Dziennik lektur

JÓZEF HEN:

Ja jednak nadal wierzę w obcowanie z książką – jako w najbardziej intymną rozmowę z samym sobą(…)

Zastanawiam się, jaki byłby los Singera, gdyby swoje polskie bądź co bądź powieści publikował w Polsce? Nie tylko mowy by nie było, żeby go ktoś proponował do Nobla, ale „Twórczość” nie chciałaby go drukować. Opowiada po prostu – i tylko tyle. A los polskiego Mailera, Capote’a, Styrona, Irvinga? Los Grahama Greene’a, Alberta Moravii?(…)

Nie wiem, skąd się bierze przekonanie, że pisarz jest głupszy niż krytyk?(…)

Widz także musi mieć talent – tak powiedział Rene Clair. Trawestując tę myśl, można powiedzieć – czytelnik także. Czytanie to współtworzenie(…) Trudno jest być krytykiem własnej książki, ale dla mnie jest ona analizą uczucia, miłości, opętania, podobnego do tego, jakie powala alkoholika czy narkomana. – o książce „Milczące między nami”(…)

Wiem, że moja proza nie naprawi tego świata – i żadna inna też – ale ona przecież nie może schować się w mysią dziurę. Kilkakrotnie zostałem przyciśnięty do muru, czy zapędzony do rogu, wbrew mojej woli. I ja, i wielu moich kolegów straciliśmy sporo lat, nasze tak zwane kariery zostały wykoślawione, niektóre lekkomyślnie złamane, rozprostowanie ramion przychodzi teraz, kiedy jestem już stary, kiedy brak mi dawnej energii, kiedy mnóstwo rzeczy już mnie nie obchodzi(…)

Nie ma prawdopodobnie książek nieautobiograficznych – z wyjątkiem książek bezmyślnych. Jeśli książka jest nasycona myślą własną, a nie zapożyczoną, to jest to książka wyrażająca autorskie „ja”(…)

Bardzo często spotykam się z zarzutem, że mogłem pisać powieść polityczną, a napisałem powieść o miłości; że w konstrukcji powieści jest pęknięcie czy błąd. Tłumaczą mi to dobrotliwie, zupełnie jakby autor był kimś ślepym. Jeśli taka jest konstrukcja, to znaczy, że była zamierzona, a nie, że mi to „tak wyszło”(…)

Na pewno w jakimś sensie jesteśmy pokoleniem wykoślawionym. Wykoślawione są nasze książki, i te książki, których nie napisaliśmy(…)

Trzeba wreszcie opamiętać się i ratując świat od zagłady, naprawdę wychowywać ludzi dla pokoju(…)

Mam dzieci, mam wnuki i mam nadzieję, że będą żyli w świecie, który da się uratować(…)

Niedawno czytałem stary wywiad Faulknera, jeden z nielicznych, jakiego udzielił. Powiedział w nim to pamiętne zdanie: że jemu jako pisarzowi potrzebny jest tylko papier, ołówek i butelka whiskey. Reszta jest sprawą wyobraźni. Najlepszą zaś posadą dla pisarza jest, według niego, funkcja odźwiernego w domu publicznym: dużo wrażeń i obserwacji oraz wolne dni do pracy(…)

Świadectwo literackie, w odróżnieniu od dziennikarskiego, nie musi być dokumentem chwili, za to przekazuje człowieka następnym pokoleniom(…)

I oto fatalny los pisarza: bo ta książka, jeśli nie jest najlepsza w moim dorobku, to jest w jakiś sposób najważniejsza. To dla jej napisania uparłem się przeżyć wojnę. I oto ta właśnie książka, w której mówię wreszcie to, co się we mnie nagromadziło, nie mogła się ukazać. Pisałem dalej, pisałem różne inne rzeczy, ale co właściwie o mojej twórczości mógł wiedzieć jakiś krytyk, nie znając akurat tej pozycji? Wreszcie się ukazuje – ale w jakim momencie! Kiedy już „wolno”. – o „Nikt nie woła”, ukazującej się po 32 latach od jej napisania(…)

Wciąż są jeszcze ludzie, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia. Co prawda – coraz ich mniej. Choć oczekuje się, że teraz niektórzy może wrócą?

(z tomu wywiadów „Wiem, co mówię, czyli dialogi uzdrawiające. Spotkania z Józefem Henem”, Iskry, Warszawa 2013)

*

JULIA HARTWIG

NIE WAHAĆ SIĘ kiedy nic nie rozwiązane

nieustannie zadawać pytania

uwolnić się od pozorów dzieła sztuki

nie bać się widzieć twórczość jako zadanie

szanować ukryty ład istnienia

poza granicami materialnego świata

być pojedynczym

ale nie samotnikiem

wyprowadzić się z brudnej rzeki

do czystego oceanu

(z tomu „Zapisane”, Wydawnictwo a5, Kraków 2013)

*

Przejrzałem stos gazet i znalazłem kilka tekstów, gdzie zaznaczyłem interesujące fragmenty. Przepisuję:

