obraz. I chciałbym wiedzieć, że się udało, że wróci do prowadzenia tramwaju.

A życie jest i takie i takie. Wczoraj w Teatrze Warsawy dziewiąty odcinek kabaretu „Pożar w burdelu”. Genialne teksty Michała Walczaka, fenomenalne wykonanie, prześmieszne. Aktualne. Współczesny STS. A Ania Smołowik śpiewająca na końcu swój song do Ryana Goslinga boska (skoro STS, to mam w pamięci, że kiedyś Anna Prucnal śpiewała tam „Mastroianniego z mojej ulicy”, co zresztą później śpiewała też Mastroianniemu na planie „Miasta kobiet” Felliniego). Więc życzę Ani Smołowik, żeby miała okazję zaśpiewać Goslingowi. Wrzucam z youtube:

Ryan Gosling Ania z Polski

Zjawisko Pożaru w Burdelu opisuje też nowe „Zwierciadło”, w którym tyle świetnych tekstów, m.in. wywiady z Wojciechem Tochmanem i Ewą Dałkowską.

18 września 2013, k. 12.40

Staram się nie zauważać szarości za oknem ale trudno zobaczyć przez nią jasność. W poniedziałek pół roku od śmierci Agatki. Rano na cmentarzu, deszcz. Zresztą deszcz nieustannie, od kilku dni. W poniedziałkowy wieczór w Klubie Radia Wolna Europa w Radio Cafe promocja książki Barbary Szczepuły o Alinie Pienkowskiej (pisałem o tej książce szerzej na blogu, znakomita). Obok autorki również marszałek Bogdan Borusewicz, mąż Pienkowskiej; Jarosław Kurski, Jacek Taylor. Prowadził Mariusz Kubik. Żywe, ciekawe wspomnienia Pienkowskiej i czasu Solidarności.

Wczoraj w Teatrze Studio „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” Masłowskiej w reż. Agnieszki Glińskiej – bardzo śmieszny, ale bardzo dojmujący spektakl o szukaniu jasności, ratowaniu piękna, bezlitośnie obierający z kłamstw ale pokazujący czystość, jaka jest w każdym. Masłowska czytana przez Czechowa. Ważny i mocny spektakl.

14 września 2013, k. 18:00

Południe w puszczy kampinoskiej, bieganie. Zmoczone deszczem świerki, podmokła ściółka podsyciły jeszcze zapach lasu. Nie byłbym człowiekiem wychowanym na wsi, gdybym nie znalazł grzybów. A okazałego prawdziwka pogratulowała mi nawet mieszkająca w pobliżu grzybiarka.

Potem trochę czytania. Świetna książka Marka Łuszczyny „Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię”. Wspaniale opowiadana, od środka akcji, trzyma w napięciu. I te niesamowite wręcz biografie. Czytam z wielką przyjemnością, zwłaszcza, że książka wyjdzie dopiero w listopadzie.

Dwa dni temu założyłem tutaj, na stronie, nowy dział „Time for Poland”. Pomyślałem, że chcę opowiadać o polskiej kulturze różnym przyjaciołom rozsianym po świecie, którzy nie znają polskiego. Nie wiem, na ile starczy mi czasu, siły i wytrwałości, ale dlaczego nie miałbym czasem czegoś opowiedzieć od siebie. Zawsze lubię opowiadać dobrze o Polsce. Chociaż bywa u nas różnie.

W Gazecie Wyborczej – Wysokich Obcasach kapitalny wprost wywiad Grzegorza Sroczyńskiego z Ewą Dałkowską. Polecam bardzo lekturę.

13 września 2013, k. 11:30

Ktoś mi powiedział ostatnio, że mój blog w tym roku zrobił się smutny. Ale co zrobić, kiedy taki rok. Coraz mniej telefonów, pod które dzwoniłem.

Otworzyłem dzisiaj ubiegłoroczny kalendarz, szukając jakiegoś kontaktu, zajrzałem pod datę 13 września 2012. Godz. 11.00 u Teresy Torańskiej.

11 września 2013, k. 19.20

Trudno nie pamiętać tego dnia, sprzed dwunastu lat. Byłem w pracy. Telewizor był włączony. Ale jakby się zapętlił, ta sama scena powtarzała się raz po razie, i za każdym razem elektryzowała. Trudno zapomnieć.

Robiłem niedawno rozmowę z amerykańskim poetą W.S. Merwinem, pierwszym laureatem Nagrody im. Zbigniewa Herberta. Ukazała się jakiś czas temu w „Zwierciadle”. Mówił w niej, że od następnego dnia wiersze zaczęły się wprost z niego wylewać. Skąd? Wśród nich np. wiersz dedykowany rowerowi Herberta. Skąd? Przecież Herbert nie miał roweru? Ale kto wie, skąd przychodzi wiersz. Przepisałem właśnie kilka fragmentów Urszuli Kozioł i Adama Zagajewskiego na ten temat. – Są w dziale „Dziennik lektur”.

W.S. Merwin

Dedykowane rowerowi Zbigniewa Herberta

Ponieważ nigdy

naprawdę cię nie miał

choć tak bardzo pragnął

w skrytości

więc poznał w marzeniach

każdy twój zakamarek i szczegół

blask szprych i chromu

zapach smaru i gumy

czarne kłykcie łańcucha

dzień po dniu

pozostawałeś niewidoczny

więc nigdy nie musiał

zamykać cię czy chować

bo przecież nikt nie mógł cię zobaczyć

i choć faktycznie

nigdy nie nauczył się na tobie jeździć

utrzymując w pionie swą krągłą

skorą do wywrotki masę

jakby stał na czubkach palców

wody rozchlapującej się

pod nim

kiedy już oddalił się na sporą odległość

ręce na kierownicy stopy w powietrzu

mogłeś go zabrać

wszędzie

nareszcie jak deszcz

w deszczu

zupełnie niewidzialny

21 września 2001

przełożył Paweł Marcinkiewicz

9 września 2013, k. 20.00

Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec lata, że jeszcze słońce przebije się. Z takim apetytem, tak zachłannie łapię coraz chłodniejsze promienie słońca. Koty też, jakby się nie mogły nacieszyć ogrodem.

