świątynia słów

Chociaż barwy zmieniają się jak w kalejdoskopie, myślami wciąż jeszcze jestem w Izraelu, który pomijając trzygodzinną kontrolę przed wylotem do Polski, przyjął mnie z niezwykłą gościnnością, sercem, energią. Spontaniczność Izraela nie da się porównać z niczym. Jest piątkowy wieczór, spaceruję ulicami Tel Awiwu, metalowe rolety na sklepowych wystawach jedna po drugiej z trzaskiem opadają. Początek weekendu. Czas szabasowej kolacji. I nagle w trakcie tego spaceru sms: „Gdzie jesteś? Z całą rodziną czekamy z kolacją. To jest nasz adres. Wsiadaj w taksówkę i przyjeżdżaj”. To bratanek Dory, z żoną, która powie mi później: „Ty tu się ciągle spotykasz ze starszymi ludźmi, musiałam cię przedstawić młodym”. Bo dzieci Diamantów są mniej więcej w moim wieku. „Powinienem pojechać do hotelu i się przebrać, cały dzień jestem poza hotelem” – piszę. „Daj spokój, nie przebieraj się. Przyjeżdżaj”. I pół godziny później siedzę już przy piątkowej kolacji, z całą rodziną Dory Diamant, z dziećmi i wnukami jej bratanka. Rozmawiamy, śmiejemy się, jakbyśmy się znali pół życia. Wspaniała gościnność. Wspaniałe przyjęcie. Następnego dnia Anat Zajdman, która przełożyła na hebrajski fragmenty mojej powieści „Bądź moim Bogiem” zabiera mnie z mężem do Cezarei i do Hajfy, jedziemy, rozmawiamy, jemy świeże figi, rozmowa o polskiej literaturze jakbyśmy siedzieli przy stoliku w kawiarni w Warszawie. Anat i Avigdor pokazują mi też północą część Tel Awiwu, spacerujemy z ich wnuczką nad rzeką Hayarkon. I mógłbym tak bez końca. Bo przecież nie mogę zapomnieć arcyciekawego spotkania z Irit Amiel na plaży w Tel Awiwie, Irit rozbraja mnie swoim poczuciem humoru. A potem długo spacerujemy aż do ulicy Bialika, którą Irit tak lubi. A potem ostatniego wieczoru, właściwie już po północy, dociera do mnie, że nie zrealizowałem jednego z punktów swojej wycieczki. Przecież chciałem pójść pod dom, w którym mieszkał Max Brod i pod dom przy ulicy Spinoza, gdzie mieszka córka sekretarki Broda, która odziedziczyła po matce rękopisy Kafki. Więc pod dom, gdzie te rękopisy przez lata mieszkały. Dla mnie zawsze rękopisy żyły. Dlatego zbieram autografy. Dom, w którym mieszkał Brod bardzo niedaleko hotelu, w którym się zatrzymałem, ale by dojść do Spinozy, musiałem zrobić długi nocny spacer wzdłuż telawiwskiej plaży, a potem przeciąć jeszcze fragment miasta. Przy Spinoza nieliczne latarnie, głucho, nawet nikt nie przechodzi. I ja z aparatem, zakradający się pod dom córki sekretarki Maxa Broda, jakbym uczestniczył w rozwiązywaniu kryminalnej zagadki. Robię zdjęcia stojąc po drugiej stronie ulicy. Jest w tym coś z podglądactwa, bo ta pani mieszka przecież tam, za zsuniętymi roletami, właściwie nie wiem, dlaczego robię te zdjęcia. Nie, wiem jednak, to był dom rękopisów Franza, więc w pewnym sensie świątynia.

Wyjechałem z Warszawy na Święta, więc te zdjęcia, których akurat nie mam w komputerze, zamieszczę po powrocie. Ten wyjazd był dla mnie jak rollercoster opowieści.

Jutro Wigilia. Myślę o roku, który mija. Trudnym, bogatym w zdarzenia dobre i złe, pracowitym, soczystym, chociaż nie zawsze umiałem z siebie wykrzesać energię czy uśmiech. Myślę o tym mijającym roku ze wzruszeniem, że to wszystko tak pełnie przeżyłem. Z okazji zbliżających się Świąt życzę wszystkiego, co dobre i wiary w perspektywę, która pokazuje jednak, że często nawet to co złe, w gruncie rzeczy zamienia się w to, co dobre. Tylko trzeba patrzeć dalej. Widzieć, że droga jest wciąż przed i że tyle jej do pokonania, za to jakie pejzaże dokoła! Pięknych Świąt.