powracać

Jarosław Iwaszkiewicz

Próbuję wrócić. Do siebie, do pracy, do rytmu, który prowadzi i wyznacza przystanki. Próbuję wrócić – to hasło, które chyba najczęściej powtarzam w ostatnich miesiącach. Włączyłem płytę nieśmiertelnego Milesa Davisa, z moim ukochanym „It Never Entered My Mind” – nie wiem od ilu lat ten utwór wprowadza mnie w dobry nastrój, od ilu lat jest ze mną. Kot Tutka położył się obok. Kot Alfred śpi w sypialni. Myślę o tym, jaki był ten rok dla mnie, o tym, co się zdarzyło dobrego i złego, myślę o rozczarowaniach i niespodziankach. To był rok dużych zmian, mam poczucie, że się pomyślnie kończy, choć dzień deszczowy i szary. Ale przecież tak niedawno miałem prezent – tydzień w Izraelu, w słońcu i nad morzem. Tydzień bogaty w spotkania, rozmowy, cudze opowieści. Tydzień słów i obrazów. Jeszcze się w nich grzeję. Ciągle jeszcze wracam myślą i wspomnieniem. Muszę usiąść i to wszystko zapisać w końcu. Żeby nie przesypało się przez palce jak piasek podniesiony z plaży. Od Świąt czytam trzeci tom dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, obejmujący lata 1964-1980. Porażająco smutna, bolesna spowiedź starego, samotnego pisarza. Czytam recenzje z tych dzienników ukazujące się w prasie, podejmujące głównie temat politycznej działalności Iwaszkiewicza. Czytałem kilka dni temu tekst w „Dużym Formacie”. Właściwie nie rozumiem, dlaczego ten dziennik omawiany jest tak powierzchownie, dlaczego tak się recenzentom rozsypuje. Nawet gdyby rzeczywiście wyjąć z niego ten jeden, polityczny aspekt, to jest to gęsta, bogata, niejednoznaczna materia, w której tyle pęknięć, tyle rozerwań, tyle łatań. Będę chciał o tym więcej napisać. Właściwie nie zauważa się tego prawdziwego uwikłania – polityka zabijała Iwaszkiewicza, nie umiał się z niej wydostać, była jego osobistym dramatem. W swoim odczuciu chciał coś ratować. Sam pisze: „Oczywiście walka o ideały ludzkości może być natchnieniem pisarzy, ale wiemy dobrze, że każdy fortepian sięgał bruku. Chodzi mi tylko, aby jak najwięcej było tych fortepianów”. W innym miejscu pisze o swojej „polityce kulturalnej”, ale właściwie cały czas wraca do przegranej tej polityki i przegranej swojej. W tym dzienniku Iwaszkiewicz jest swoim największym wrogiem. Jakby został wrzucony do świata, do którego nie należy, we wszystkich jego aspektach. Dużo bardziej niejednoznacznie widzę uwikłanie Iwaszkiewicza niż recenzenci. W tym tomie dziennika Iwaszkiewicz jest przejmująco ludzki, pełen sprzeczności, jeśli go coś ratuje to kultura. Jedynie muzyka zdaje się odsłonić przed nim czystość i jasność świata. Fragmenty dotyczące muzyki są chyba najpiękniejsze z całego dziennika. Tak, zdecydowanie muszę tu jeszcze do tematu wrócić.

Myślę o tych, którzy w tym roku odeszli. W Izraelu zastały mnie wiadomości o odejściu Cesarii Evory i Vaclava Havla. Jeszcze w czasie Świąt mama wyjęła album ze zdjęciami z licealnej wycieczki do Pragi. Stoję przed pałacem prezydenckim na Hradczanach, obok strażnika, salutuję do zdjęcia. Gdzie wtedy, chłopak ze Starogardu, mogłem przypuszczać, że poznam Vaclava Havla, który wtedy za którymś z okien siedział przy swoim biurku. Lata później, w warszawskiej redakcji Gazety Wyborczej miałem zaszczyt prowadzić spotkanie z panem prezydentem, jego żona Dagmar siedziała w pierwszym rzędzie. A kiedy przeniosłem się do Warszawy, na studia, i różne były te początki, ktoś podarował mi płytę Cesarii Evory, której słuchałem zawsze, kiedy było mi źle. Odnajdywałem się w jej smutku. Ten smutek nas zbliżył. A potem, lata później dostałem propozycję przeprowadzenia z Evorą dużego wywiadu. Tygrys pokazał mi nie tylko pazury, ale i odsłonił fragment duszy. To było jedno z moich najtrudniejszych doświadczeń zawodowych. Od tego czasu myślę o Evorze z pewną czułością, mimo że mnie wtedy przeczołgała. Smutna wiadomość o odejściu tej niezwykle niezależnej chociaż zasznurowanej kobiety, artystki. Smutno też ze względu na Elę Sieradzińską, która znała Cesarię jak nikt, która podarowała jej tyle lat, która chyba umiała Cesarię okiełznać.

W czasie Świąt wiadomość o odejściu byłego prezydenta Starogardu Gdańskiego, Stanisława Karbowskiego. Znałem Pana Prezydenta, z jego inicjatywy dostałem kiedyś kulturalną nagrodę duńskiego miasta partnerskiego Hillerod. Pojechaliśmy do Danii razem, miło wspominam kilka dni rozmów i spotkań, niezwykłe poczucie humoru Pana Prezydenta, który miał niebywałą zdolność nawiązywania kontaktów z obcymi ludźmi, do czego nie była mu potrzeba znajomość języka. Człowiek, o którym po prostu można powiedzieć fajny.

Tak nic się nie wie.

Oby było nam, w nowym roku 2012, najpełniej, najpiękniej i w zdrowiu. Ratujmy w sobie i wokół siebie.