W sobotę, w piękną jeszcze pogodę, święto ulicy Gałczyńskiego. W nowym miejscu, Faktycznym Domu Kultury, na Gałczyńskiego 12 (domu, do którego mam sentyment, bo mieszkał tam pan Zygmunt Broniarek, który wiele mi pomógł na początku mojej drogi zawodowej) miałem szczęście poprowadzić długą rozmowę z panią Kirą Gałczyńską, córką Konstantego. To było właściwie nasze pierwsze (mam nadzieję, że nie ostatnie) zawodowe spotkanie. Nie powiedziałem tego pani Kirze, bo nie było okazji, ale kiedy przyjechałem zdawać na studia, trafiłem akurat w Klubie Księgarza na promocję nowego wydania tomiku „Zaczarowana dorożka” i mam z tamtego dnia książkę z jej dedykacją. Teraz mogłem w końcu zadać różne pytania. Ale najbardziej poruszająca była dla mnie opowieść o pożegnaniu mieszkania w Alei Róż, i wcześniejsza chronologicznie – ostatnie dni Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Całymi dniami – mówiła pani Kira – oglądaliśmy album malarstwa hiszpańskiego i takie miałam wrażenie, że całe dnie z ojcem spacerujemy po Hiszpanii, że zwiedzamy różne jej części. Później, kiedy pani Kira pojechała do Hiszpanii, miała poczucie, że już tam była, wrócił wspólny czas z ojcem, czas jego odchodzenia. I to jej zdanie, właściwie puenta naszej rozmowy, że jej ojciec przecież jest. Od miesięcy przerabiam ten temat obecności.

W.S. Merwin

„Koniec lata”

Ponad nami sznur białych wiader

pełnych starego światła wraca do domu

teraz nawet to co robimy

dociera do nas po długich wędrówkach

gdy już jesteśmy inni

(przełożył Franek Wygoda, z tomiku „Imię powietrza”, Znak, Kraków 2013)

6 września 2013, k. 15.40

Wracam do codziennika. Trzymał kciuki wczoraj za premierę „Wałęsy” w Wenecji. Bardzo jestem tego filmu ciekawy. A zwłaszcza roli Roberta Więckiewicza, który jest w tej chwili naprawdę jednym z najważniejszych i najbardziej interesujących aktorów. I jestem pewny, że gdyby był Skandynawem jak Mads Mikkelsen grałby w filmach europejskich i amerykańskich, jednak skandynawscy aktorzy, dzięki von Trierowi mają łatwiejszy transfer. Ale liczę, że Wenecja otworzy Robertowi drogę w świat.

W tym pracowitym i trudnym czasie obejrzałem dwa filmy, o których powinienem napisać oddzielnie. Pewnie napiszę. To „Blue Jasmine” Woody’ego Allena i „Miłość” Fabickiego. Z tym, że film Allena doskonały – począwszy od scenariusza, przez niezwykłe role, zwłaszcza Cate Blanchett, która mogłaby się równać już teraz jedynie z Meryl Streep. Wstrząsająca rola. I niezwykle mocny, niestety dołujący film. „Miłość” ma więcej usterek, począwszy od scenariusza, za dużo napompowano w niego, żeby podbić, niepotrzebnie zupełnie, emocje. No już naprawdę tam się dzieje wszystko. Momentami trąci banałem. Ale nie zmienia to faktu, że film jest ambitny, ważny, a role, zwłaszcza Julii Kijowskiej i Marcina Dorocińskiego wybitne. Znakomite też role Agaty Kuleszy i Adama Woronowicza. Julia Kijowska tym filmem pokazuje, że była dotąd chyba niedoceniona, a może nie było odpowiedniej dla niej roli (poza zdecydowanie dotąd chyba najważniejszą w filmie „W ciemności” Agnieszki Holland). Tutaj pokazuje naprawdę aktorstwo najwyższej próby i wielką klasę. Gratulacje.

21 sierpnia 2013, k. 14.00

Wczoraj widziałem się z Anią Novą, koleżanką-bliźniaczką, bo urodziliśmy się tego samego dnia. Ania w ubiegłym roku wydała w Polskim Radiu płytę „Emigracja”. Świetną płytę – polecam tym, którzy nie znają. Rozmowy o nowych projektach, możliwościach, perspektywach. Ania mieszka w Berlinie i tam nagrała właśnie wideo do jednej ze swoich piosenek. Podlinkuję, jak już będzie dostępne.

Pojechaliśmy na grób Agaty, która trochę pomagała Ani przy tym płytowym projekcie. Jeszcze rok temu spotkalibyśmy się wszyscy w Kulturalnej na przykład. Zresztą mieliśmy takie spotkanie. Jeszcze rok temu… Koszmarnie długa perspektywa.

Kilka dni temu na Zaciszu u Leszka, męża Teresy Torańskiej. Pokój Teresy nic się nie zmienił. Jest jak było. Tylko psy starsze i bardziej chore. Niedługo w Wielkiej Literze wychodzi „Smoleńsk”. Bardzo jestem tej książki ciekawy. Wczoraj znów sięgnąłem po książkę Teresy „Śmierć spóźnia się o minutę”, przeczytałem chyba po raz trzeci rozmowę z Michałem Głowińskim. Wielka lekcja dziennikarstwa. Tak brakuje Teresy. Nie mogę zadzwonić do Agaty, żeby opowiedzieć swój pomysł, ani do Teresy, żeby coś skonsultować czy się poradzić. Nie wykasowałem ich numerów z telefonu. Są przecież.