Urszula Kozioł w rozmowie z Jarosławem Mikołajewskim:

Są wiersze, które piszesz przez całe życie. Od kiedy istniejesz, coś się krystalizuje, supła i wytwarza, aż przychodzi chwila, kiedy musisz natychmiast przekładać na język to, co było bezsłowne, ledwo przeczute, w domysłach. Próbujesz się do tego przymierzyć, a przekaz jest, ale i nie jest, uchyla się. Lecz jeśli go teraz nie złapiesz, to jutro nie będzie już taki jak dziś, będzie inny. I niesamowite jest, że mieścisz się na małej karteczce, a między wierszami tego drobiazgu jest tyle sensów, że prawie nigdy ich nie wyczerpiesz. Jaka dziwna to rzecz – wiersz. Jaki sekret! Wiersz jest jak kot. Nie daje się ustawić, wytresować. Jest rzadkim gościem, a pisze się go zawsze jakby z twarzą obróconą do ściany. I musi to być coś rzadkiego i trudnego, skoro raz na dwa albo trzy lata, albo znacznie rzadziej, wydajemy cieniutkie książeczki. Tutaj nie wystarczy wiedza, bo nie wiesz, ile czego trzeba, żeby ci wyszedł wiersz. Ile znaczenia, a ile rytmu, brzmienia, bo przecież słowo nie tylko znaczy, lecz również dźwięczy. Rozłupujesz szary kamień, a w nim pojawia się kryształ, który destylował się w nim przez lata. Ocalone skupienie. Tak przynajmniej jest w wierszach, które ja uważam za wiersze. Bo przecież niektórzy często piszą dziś, jakby wierszem stawały się po prostu krótsze od prozy linijki(…) Wiersz, jakim jak go rozumiem, musi być nośnikiem skupienia. Przenosisz w nim tajemnicę, jak kiedy przechodzisz przez rzekę, trzymając nad głową coś cennego, co musisz donieść na tamtą stronę.

(z wywiadu „Rozgardiasz szpargałów”, Wysokie Obcasy 5 stycznia 2013)

Adam Zagajewski w rozmowie z Mileną Rachid Chehab:

Podobno wiersz nigdy nie jest ostatecznie napisany, co najwyżej porzucony. Ale doskonalenie go w nieskończoność zabija w nim świeżość. Na szczęście czuję, że to już, że wiersz się ode mnie odkleja. To coś jak roztwór nasycony. Z całym tomikiem jest podobnie – po prostu w pewnym momencie wiadomo, że już jest. Najbardziej mi się podoba to, że nigdy do końca nie wiadomo, który wiersz trafi do czytelników, który mnie samemu będzie się podobał dziesięć lat później. Nie ma żadnego przepisu na to, który wiersz będzie jak puszka z mocno sprężonym powietrzem. Ta tajemnica pociąga mnie w poezji najbardziej.

(…) W Polsce poetę wciąż pytają o zdanie – pani ze mną rozmawia, mimo że się nie klikam, i jeszcze kilka podobnych do pani osób by się znalazło. Wciąż jest zaciekawienie, że może poeta coś wie, może coś powie za innych. Bo literatura to mówienie także za innych.

(…) Nie lubię rzeczy lekkich i nie rozumiem, dlaczego ludzie je lubią. Mój mózg odpoczywa na spacerach, a nie nad książką. Kultura masowa za  bardzo stawia na efekt, woli się spalić na ostatniej stronie, w ostatnim odcinku i już chce następnego i następnego. A dla mnie książki są wiecznym kontemplowaniem, rozważaniem, czy jesteśmy. Wolę czytać powoli książkę za książką i rozważać to, co tam jest napisane. Po to przecież jest kultura.

(…) A jednak musimy nieco odsunąć się od świata, żeby spróbować go zrozumieć. I potem wrócić do niego.

(…) Poeci służą do tego, żeby myśleć o rzeczach ostatecznych.

(Z rozmowy „I co z tego, że poeta się nie klika?”, Gazeta Wyborcza – Magazyn Świąteczny, 20-21 lipca 2013)

Seamus Heaney

Telefon

„Poczekaj”, powiedziała, „skoczę go zawołać.

Pogodę mamy ładną: korzysta z okazji

I piele ogród”.

Jak gdybym go widział:

Klęcząc na ziemi, koło grządki porów,

Maca, ogląda, oddziela łodygę

Od łodygi, ostrożnie wyrywa to wszystko,

Co nieforemne, słabe i bezlistne,

Czując radość, gdy łamie każdy korzonek,

Lecz i żal…

I złapałem się na tym, że słucham

Głośnego jak w grobowcu tykania zegarów

Z sieni, gdzie leży samotna słuchawka

W ciszy luster, w słonecznych odblaskach wahadeł,

I jeszcze na tej myśli: gdyby rzecz się działa

Dzisiaj – Śmierć tak by mogła wzywać

Everymana.

Odezwał się i prawie rzekłem, że go kocham.