9 sierpnia 2013, k. 17.40

Trochę chłodniej. Wczoraj zaginęły oba koty, jednak upał był straszny. Alfredo właściwie przedwczoraj wieczorem, ale ponieważ rok temu nie było go pięć dni, miałem nadzieję, że nic się złego nie stało. Tutka wyszła rano i też przez cały dzień nie wracała, co jak na nią dziwne. Znalazła się bliżej popołudnia. Alf w nocy, po dobie wędrówek, głodny i zmęczony. Sąsiad mówi, że na pewno był na basenie, bo jednak upał nie do zniesienia, zwłaszcza w futrze. I przez cały dzień ta scena nie wychodzi mi w głowy, a mamy basen niedaleko. – Wyobraziłem sobie, że kiedy ludzie opuszczają wieczorem basen, schodzą się tam koty i leżą na leżakach wokół. No, przepraszam, ale cały dzień mnie ta upalna, absurdalna scena rozśmiesza. A kto to wie, jak jest w kocim świecie.

Pisałem w blogu, po wizycie u pani Marii Iwaszkiewicz, że nasza rozmowa dotyczyła również zwierząt. Nie napisałem czegoś, co ważne, a co przypomniało mi się później. Otóż powiedziała pani Maria, że kiedy jej matka, Anna Iwaszkiewicz była już ciężko chora, psy przestały przychodzić do jej pokoju. I to właściwie był sygnał, że umiera. Psy wiedziały wcześniej.

Wracam do listów Jarosława i Anny Iwaszkiewiczów. „Kotku”, „Kiciu”, adresują je do siebie.

6 sierpnia 2013, k. 14.15

Nie narzekam na upały. Miło jest mieć Grecję w Polsce. Gdziekolwiek. W ogrodzie w niebieskich donicach drzewko oliwkowe, aloes i liść laurowy. A krzak budlei coraz wyższy, kwitnie już drugi raz.

Wczoraj w Gazeta Cafe prowadziłem spotkanie z Leszkiem Wosiewiczem, Magdaleną Cielecką i Rafałem Fudalejem o filmie „Był sobie dzieciak”,  który wszedł właśnie do kin. Jadąc tam, nagle zrobił się korek, byłem zaskoczony, w wakacje jednak ulice Warszawy są bardziej przejezdne niż zwykle. I nagle na Dolnej okazało się, że dwa pasy wyłączone, bo motocykl wpadł pod samochód. Policja, pogotowie, krew na jezdni. Na chodniku starsza pani zapłakana. Pomyślałem, że pewnie matka. Kiedy wracałem ze spotkania, ze dwie godziny później, skrzyżowanie dalej zauważyłem kurtkę motocyklisty. A na miejscu wypadku policja przesłuchująca tę kobietę. Czyli prowadziła lub była pasażerką. Słoneczny, upalny dzień. Czyjaś tragedia. Smutek. Namysł.

Kiedy wstaję, rano zbieram leżące na podłodze ćmy i motyle, po nocnym polowaniu kotów. Ptaki też czasem zbieram. Słoneczny, upalny dzień.

Nagranie wczorajszego spotkania w „Gazecie” można posłuchać tutaj:

Leszek Wosiewicz, Magdalena Cielecka, Rafał Fudalej

Wychodzę, jadę dzisiaj z wizytą do pani Marii Iwaszkiewicz. Tak mieszają się wszystkie czasy.

17 lipca 2013, koło 21.30

Jestem prawie na finiszu z pisaniem. Chciałem dzisiaj w blogu napisać o przeczytanych na Sycylii książkach, ale nie umiałem się wyrwać z myślenia o książce, która się budzi do życia. Za to dużo wyjść do ogrodu, czyszczenie, przycinanie przekwitłych margarytek, żeby mogły wypuszczać nowe. Budleja myśli, że rośnie w Izraelu i rozszalała się na całego, chyba już dwumetrowa, musiałem podwiązywać, bo zaczęła wchodzić na magnolię, która dopiero roczna i sama potrzebuje miejsca do wzrostu.

Czytam wywiad-rzekę Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską, jaki wyjdzie we wrześniu w Wydawnictwie Literackim. Ciekawie mówi Masłowska o pisaniu i mózgu, który po tej abstrakcyjnej pracy potrzebuje konkretnych bodźców i wtedy dobrze coś zrobić nieabstrakcyjnego. Zmyć naczynia, posprzątać, podwiązać gałązki budlei, podeprzeć kijkiem rachityczną hortensję.

Wczoraj na cmentarzu u Agaty. Minęły cztery miesiące. Jej duże zdjęcie w białej ramce stoi na grobie jak na biurku. Nasze wspólne stoi na biurku. Położyłem obok szyszkę przywiezioną z Sycylii, z tamtejszego Akropolu. Wiele szyszek leżało pod drzewami pachnąc obłędnie.

26 czerwca 2013, koło 23.20

Trudno jest mi tu zajrzeć, bo każda godzina się liczy. Ostatnio spędzam w pisaniu całe dnie, siadam rano, kończę tak jak w tej chwili…

Chcę tylko napisać, że wczoraj zasmuciły mnie dwie wiadomości. Najpierw przeczytałem w internecie, na profilu koleżanki, że zmarł Nelson Mandela. Ponieważ słyszałem dzień wcześniej, że jest w stanie krytycznym, nie poddałem w wątpliwość. Zwłaszcza że w internecie już w wielu miejscach napisano o Jego śmierci. A ponieważ poznałem kiedyś pana Nelsona Mandelę na konferencji AIDS w Bangkoku, darzę wielkim szacunkiem, to było mi naprawdę smutno. Chwilę później przeczytałem kolejną wiadomość, że ktoś sobie zrobił żart na twitterze i że żadna z agencji prasowych wiadomości o śmierci nie potwierdziła. W ciągu chwili świat oplotła sieć wiadomości o śmierci wielkiego przywódcy i wizjonera, który przez prawie 30 lat uwięziony był w maleńkiej celi. Na szczęście okazało się, że Mandela żyje. Ale nie rozumiem, jak w ogóle komuś mógł przyjść do głowy taki żart. A dzisiaj jeszcze informacja o 20 fałszywych alarmach w szpitalach i innych miejscach. Nie rozumiem, jak kogoś mogą bawić nieszczęścia.

23 czerwca 2013, koło 21.15

Cały dzień przy biurku. Ale teraz bawię się konstrukcją książki i to jest twórcze. Mam już mniej więcej szkielet, coś, co filmowcy nazywają u siebie pierwszą układką. Dużo, dużo jeszcze pracy przede mną, ale idę do przodu.

Sięgnąłem w ciągu dnia po pierwsze „Lapidarium” Ryszarda Kapuścińskiego, bo czegoś szukałem. I naprawdę trudno się oderwać. Miałbym ochotę wrócić teraz do czytania, ale nie mam kompletnie czasu. Brakuje mi Kapuścińskiego, jego tekstów, które nie powstaną. Ale pięknie jest też odkrywać stare na nowo.

22 czerwca 2013, koło 20.00

Pół godziny temu sms od Hanny Krall z wiadomością, że Zyta Oryszyn dostała Nagrodę Literacką Gdynia. A pisałem dopiero o Gryfii, jaką niedawno dostała. Tak się cieszę, bo napisała książkę wybitną. I jestem szczęśliwy, że rozpoznałem tę powieść jeszcze w maszynopisie, który właśnie pani Hanna Krall dała mi kiedyś do przeczytania.

Jestem w pisaniu, a ostatni dni w ogóle były pełne zadań. Dużo stresu z powodu terminów. Stos książek do przeczytania, a kupiłem dzisiaj jeszcze książkę o Alinie Pienkowskiej, którą napisała Barbara Szczepuła, dziennikarka, którą bardzo cenię i wywiad-rzekę Marty Stremeckiej z Urbanem. A tyle jeszcze lektur odłożonych, które czekają.

Ciągle mam na biurku tom wierszy W.S. Merwina, do których wracam. Przepisuję jeden z nich:

ŁADUNEK

Chwila wieczorem

kiedy obrazy odpływają ze ścian

ze zgaszonymi światłami

odbijają bez wahania i gwiazd

nie niosą z sobą pytań

kiedy niewidoczne żagle

początek i koniec

skrzydło i skrzydło

unoszą je poza

twarze oprawne w moment

poza pejzaże innych czasów

stoły ciężkie od owoców

dopiero co zebranych i zastygłych

zwierząt które uchodzą

w dzień za martwą naturę

żeglują na dźwięku nocy

zabierając tę naturę

którą usiłowały pokazać

od świtu do zmroku

przełożyła Agata Hołobut

(z tomu „Imię powietrza”, Znak, Kraków 2013)

20 czerwca 2013, 00:30

Długi dzień przy biurku. Z przerwą na wizytę na Powązkach. Piąta rocznica śmierci Piotra. Zaniosłem Piotrowi pięć goździków, zapaliłem lampkę. Zapaliłem też na grobie Teresy Torańskiej. I nagle taka świadomość, że wokół zrobiło się strasznie pusto. Ci, do których miałem zawodowo największe zaufanie, których mogłem zapytać o radę, o wszystko już nie odpowiedzą. Basia Musiałowa, która znała całą literaturę, Teresa Torańska, zawodowa guru, Piotr Łazarkiewicz, który jako pierwszy sięgał po moje sztuki i zawsze miał celne uwagi, Agata, do której dzwoniłem najczęściej, bo codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Dawno już nie ma księdza Jana. Teresy Biedulskiej, która redagowała mój pierwszy zbiór rozmów. Nie ma Zygmunta Broniarka, dzięki któremu miałem odwagę wybrać dziennikarstwo. Nie ma. A jednak tak silnie są. Obecni.

19 czerwca 2013, koło 23.00

Stosik kart mojej nowej książki rośnie, ale i tak jestem przerażony, bo tyle jeszcze pracy w słowach i między słowami. Dzisiaj przez cały dzień przy biurku, i jeszcze wracam do pracy. Różne terminy gonią i stres coraz większy, bo nie umiem od siebie wymagać mniej i tak muszę wszystko na sto procent przynajmniej.

Jutro mija pięć lat od śmierci Piotra Łazarkiewicza. Czyli dzisiaj mija pięć lat od ostatniego wieczoru, kiedy w redakcji Gazety czytaliśmy nową sztukę Vaclava Havla „Odejścia”, Piotr miał opiekę reżyserską, zebrał swój zespół, mnie się też parę zdań dialogu trafiło – prowadziłem wtedy całość. Nie ma Piotra. Nie ma Havla, który później też był w Gazecie. Nie ma Agaty. Nie ma Teresy Torańskiej, której obecność stremowała mnie wtedy, na spotkaniu, jakie prowadziłem z Havlem, bo przecież mistrzyni zawodu, a z którą się zaprzyjaźniłem i jakoś tak się stało, że ostatni wywiad i w ogóle… Nie ma Adama Marszalika, świetnego aktora, inspicjenta TR Warszawa, którego z Agatą odwiedziliśmy po wylewie w szpitalu na Szaserów, mówił tylko rzeczownikami. Nie będę kontynuował tej listy obecności – obecności, bo przecież są z nami, nie będę kontynuował, bo jest obezwładniająca.

18 czerwca 2013, przed północą.

Jestem taki szczęśliwy i zaszczycony z powodu spotkania z panią Danutą Szaflarską, Dorotą Kędzierzawską, Arturem Reinhartem i Michałem Merczyńskim, jakie miałem przyjemność prowadzić w Gazecie. Po spotkaniu pani Danuta, w oczekiwaniu na auto, dosłownie tańczyła sobie przed budynkiem. Rozpromieniona. Szczęśliwa, jakby szczęście było jedynym wymiarem jej długiego życia. W filmie „Inny świat” potrafi z poczuciem humoru opowiedzieć nawet najtragiczniejsze historie. Ot, było, zdarzyło się. Było strasznie, ale lepiej się uśmiechać. Jak napisał Jacek Rakowiecki pani Danuta Szaflarska jest jak Marcel Proust.