(przełożył Stanisław Barańczak, GW, 31 sierpnia – 1 września 2013)

*

Jest droga, więc idę. Jest źródło, więc piję. Wchodzę w las. Zrobiło się jakoś posępnie w tunelu karłowatych dębów. Słońce się schowało. Przyspieszam. Jeszcze raz zobaczę rudą tarczę, gdy wejdę na ostatnią przełęcz: otwiera się nowa nieskończoność gór, oblana krwistą czerwienią. Nagle zrywa się wiatr na chwilę, jak zawsze o zachodzie. Jakby zapowiadał ciemność i koniec świata. Prawie biegnę mrocznym wąwozem.

(Maria Wiernikowska „Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostella”, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2013)

*

Wróciłem do tomu Andrzeja Titkowa, wybitnego reżysera, i znalazłem dla siebie na dzisiaj dwa wiersze, które mnie zatrzymały:

przed stacją Koluszki

że wystygnie Słońce

ta myśl zerwała wszystkie nici

które wiązały mnie z twarzami naprzeciw

z pejzażem za oknem

gaśnie dzień powoli ale uparcie

i ten obraz prawie arkadyjski

choć z pospiesznego widziany pociągu

krowy na równinie

mały chłopiec fika koziołki

coraz niżej opada ciężkie czerwone Słońce

przed stacją Koluszki

1968


Mój syn

stał się ojcem

a ja wciąż przylepiony do szyby

w samolocie

pytam jego głosem -

z czego robią się chmury?

6.11.1992

(Andrzej Titkow „Zapisy, zaklęcia”, Wydawnictwo Przedświt, Warszawa 1996)

*

Dziennikarz jest kłusownikiem we wszystkich dziedzinach nauki. Antropologia, socjologia, nauki polityczne, psychologia, literatura… Jesteśmy obowiązani studiować każdą niezbędną nam dziedzinę, gdyż zawód nasz jest przezroczysty: wszyscy widzą, jak piszemy, a więc – jak się kształcimy, jak prowadzimy dziennikarskie dochodzenie, w jaki sposób myślimy.

(…)

Z własnego doświadczenia wiem, że najlepsze reportaże pisze się wówczas, gdy centrala nie ma pojęcia o miejscu pobytu reportera.

(…)

Media mają też swoje dobre strony, gdyż w ich redakcjach i studiach pracują wysokiej klasy specjaliści, wrażliwi i utalentowani ludzie, przekonani, że człowiek jest niezwykle wartościową istotą, a planeta, na której żyjemy – pasjonującym miejscem wartym poznania, zrozumienia i ocalenia. Ludzie ci pracują z samozaparciem i oddaniem, z entuzjazmem i pasją, wyrzekając się wygód, dostatku, a nawet narażając własne życie. Ich jedyną misją jest dać świadectwo otaczającemu nas światu oraz pokazać, jak wiele w nim niebezpieczeństw, ale i nadziei.

(…)

Wielcy powieściopisarze byli jednocześnie reporterami.

(…)

Na ogół droga do tekstu jest tajemnicą. Struktura przychodzi sama, staje się: rozmyślasz nad tym, jak ją ugryźć i nagle pojawia się pomysł. Za każdym razem jest inaczej. Ja nigdy nie wiem, jak będę pisać książkę; szukam raczej pierwszego słowa i kiedy już je znajdę, piszę pierwsze zdanie, i kiedy je mam, piszę drugie, i potem trzecie, i tak dalej.

(…)

W pewnym sensie każda książka jest porażką: chociażby czytelnicy uznali ją za wspaniałe dzieło, dla pisarza książka niesie z sobą porażkę, ponieważ wie doskonale, że słowa zapełniające jej strony nie są precyzyjnym odbiciem tego, co zamierzał wyrazić.

(…)

Emocja jest siłą tekstu.

(…)

Nie wierzę, że dziennikarz z krwi i kości może być cynikiem.

(…)

Bez empatii, owej zdolności pozwalającej poczuć się błyskawicznie tak, jakbyśmy należeli do rodziny, nie można dzielić bólu, udręki, cierpienia i radości ludzi. Podkreślam raz jeszcze: rodzaj kontaktu, jaki ustanowimy z innymi, zdefiniuje naszą pracę. Jeśli tutaj poniesiemy porażkę, nie będziemy w stanie dobrze wykonywać tego zawodu; jeżeli zaś zbudujemy głębokie i bogate relacje międzyludzkie, znajdziemy źródło materiału.

(Ryszard Kapuściński „To nie jest zawód dla cyników”, Biblioteka Gazety Wyborczej/Literatura Faktu PWN, Warszawa 2013, przekłady Andrzej Flisek i Magdalena Szymków)

*

W czterdziestym piątym roku pewien mieszkaniec Warszawy wrócił – jeden z pierwszych – na ruiny. Znalazł dom rozbity, lecz jedna izba dała się jeszcze uratować. Zakasał rękawy i zabrał się do remontu. Znalazł w gruzach potrzebny ku temu materiał, załatał ściany i ulepił rodzaj paleniska; lecz gdy doszło do okna, natknął się na trudności nie do pokonania. Nie było wówczas szyb. Z kawałków, ze skrawków i obrzynków oszklił małe okienko, aby dawało nieco światła, a drugi otwór, otwór frontowego okna, zabił dyktą. Po czym, dając wyraz swej radości z powrotu i ulegając nieodpartej wewnętrznej potrzebie, która każe robić człowiekowi rzeczy na pozór niekonieczne, namalował na dykcie ciemnobłękitne tło, zupełnie jak jest o zmierzchu w prawdziwym oknie, a na tym tle białe, tiulowe firanki z falbankami i doniczkę z kwiatkiem.