Spotkania można posłuchać pod tym linkiem:

Danuta Szaflarska – dźwięk ze spotkania

17 czerwca 2013, k. 13:50

Wczoraj w Centrum Kultury w Błoniu pod Warszawą prowadziłem spotkanie z panem Wiesławem Ochmanem. Bardzo się na nie cieszyłem, bo nasze zawodowe drogi dotąd się nie przecięły, a imponował mi pan Ochman zawsze nieprawdopodobną wprost karierą, jaką zrobił (14 sezonów w Metropolitan Opera na przykład; główne role w operach pod batutami Karajana, Bernsteina, Bohma, z partnerami tej klasy co Monsterrat Caballe, Teresa Stratas, Kiri Te Kanawa, Anna Moffo, Barbara Hendricks, Teresa Żylis-Gara, Krystyna Szostek-Radkowa, Jose Carreras, Placido Domino, czy Luciano Pavarotti) i swoim apetytem na sztukę i na życie. Spotkanie z publicznością pełne humoru, anegdot wyciąganych jak z rękawa. Mnie do teraz rozśmiesza anegdota (okraszona komentarzem: w teatrze nie ma zawiści, to jedna wielka rodzina) z opery „Tosca”, zdaje się z Nowego Jorku, gdzie śpiewaczka grająca Toscę odnosiła się z pogardą do wszystkich kolegów. Pana Ochmana pytała na przykład: „Czy u was są sklepy?”. Na scenie nie tylko zabijała Barona nożem, ale jeszcze pluła mu w twarz i szarpała. Jakie było jej zdziwienie, kiedy zespół się zemścił. I w „przepaści”, do której skacze w finale, poduszki i materace zostały zamienione trampoliną, jak Tosca na nią spadła, tak trzy raz z przepaści wyskakiwała w górę.

Po powrocie do Warszawy chciałem pojechać z kwiatami, jakie dostałem w Błoniu, na grób Agaty, wczoraj minęły trzy miesiące od śmierci. Jakie było moje zdziwienie, że cmentarz zamknięty (było piętnaście po ósmej wieczorem). Bardzo dziwne uczucie stać pod zamkniętą bramą cmentarza.

Dzisiaj o 18.30 w Instytucie Francuskim prowadzę spotkanie z pisarzem Gregoire’em Delacourtem.

15 czerwca 2013, k. 12:15

Więc tak… Jak uwielbiam zaczynać zdanie od „więc”, od razu wrzuca mnie w środek akcji… Więc obejrzałem wczorajsze Opole, trochę z ciekawości, trochę jako przerwę w pisaniu, bo siedziałem cały dzień przy biurku, i muszę pochwalić publiczność – i paru artystów, bo mam wrażenie, że jednak publiczność jest po stronie osobowości, głosu, siły przekazu, po stronie artystów, którzy potrafią interpretować, śpiewać, wymawiać i dać coś nieuchwytnego, a nie tylko tralalala i tiririri. Jeżeli publiczność wybiera Natalię Sikorę i Marcina Januszkiewicza, to znaczy – moim zdaniem naiwnym – że czas zdziecinnienia kultury się kończy i wracamy do źródeł interpretacji. Oczywiście, zaraz będzie zarzut, że to aktorzy, że piosenka aktorska, ale etykiety nie są ważne. Ważna natomiast siła rażenia. Czy dzisiaj ktoś byłby w stanie postawić Ewie Demarczyk zarzut, że Piwnica pod Baranami, że piosenka literacka, czy aktorska? A takie osobowości jak Piaf, jak Greco, jak Lemper, Aznavour czy Sinatra? No, właśnie. Jeśli Opole staje po stronie Natalii Sikory i Januszkiewicza, to – jak słaby poziom tego festiwalu ogólnie rzecz biorąc by nie był – to jednak siła w prawdziwych artystach. Januszkiewicz znakomity aktor, pamiętam jego świetną rolę w „Wichrowych Wzgórzach” w Teatrze Studio. Natalii słuchałem dopiero co z zachwytem interpretującej wiersze Herberta i Merwina na gali z okazji wręczenia Merwinowi nagrody im. Zbigniewa Herberta. I że są tacy fajni młodzi artyści jak Sikora, Januszkiewicz, Osińska, jak Przybysz, która nagrała świetną płytę piosenek Janis Joplin, i też wczoraj była fenomenalna, to wielka, wielka radość. Jest oczywiście tych nazwisk więcej, bo i Aga Zaryan, i Dorota Miśkiewicz, Janusz Radek, który ma oddzielne miejsce. Po prostu nadzieja w tych, co idą w jakość a nie poklask.

13 czerwca 2013, k. 15.20

Nie róbcie skrótów. Dzisiaj zrobiłem i miałem trzy razy dłuższą drogę. Chciałem raz pójść do bliższego punktu ksero i w ksero nie było ksero (tak może być), w innym pani ze złości kręciła głową przy każdej kartce i pluła na nią ze złości, bo kserowałem fragment książki, a wiadomo niektórych literatura brzydzi.

Rozśmieszyła mnie Marina, która sprząta od lat mieszkanie. Mówię: „Marina, jak tu pracować, tyle spraw codziennie, jak tu pisać, gdybym był na takiej wyspie bezludnej…” Nie czekała aż dokończę tylko powiedziała: „Aha, a kto by to czytał, jakbyś tam był sam”. No właśnie, dla kogo piszemy?

Pisałbym na wyspie bezludnej, bo dzięki Marinie dochodzę do wniosku, że piszę dla siebie.

12 czerwca 2013, k. 22.20

A. zmarł dwa i pół roku temu. Byliśmy razem tyle lat. Mam potrzebę mówić o nim, ale zauważyłam, że jak mówię przy znajomych, to zapada cisza, jakbym nie miała prawa o nim mówić – otwiera się Małgosia i daje mi to zdanie dużo do myślenia.