Zrobił to, gdy brak jeszcze było jednej całej ściany, drzwi, podłogi. Nie było wody, światła, ognia, chleba. To okno w wielkiej pustce, a nie opodal traktu, ogłosiło stan wszelkich możliwości, stało się wyrazem niewypowiedzianej nadziei i otuchy dla wędrowców, wracających tędy do miasta.

(Pola Gojawiczyńska „Szybko zapomniane”, Czytelnik, Warszawa 1974)

*

- Pracuję zawsze rano – powiedziałam oschle i nie bez złości, zapytywana o proces twórczy. To straszna rzecz, taki intelektualny wywiad w trakcie robiącej się powieści, gdy autor sam nie wie, czy jest sobą, czy tym wszystkim, co tworzy; gdy pokój jego zaludniony jest cieniami, pełen spraw i rozmów, pełen głosów: ani odrobiny miejsca na nic innego, z zewnątrz. Zabieram się do pracy, gdy mam już proces twórczy za sobą. Muszę powieść wynosić w sobie, obcować z jej ludźmi aż do ich oczywistego życia, oglądać po wielokroć dzielnicę, dom, mieszkanie, sprzęty, wiedzieć o pracy, zarobkach i potrzebach, znać obyczaje i dzień powszedni, aż po tak inne wydarzenia dnia, które dzieją się z dala od tej rzeczywistości, a są wydarzeniami historycznymi. To pozwala mi, bez dłuższych wywodów, określić powieść w czasie, ustroju politycznym i gospodarczym, a także pokazać to miejsce, gdzie linia życia osobistego łamie się i człowiek staje w obliczu „spraw ogólnych”. Cała wielka reszta procesu twórczego jest zawsze dla mnie czarną magią. Nie robię notatek, nie kreślę planu. Polegam na wewnętrznym zaangażowaniu się, na pamięci, na wzroku. Mimo to prawie nigdy nie odstępuję od treści i linii zamierzonej książki, od tego, co chcę w niej powiedzieć(…) Skończyłam pisać, odkładam pióro. Lubię żyć”.

(Pola Gojawiczyńska „Gdy skończę powieść…” w: „Szybko zapomniane”, Czytelnik, Warszawa 1974)

*

Opowieść za opowieść. Ani lepsza, ani gorsza. Każda odsłania i każda zaciemnia, a w każdej jest cząstka prawdy. Jedne napisano już dawno, inne może dopiero powstaną. Czy nie tak?

(…)

Chyba tylko nieuwadze dorosłych zawdzięczam opowieść o tym, że nowe kwartały miasta wzniesiono na ludzkich kościach, zalegających płytko, zaraz pod nogami przechodniów. Potem obraz ten, jakkolwiek wciąż mało wyrazisty, zżył się z miastem na dobre, stając się naturalnym składnikiem codzienności. Byliśmy na niego skazani, jak ludzie, którym przyszło mieszkać na ruinach wymarłej cywilizacji.

(…)

Oto Feldwurm ścigał się z Panem Bogiem, któremu z nich uda się zapisać więcej imion i ile z tych imion zdoła przetrwać do następnego dnia. Powiadają, że w tamtych czasach Panu Bogu brakowało już sił, toteż czując, że przegra, wycofał się z rywalizacji, ale obiecał kanceliście życzliwe kibicowanie jego staraniom.

(Piotr Paziński „Ptasie ulice”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2013)

*

Aktor musi mieć w sobie pewien rodzaj komplikacji i odwagi, żeby mnie w ogóle zainteresował. Nie interesują mnie aktorzy wyłącznie techniczni, perfekcjoniści, którzy myślą bardziej o sobie niż o postaci i bardziej o sobie niż o partnerze. Najwyżej cenię aktorów wielkodusznych. Takich, którzy gdy kamera patrzy na partnera, grają lepiej, niż gdy kieruje się na nich, dają z siebie jak najwięcej, żeby pomóc partnerowi.

(…)

Pejzaż ludzkiej twarzy był dla mnie zawsze najciekawszy. Fascynowały mnie filmy w rodzaju „Persony”, oparte na zbliżeniach twarzy.

(…)

A dlaczego niedookreśloność tożsamości? Może to mój osobisty temat, może to się bierze ze mnie, z tego, kim sama jestem. Kobieta, która wykonuje męski zawód, pół-Polka, pół-Żydówka, żyję to tu, to tam, jako półcudzoziemka. Szukając dla Gabci jakichś klejnocików po szufladach, wygrzebałam różne medaliki i pomyślałam, że jeśli chodzi o mnie, powinnam sobie zawiesić na sznurku cztery: krzyżyk, gwiazdę Dawida, bretoński symbol i orła w koronie.

(Agnieszka Holland w „Magia i pieniądze. Rozmowy przeprowadziła Maria Kornatowska”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012)

*

Przeczytałem w ostatnim czasie dwa, bardzo ciekawe wywiady z pisarką Magdaleną Tulli, której książki bardzo cenię. Myślę, że warto zachować fragmenty, dlatego tutaj przepisuję:

„- A kiedy nadchodzi zmęczenie fikcją?

- To nie było zmęczenie. Raczej świadomość, że ona jest aż tak tania. Tanie jest życie postaci, tania jest ich śmierć, nie mówiąc już o strojach, o dekoracjach. Ma się to wszystko dosłownie na pstryknięcie palcami. To mnie zawstydza.

(…)
Trudno mi przypomnieć sobie dokładnie, kiedy zaczęłam pisać, przez to, że samo pisanie odbywało się z doskoku. Do dziś nie mam nawet biurka. Laptop mieszka w kuchni. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w swoim życiu usiadła i namyślała się, co tu napisać. To raczej męski styl. Mężczyźni siadają i się namyślają. Jak im nie idzie, wtedy cierpią. Ja tak nie siadam, więc nie cierpię. Słynne męki twórcze są mi nieznane. Mam inne problemy, na przykład trudno mi zmieścić pisanie w rozkładzie dnia”.

(z wywiadu Marty Szarejko „Literatura żyje fikcją”, Bluszcz, nr 2(41) luty 2012)

„Był taki moment, kiedy postanowiłam pożegnać się z literaturą. Po pięćdziesiątce ciężko się żyje bez pieniędzy, więc zdecydowałam, że zmienię zajęcie, i zmieniłam(…) Z początku miałam taki pomysł, żeby w ogóle nic nie pisać. Bez pisania czegoś mi brakowało, ale nie fikcji literackiej. Przychodziły pomysły, robiłam sobie notatki.

(…) Jestem w innym życiu. Coś takiego mi się zrobiło na przełomie czterdziestki i pięćdziesiątki. W pewnym sensie wtedy umarłam, ale dalej sobie żyję i mam się bardzo dobrze. W grach komputerowych można mieć nawet po pięć małych ludzików. No więc jeden ludzik mi padł i teraz gram następnym”.

(z wywiadu Katarzyny Kubisiowskiej „Ludzik mi padł, więc gram następnym”, Duży Format GW, 27 października 2011)

*

JAROSŁAW IWASZKIEWICZ


NOWA RZECZYWISTOŚĆ

Powoli bardzo powoli

bez strachu

staję się nieważki

To nawet nie boli

ten świat bez motyli

bez zmierzchnicy bez ważki

bez chrabąszczy

bez gąszczy bez gąsienic

same błyszczące guziki

w mundurze rzeczywistości

skrojonym z białej blachy

Jaki nacisnąć guzik

gdy przychodzi nocna trwoga?

przez który czarny czy srebrny głośnik

odezwie się trąba boga?

Co trzeba jeszcze włączyć

aby zajechał ten wózek?

z jakich wykwitnie kłączy

żeliwny kwiat ostateczny?

czy włączy się lot wieczny

w tę księżycową drogę?

Czy grobownica będzie biała

z komputerów cała?

czy będzie odpowiadała

na wszystkie pytania?

podług jakiego kodu?

Pośród wiecznego lodu

nie rozkwitną narcyssy

jak poetom kwitły za młodu

ani konwalie ani irysy

ani peonie ani anżeliki

tylko jak kwiaty

kontakty guziki

Nie trzeba nic zrywać wyłączać

samo się wszystko skończy

(z tomu „Mapa pogody”, Czytelnik, Warszawa 1977)

*

Jan Henryk Cichosz na swoim blogu, 31 grudnia 2011:

Śmierć stolarza

W dzień moich imienin zmarł nagle mój ponad osiemdziesięcioletni sąsiad, który przez dziesiątki lat, aż do chwili swojej choroby, był stolarzem. Robił różnego rodzaju okna, drzwi i podłogi. Zawsze od wczesnego świtu aż do zmroku za moimi oknami słychać było dźwięk piły, heblarki i stukot młotka. W przerwach nieodłącznie słuchał I programu Polskiego Radia. W czasie gdy był zdrów i miał „pełne ręce roboty”, to nie mógł opędzić się od kolegów „ do kielicha”. Ale wszystko przemija. Najpierw poważna choroba i zaawansowany wiek, a następnie postęp technologiczny, w postaci plastikowych okien i dużego wyboru różnego rodzaju drzwi oraz podłogowych paneli, sprawiły powolną śmierć jego stolarni. Ze łzami w oczach wyprzedawał niepotrzebne już maszyny i narzędzia. Schorowany i umęczony swoją długą pracą powoli usuwał się na margines codzienności. Niemalże wszyscy jego koledzy już umarli, a  nieliczni żyjący zapomnieli o nim. Przez szereg lat, zawsze w zimie, odwiedzałem go w jego zadbanym przez żonę domu. Mówił mi wówczas, że następnej wiosny już nie doczeka, i abym, gdy on umrze, przyszedł na jego pogrzeb. I tak było niemalże przez kilkanaście lat. Nawet o tym jego umieraniu napisałem wiersz.