Cały dzień w pisaniu. Mozolnie, ale jednak do przodu. Zawsze fragment. I tak układam.

Dzisiejszą pocztą książka od Marii Wiernikowskiej, napisana w czasie pielgrzymki do Santiago de Compostella. Bardzo jestem jej ciekawy (wydało Zwierciadło), chociaż nie powinienem teraz, zacząłem podczytywać. Mały sensualny fragment zamieściłem w „Dzienniku lektur”.

A plan lektur olbrzymi. Na niedzielne spotkanie w Błoniu książka-wywiad Wiesława Ochmana i Olgierda Budrewicza, na poniedziałkowe w Instytucie Francuskim przeczytać raz jeszcze obie powieści Delacourta („Pisarz rodzinny” i „Lista moich zachcianek”), zaś na wtorek o pani Szaflarskiej i o Dorocie Kędzierzawskiej, naczytać wszystko, co znajdę. Nie mówiąc o lekturach koniecznych do książki, którą piszę.

W sierpniu kolejna edycja Festiwalu Singera. Wiem już, że będę prowadził spotkania z synem i wnukami Singera, z Piotrem Pazińskim i Mikołajem Łozińskim, prof. Władysławem Bartoszewskim a także z państwem Wierzyńskimi i ks. Adamem Bonieckim (o Janie Karskim). Na festiwalu również spotkanie wokół mojej książki „Wolne”. Zaczynam już wpisywać do kalendarza powakacyjne wyjazdy na spotkania. W październiku Lublin.

11 czerwca 2013, k. 18.00

Od szóstej rano przy biurku. Zaczął mnie dopadać nocami stres, że nie zdążę z książką w terminie, a termin zawsze dla mnie święty. Wczoraj telefon od Renate Jett, skarżę się na brak czasu, Renate odpowiada: „Tabori zawsze mówił: Jeśli nie masz czasu, pracuj wolno”. Renate była przez lata asystentką Georga Taboriego. Przyjechała właśnie do Wrocławia grać kolejne spektakle „Kotliny” według Olgi Tokarczuk. Spektaklu jeszcze nie widziałem, właśnie przez brak czasu itd.

Wczoraj wieczorem chwila wytchnienia a właściwie przejęcia za sprawą dokumentu Shannah Laumeister „Bert Stern. Prawdziwy Madman”, historia jednego z najsłynniejszych amerykańskich fotografów (robił tę zjawiskową sesję Marilyn Monroe za tiulową przezroczystą chustą), historia sukcesu i upadku. Wciągający, dający do myślenia film o człowieku, który stał się legendą i o jego walce z sobą samym, ale i o Marilyn Monroe i jej legendzie… i właściwie zasługuje ten film na większe omówienie, które obiecuję w porządnym tekście na blogu, jak tylko dojdę do siebie.

10 czerwca 2013, k. 18.30

W pisaniu. To taki trudny stan, który uwiera, rzadziej wciąga, a jednak bywa jak narkotyk. Pisanie to praca mozolna, wymagająca skupienia, którego dzisiaj coraz mniej. Ale uprawiamy te grządki i czasem coś wschodzi. A jaka satysfakcja, kiedy wzrośnie – że jednak nasza pielęgnacja, doglądanie i podlewanie coś dały.

Wczoraj wieczorem, jak w każdą niedzielę o 23.00 włączyłem radiową Jedynkę. Od lat słucham koncertów chopinowskich. Jednak kolejny tydzień koncertu nie było. Tylko jakieś kiepskie piosenki. Nie mam nic przeciwko rozrywce, ale jak na Jedynkę to było dziwne. Dotąd chwaliłem radio jako ostatni bastion jakości w świecie „bezjakości”. Miałem potwierdzenie na swoją tezę, bo w tym roku radio nie odniosło strat tylko zarobiło. Moim zdaniem, bo trzyma jakość. A tu taki kiks – nagle niedzielna Jedynka bez Chopina. Nie rozumiem, i mam nadzieję, że to chwilowe.

Codziennie stwierdzam brak czegoś kolejnego, co lubiłem, ceniłem, co było ważne. Brak zaczyna już rządzić. Mam w sobie protest przeciwko kreśleniu kolejnych sfer. I mam  dowody obnażające głupotę tych działań – walka o czytelnictwo (kosztem jakości) przyniosła drastyczny spadek sprzedaży prasy, walka o oglądalność (kosztem jakości) odebrała widzów i zmniejszyła zyski z reklam, ignorowanie ważnych sfer życia społecznego przez panią prezydent Warszawy doprowadziło do tego, że najprawdopodobniej będziemy mieli referendum w sprawie jej odwołania. Słusznie. Nie może być zgody na pozbawianie nas kultury. I tyle dzisiaj w rebelianckim tonie.

9 czerwca 2013, k. 12.30

Właśnie dowiedziałem, że Zyta Oryszyn otrzymała nagrodę literacką Gryfia za swoją powieść „Ocalenie Atlantydy”. Powieść czytałem w maszynopisie, ze dwa lata temu dała mi tę książkę do lektury Hanna Krall, która jest wielką admiratorką pisarstwa Oryszyn, które sam dla siebie odkryłam też całkiem niedawno. Kupiłem ją już kilka razy, aby dać komuś  w prezencie.

O „Madame Frankenstein. Czarna iluminacja” pisałem z zachwytem tutaj, na blogu:

O Madame Frankenstein

Zyta Oryszyn od lat jest na uboczu życia literackiego, trochę tłumaczyła to w jedynej od czterdziestu lat rozmowie (dla Wysokich Obcasów, link poniżej). Myślę, że też unikała publicznych wystąpień chcą uniknąć pytań o Stachurę, którego żoną była.

Wywiad z Zytą Oryszyn – Wysokie Obcasy

Gratulacje!

8 czerwca 2013, k. 18.20

Z rodzicami Agaty na cmentarzu. Ładna pogoda, słońce. Mały, spokojny cmentarz, wysokie tuje i drzewa, które dają cień. Na grobie mnóstwo maków, które tak lubiła. Wszyscy je przynosimy, pamiętając. Tak trudno zwrócić wzrok ku słońcu.

Rano w TVP Kultura dokument o W.S. Merwinie. Oglądam go po raz drugi (pokazano mi go przed przyjazdem pana Merwina do Polski). Poruszający, piękny, spełniony i dokończony człowiek. Człowiek, w którym jest pełnia.

W. S. Merwin

Rozpoznanie
Ptak z popiołu zajrzał w okna,
Drogi odwrócą się w żałobie.
Tyle razem przeszliśmy, ogień
Z jednym skrzydłem
I ja z osmalonym sercem.
Wróciłem do domu jak nić do pająka
Uczyć miejscowe muchy
Piosenek. Zastałem
Lustra w bliznach jak pudełka zapałek,
Wzrok ram i tykanie
W krokwiach. Cienie
Bardzo urosły i trzymają się
Spódnic lamp.
Nic
Nie pamięta, kim byłem.
Umarli obracają się w zamkach, a
Ja się budzę jak ręka na klamce. Jutro
Rusza na stare mury, a mój
Płaszcz pełen ciemności jest na swoim miejscu
Na drzwiach.
Pamięci,
Witaj w domu.
przełożył Franek Wygoda

(W. S. Merwin „Imię powietrza”, Znak, Kraków 2013)

7 czerwca 2013, k. 11.40

Rok temu było Korfu. Jeżeli jest na świecie miejsce, gdzie na pewno chciałbym mieszkać, to bez wątpienia moim miejscem byłoby Korfu. Wszystko się zgadza – klimat, nasycenie zieleni, zjawiskowe górskie wioski i poczucie, że turystyka jeszcze nie przemieliła wyspy, że żyje ona wciąż swoim rytmem. Nie wiem, czy coś z siebie na Korfu zostawiłem, ale jej obrazy jak pocztówki noszę w głowie, i czasem otwieram to pudełko wewnątrz mnie, gdzie luźno wrzucone obrazy, a nawet zapachy w przezroczystych fiolkach. Tymczasem w ogrodzie kwitną tymianek i szałwia. A na biurku czerwone goździki, które dostałem na urodziny, od 16 maja wyglądają jakby właśnie zostały zerwane. A jak mówi Marta – czerwień raz jeszcze daje czerwień. Dziękuję za bukiet Ewa.

6 czerwca 2013, k. 21.20

Wróciłem z kina Muranów. Byliśmy z Dorotą obejrzeć dokument Doroty Kędzierzawskiej „Inny świat” o Danucie Szaflarskiej. Oglądałem przez mokre oczy. Pamięć i emocje. Życie i apetyt. Tragedie opowiadane przez uśmiech. Nieprawdopodobne poczucie humoru i niewyczerpana młodość. Tylko jeden moment. Zdjęcie ks. Jerzego Popiełuszki. I zdanie: „Nie wiem, gdyby nie on, już by mnie nie było”. I zdania więcej na ten temat. Kiedy pani Danuta mówi, że urodziła się w 1915 roku mocno starsza pani siedząca obok mówi do swojej równie leciwie wyglądającej sąsiadki: moja mama trzynasty rocznik. A pani Danuta najmłodsza z nas wszystkich. Ten dokument pokażemy 18 czerwca w Gazecie Wyborczej, w cyklu Teatr, Muzyka, Kino w Gazeta Cafe. Poprowadzę rozmowę nie tylko z panią Danutą Szaflarską, również z Dorotą Kędzierzawską, Arturem Reinhartem i Michałem Merczyńskim, dyrektorem Narodowego Instytutu Audiowizualnego, który był inicjatorem tego filmu.

Kiedy prowadziłem spotkanie w Teatrze Żydowskim, w którym pani Danuta wzięła udział, usłyszałem, jak mówi w garderobie: „Najpierw skrócili mi nogę o cztery centymetry, potem ją wydłużyli, nie widzę na jedno oko, bo trzasnęłam się w głowę, na drugie widzę ledwo, mam 99 lat i nic mnie nie bierze. Umrę jak trzaśnie samolot, bo bardzo lubię latać”. W filmie mówi, że umrze wtedy, kiedy przestanie pracować.

5 czerwca 2013, k. 16.20

W.S. Merwin

Pauli późną wiosną

Wyobrażam sobie że wrócimy
kiedy zechcemy i będzie wiosna
nie będziemy starsi niż wcześniej
znoszone troski rozwieją się jak wczesna chmura
przez którą poranek stopniowo dochodzi do siebie
a pradawne osłony przed zmarłymi
już nie będą potrzebne i wrócą do zmarłych
światło będzie takie jak teraz w ogrodzie
który tworzymy razem od tylu lat
z długich wspólnych wieczorów i zdumienia

przełożyła Karolina Kopczyńska

(z tomu „Imię powietrza”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013)

4 czerwca 2013, k. 11.00

Od rana wiadomości, że dyrektor Teatru Dramatycznego zamyka Cafe Kulturalna. Jakby to nie było do przewidzenia. Warszawskie rządy caratu. Bezkarność urzędników i apetyt, aby mieć wszystko. Każda kolejna taka wiadomość mnie dobija. Pamiętam, jak było z zamykaniem Le Madame, skutecznie. Z przepędzeniem Krytyki z kawiarni Nowy Świat. Z likwidacją Teatru Na Woli. Za pani prezydent odbyło się wcześniej wypędzenie Hanuszkiewicza i umieszczenie w jego teatrze supermarketu, a także likwidacja Teatru Małego. A już to, co urzędnicy robią w tej chwili z Grzegorzem Jarzyną i TR Warszawa to niejako ich Grand Finale. Mam nadzieję, że dla pani prezydent i jej ekipy od kultury to naprawdę Grand Finale.