Tego roku nic nie zapowiadało

pięknej jesieni. Może dlatego stary

stolarz z ulicy, która kończy się

niemalże w chmurach, zrezygnował

z odejścia. A przecież swoje umieranie

zapowiadał na lewo i prawo, jeszcze

w upalne dni sierpnia. I nawet dał

zadatek na trumnę. Teraz siedzi

oparty o jasną ścianę domu i liczy

drobniaki, które jak mówi: „niepotrzebnie

obrywają kieszenie w garniturze do trumny”.

A obok, tuż na kreską horyzontu

zatrzymało się słońce w zachwycie

nad prostotą stolarza…

Wczoraj byłem na Jego pogrzebie. A od kilku dni patrzę w stronę Jego domu, czy aby znów nie siedzi na ławeczce przed swoim domem.

(www.janhenrykcichosz.blog.onet.pl)

*

W „Gazecie Wyborczej” o Elżbiecie Czyżewskiej:

Od marca zeszłego roku aktorka ma drzewko w nowojorskim parku Herb Garden. Biały dąb posadzili artystce jej amerykańscy przyjaciele, aktorzy i pisarze. Na tablicy umieszczonej w sąsiedztwie drzewa napisano: „Przetransplantowana do Nowego Jorku, zasiliła powietrze tlenem, użyczyła piękna ulicom, które kochała. Jej duch nadal kwitnie”.

(27 stycznia 2012)

*

WANDA BACEWICZ

(z wierszy dla Grażyny)

Gdy drzwi zamknę

po raz ostatni

od mego diabelskiego raju

w jakiekolwiek pudełko wtłoczona

czy pudło wielkie jak wszechświat

jedno mi pozostanie mieszkanie

- z którego Ty odeszłaś

Jeśli nawet zerwą podłogi

rozwalą ściany

będziesz tam -

przy swoim fortepianie

ze swoimi skrzypcami

pochylona nad dźwięków

niezniszczalną materią

(z tomu „Gwiazdy nas wodzą”, PIW, Warszawa 1974)

*

Poranny pośpiech stwarza złudzenie, że nasza obecność gdzieś jest cholernie ważna dla świata. Nie mam złudzeń. Mogę sobie pomarnować czas do woli.

(Hanna Samson „Życie po mężczyźnie”, Znak, Kraków 2012)

*

Niektóre lektury są koniecznością. Dzisiaj (23 stycznia 2012, w piątą rocznicę śmierci Ryszarda Kapuścińskiego) wiadomość o odejściu Małgorzaty Baranowskiej. Mam stale przy biurku jej piękną książkę o poezji Wisławy Szymborskiej „Tak lekko było nic o tym nie wiedzieć…”. Książkę kończą wypisy z dziennika Małgorzaty Baranowskiej, w których poetka wgryza się w istotę wierszy innej poetki. Nie mogę myśleć o tych fragmentach inaczej niż z podziwem. Mówiąc o poezji Szymborskiej tak wiele i tak uderzająco z dzisiejszej perspektywy mówi o sobie, swoim stosunku do sztuki, walki o miejsce poezji i poety, szacunku do drobiazgu. Zacytuję więc drobiazgi z jej dziennika:

20 II 1989

Już od dwóch miesięcy czytam wiersz Szymborskiej „Niebo”(…) Jak zawsze u Szymborskiej niespodziewanie ironia oświetla wszystko, co jeszcze przed chwilą wydawało się proste. Nagle przeczytane ukazuje się w kolejnych zmiennych perspektywach(…) Zobaczyć, czego nie widać. Wszystko wywrócić, podmienić(…) Zaczyna się od okna. Co jest oknem? Przestwór powietrzny? Przestrzeń otwarta? Przestrzeń najbliższa ciału to już jest niebo?

10 III 1989

(…) Nie struktury, nie papiery, nie fabuły rządzą życiem, lecz czas(…) Ulotne szczęście w walce z czasem. Tylko trwanie jest istotne, a ono naprawdę nie istnieje.

20 III 1989

(…) Wybrałam się na wieczór Szymborskiej do „Stodoły”. Zobaczyłam ptasią, kruchą osobę w przelocie. Jakby nie mogła się nawet zniżyć do obciążenia sobą krzesła. W kilkoro usiłowaliśmy ją zatrzymać. Na próżno.

21 III 1989

(…) Niewidoczna śmierć wewnętrzna.

22 XII 1989

Najpierw ludzkość gardzi własnymi poetami, ale daje im na zabawki. Jednemu da parę groszy – Nobla i uspokaja się, że nie czyta, nie zna i nic ją nie obchodzi. Tylko skąd ona ma sumienie, skoro coś takiego jak ludzkość wcale nie istnieje? Więc po pierwsze czyta? Po drugie ją obchodzi? Jeszcze dziwniej z nagrodą Singera. Bo on pisze jeszcze niezrozumialej, w mowie, którą sama ludzkość uprzednio zamordowała. To nie jedyne dowody na nie-istnienie ludzkości. Ani nie jedyne na istnienie poezji.

26 V 1992

(…) Warto czytać wyłącznie tych z poczuciem humoru. Ci tylko mogą się przechadzać po granicy życia i filozofii.

25 III 1993

Bo poezja polega na ciągłości. Pierwszy wiersz nie był wierszem, bo nikt jeszcze nie mógł wiedzieć, że to to. Pierwszy wiersz był muzyką – wytworzyła go harfa eolska.

22 IV 1993

Ciekawe, czy u Szymborskiej pojawiłby się motyw „jednego z wielkiej liczby”, gdyby od zawsze nie była i nie czuła się zbieraczką. Wielka liczba – trudno sobie nawet wyobrazić coś liczniejszego do zbierania niż pocztówki (zwłaszcza w Krakowie, w Warszawie się spaliły). Chyba ziarnka piasku. Nawet pocztówki ludzie umieją uczynić rzadkością.

Czas działa. Kiedy się udaje wyciągnąć coś nienaruszonego z materialnej przeszłości – nadzwyczajnieje.

(Małgorzata Baranowska „Tak lekko było nic o tym nie wiedzieć… Szymborska i świat”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996)

*

KAZIMIERZ NOWOSIELSKI

WIĄZANIE

Miłość i wiersze i praca

nad pożegnaniem ze światem

(Nad podtrzymaniem świata?)

Na nie znanej planecie w kuchni

gdzie pachnie herbata

w kamiennym garnku zszatkowana kapusta

nadgryzione jabłko

kartoflane obierki w koszu

- nie nasycona doskonałość tego

co jest – co się stanie? Ciepłe lśnienia

odstawionej przed chwilą filiżanki

Resztki stygnącej pary

pod opuszkami palców

Nadprzyrodzona konkretność trwania

(z tomu „Z Księgi Darów”, Gdańsk 1997)

*

Julia Hartwig cytuje rozmowę z Martinem Scorsese, jaką czytała przy okazji festiwalu w Cannes w 1986 roku. Na pytanie, czy zawsze się bał, Scorsese odpowiada: „W dzielnicy Małej Italii, gdzie żyliśmy, strach należał do systemu życia czy przeżycia. Nasze otoczenie było bardzo gwałtowne. Nie należało nigdy tracić z oczu nikogo z rodziny, kto wychodził z domu, i być zawsze gotowym do udzielenia mu pomocy(…) Dalej zaczynała się Bowery. Tam widziałem nieopisaną nędzę. Pijacy obrabiali pijaków, biedni – jeszcze biedniejszych. Akt seksualny na ulicy, również między mężczyznami. Wszystko to było raczej przerażające dla ośmioletniego chłopca. I z pewnością coś z tego zostaje. Nieuniknione. Zwłaszcza, że odruch dziecka, pierwotny odruch obrony, to ucieczka. Dzieciak, który się boi, ucieka. A ja nie mogłem uciekać, bo miałem astmę. Więc zamiast uciekać, patrzyłem. Wtedy nauczyłem się patrzeć”.

(Julia Hartwig, „Zawsze powroty. Dziennik podróży”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001)

*

MIECZYSŁAW JASTRUN

FRANZ KAFKA

Franz Kafka przeczuł to wszystko, przez czarnych

Aniołów zasztyletowany, na długo przed śmiercią

Swoich trzech sióstr. Pobiegły prędko po drabinie

Dymu oświęcimskiego, wniebowzięte za warkocze

Ścięte dawno. On miał w ręku nitkę jedną

Z czarnego kłębka, nitkę jedną, która mogła

Wyprowadzić z przeraźliwego Labiryntu

Lub zaprowadzić do komory krematorium.

Tu co dzień na wysokim strychu, na podniebiu

Zamku (o którym nie wie nikt, czy jest naprawdę,

Mimo że ma swój numer w Spisie Telefonów)

Toczy się Proces. Słychać płomieniste trąby

Strażaków miejskich lub Aniołów Sądu Ostatecznego.

Tu co dzień zmierzch nam przysypuje włosy

Popiołami zabitych. W górze jest materialistyczne niebo

(Nie Rafaela kurtuazyjne niebiosy)

Jest czarno-purpurowa przepaść piekła,

W które skoczymy wszyscy na dusz lekkich spadochronach.

(z tomu „Z różnych lat”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981)

*

Czytam koło trzech, czterech książek w tygodniu, w podróży, w samolocie. Ale czasem wieczorami siadam, otwieram jakieś klasyczne dzieło na przypadkowej stronie i czytam. Bardzo często zdarza się, że człowiek otwiera wybitną książkę i przekonuje się, że ten przypadkowy fragment mówi coś o nim. Zrobiłem eksperyment z „Don Kichotem” – niewiarygodne, to jest dzisiejszy świat. To jest właśnie wielkie dzieło: natychmiast mówi ci coś o tobie.