Uciekam w poezję. Czasem nie trzeba nawet otwierać wierszy. Przed oczami wczorajsza uroczystość wręczenia nagrody im. Zbigniewa Herberta. Jej laureat W.S. Merwin siedzi na scenie Teatru Polskiego, za nim na wielkim ekranie fragmenty dokumentu o jego życiu. Pan Merwin siedzi mniej więcej na środku sceny, na lekkim podwyższeniu, żeby obejrzeć film jest tyłem do widowni. Widzimy Merwina na ekranie, który oprowadza po lesie palm w miejscowości Haiku, gdzie mieszka. I widzimy starego, siwiutkiego poetę o energii dziecka na scenie, który ogląda siebie. Dla mnie ten obraz jest jak wiersz. Uciekam do niego z porannych wiadomości.

3 czerwca 2013, k. 16.08

Nagle znów zrobiło się szaro. Próbuję pracować, ale myśli kierują się w stronę poezji. Wieczorem idę na wręczenie nagrody im. Zbigniewa Herberta wybitnemu amerykańskiemu poecie W. S. Merwinowi, dwukrotnemu laureatowi nagrody Pulitzera. Kilka dni temu obejrzałem film dokumentalny o Merwinie, cóż to za piękny, głęboki człowiek. Omal dziewięćdziesięcioletni hippis. Urzekła mnie wypowiedź jego żony, że Merwin rano pracuje (czyli pisze i czyta) a popołudniami sadzi palmy (bo mieszka na Hawajach) i inne drzewa, kiedy jest w Europie (mieszka też we Francji).

Przeglądam właśnie tomik wierszy Merwina „Imię powietrza”, który właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Znak. Zakochałem się w wersie z wiersza „Cezar”: „Moje buty umierają”.

2 czerwca 2013, k. 23.00

W Błoniu, w cyklu spotkań, które prowadzę Stasia Celińska. To zawsze wielkie święto móc słuchać jej mądrych słów, życiowej filozofii… Nawet nie wiem, jak to się stało, że spotkanie zamiast półtorej trwało dwie godziny. Opowiadała o swojej „misji” bycia szarytką w teatrze – walki o duchowość. Piękny człowiek.

Po powrocie do Warszawy obejrzałem po raz trzeci lub czwarty „Sierpniowe wieloryby”. Ten film poruszył mnie dzisiaj tak samo jak wiele lat temu, kiedy obejrzałem go przez przypadek po raz pierwszy. Pożegnanie z filmem i pożegnanie ze światem, ale za to jakie! Bette Davis i Lilian Gish w swoich ostatnich rolach.

A przed chwilą  w TVP2 „Głęboka woda”. Odcinek, w którym zadebiutowała jako aktorka Zosia Kowalewska, córka mojego przyjaciela Maćka. Świetna dziewczyna, jak się dzisiaj okazało również zdolna aktorka. Tak się cieszę. Pogratulowałem właśnie i Zosi i Maćkowi. To takie miłe oglądać debiut, i to debiut córki przyjaciela. Maciek ma wspaniałe, zdolne dzieci. A jego żona Ewa, dzisiaj obchodzi urodziny. Wszystkiego pięknego, ale przecież jest pięknie.

I jak to jest budzić się codziennie w domu z widokiem na morze? Myślałem o tym oglądając „Sierpniowe wieloryby”.

1 czerwca 2013, k. 11.00

Gdyby żył ks. Jan Twardowski byłbym u niego dzisiaj z życzeniami, w dzień dziecka świętował urodziny. Miło było stać w ogonku na krętych drewnianych schodach jego drewnianego domu pustelnika, żeby uścisnąć dłoń i złożyć życzenia. W ostatnie urodziny ksiądz już zupełnie jak pustelnik. Długie siwe włosy, które opadały na ramiona. Nagle, wczoraj wieczorem znajoma przypomniała serię płyt „bajki muzyczne”, na których się wychowaliśmy. Na youtube odszukałem „Czerwonego kapturka”, bajkę w której narratorem była genialna Irena Kwiatkowska. Cóż to za wspaniały tekst i interpretacja. Nie słyszałem tego nagrania odkąd skończyłem 5 lat, a mimo to znam na pamięć – jak się okazuje – teksty i piosenki: „Gdy w brzuchu burczy, dostaję kurczy…” (to tekst wilka, którego grał – co teraz odkrywam pan Hańcza) albo „Ni Mruczek, ni Burek, ni jeż, ni ptak, Czerwony Kapturek to ja zwę się tak” (i największe chyba odkrycie, że to Barbara Krafftówna, że to z nią spędziłem dzieciństwo, wiele wieczorów, natychmiast zadzwoniłem do pani Basi, żeby powiedzieć, że znamy się dużo dłużej, na co pani Basia: „A pan nie wiedział, że napisał monodram dla Kapturka?”).

Te bajki dźwiękowe, w genialnych interpretacjach, wychowywały nas, nauczyły panować nad słowami, uczyły słów, których dzisiaj już się w bajkach nie używa, np. „pełł”.

31 maja 2013, k. 15.50

Miałem pojechać do Borzechowa na zjazd rodzinny. Bardzo jestem ciekawy swojej rodziny, tej, której nie znam. Moja babcia miała szesnaścioro rodzeństwa, ciekawe byłoby zobaczyć te wszystkie osoby z następnych pokoleń. Nie pojechał, obowiązki, zadania, pisanie. Ale myślę o tym dzisiaj. Próbuję pisać, ale też codzienność zatrzymuje – wymiana zamka w bramce, poczta, wreszcie urząd gminy, bo ostatni dzień składania deklaracji śmieciowych. I jak w tym zmieścić i ocalić pisanie? Wieczorem chciałbym skończyć „Ptasie ulice” Piotra Pazińskiego. Zostało mi ostatnie opowiadanie, którego nie przeczytałem wczoraj, żeby sobie zostawić coś na dzisiaj. Bardzo bliska mi książka. Napiszę o niej na blogu.