(Jean-Claude Carriere w rozmowie Krzysztofa Umińskiego „Dyskretny urok rzeczywistości”, Bluszcz, styczeń 2012)

*

Cypora: Ja się wstydziłam, że żyję. Oni nie mieli pojęcia, jak ta niemiecka maszyna pracowała, ale tak ze mną rozmawiali, że ja się wstydziłam i nie mówiłam już o tym. Ja chowałam numer, co Niemcy mi zrobili na ręku(…) Nie mogłam już słuchać tych pytań: „Dlaczego nie uciekaliście?”, „Jak mogliście dać się tak zabijać?”.

Efraim: Wie pan, kiedy to się skończyło? Jak złapali Eichmanna i go tu przywieźli. Ten jego proces w Jerozolimie złamał wszystkich. Cały kraj od rana do nocy słuchał radia(…) Ludzie zrozumieli, że najpierw nas tam zewsząd zagoniono do gett,  że potem pomału nas wszystkiego pozbawiono, aż na koniec wywieziono do obozów. Zrujnowanych fizycznie i moralnie. Dla ludzi to była mentalna rewolucja. Codziennie przychodzili świadkowie  i opowiadali. A ci świadkowie to byli sąsiedzi tych, co procesu słuchali w radio. Nagle się przekształciło całe myślenie(…) Tutaj się budowało nowe państwo. Potrzebni byli dzielni ludzie, a nie jakieś niedobitki z wojny. Oni chcieli walczących pionierów, a nie ocalonych z Holokaustu(…) Tu obowiązywał jeden ideał człowieka – walczącego i dzielnego. (…)

Cypora: Efraim, on dalej nic nie rozumie. Panie Grynberg, my przed nimi też się wstydziliśmy. Tutaj tak zrobili wszyscy, bo my się cały czas tego wstydziliśmy.

(Cypora i Efraim Laadan o tym, jak Izrael postrzega ocalonych z Holokaustu, w książce Mikołaja Grynberga „Ocaleni z XX wieku. Po nas nikt już nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta…”, Świat Książki, Warszawa 2012. Ten sam temat, od strony naukowej, ale nie tylko, podjął Tom Segev w swojej kontrowersyjnej książce „Siódmy milion”, która niebawem ukaże się nakładem PWN – ciekawym tematem książki Segeva jest właśnie obecność – a właściwie nieobecność – tematu Holokaust w Izraelu).

*

Na marginesie zapisałem ołówkiem „wiersz Irit Amiel”, oto fragment, który mi ten wiersz przypomniał: „Każdy z nas inaczej został uszkodzony przez wojnę. Był taki chłopczyk, który się ukrywał w czasie wojny jako dziewczynka, i on siusiał tylko na siedząco. Mieliśmy kolegę, którego nazywaliśmy Allah, bo on całą wojnę przetrwał na papierach muzułmańskich. Była dziewczynka, która przechowała się z matką w grobowcu. Zresztą jest o tym książka Życie w grobowcu. I te wszystkie dzieci to była nasza nowa rodzina. I jest do dzisiaj”. (Halina Kornblum w książce Mikołaja Grynberga „Ocaleni z XX wieku. Po nas nikt już nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta”, Świat Książki, Warszawa 2012).

IRIT AMIEL

JONA

Gdy zmarł w Tel Awiwie na AIDS

sześćdziesięcioletni emeryt Jona

nikt nie podejrzewał że kiedyś

u schyłku sześcioletniej wojny

Jona wyszedł z szafy w sukience

z dwoma warkoczykami blond

i sam już nie wiedział czy

jest chłopcem czy dziewczynką

Jona ostrzygł się na jeża

nauczył się sikać na stojąco

poszedł na dziwki i wrócił

zrozpaczony

Potem ze zduszonym gardłem

zszedł z okrętu w Ziemi Obiecanej

i wszedł do szafy gdzie pozostał

do końca nie widząc już nigdy

promyka słońca

(z tomu „Wdychać głęboko” Świat Literacki, Izabelin, 2002)

*

Pomaga mi wszystko, co jest dzikim biegiem. Mnie i Oli. Mam poczucie, że pracując dla fundacji, robię coś, co zabezpiecza także los mojej córki. Coś, co ma sens. To bardzo ciężka praca. W życiu tak nie pracowałam. Ale nie mogę sobie pozwolić na przystanki. Weekend i święta znoszę fatalnie i staram się unikać świętowania i odpoczywania. Stop-klatki są bardzo niebezpieczne. Nawet gdy jestem bardzo zmęczona i przeżywam stres zawodowy, choćby przed premierą, wiem, że muszę się na roli skupić. Wtedy, mimo wielkiego obciążenia, odpoczywam od cienia, który mnie ściga. Muszę mieć płodozmian, jak ziemia.

(Ewa Błaszczyk w wywiadzie-rzece Krystyny Strączek „Wejść tam nie można”, Znak, Kraków 2005)

Możliwość komentowania jest wyłączona.