Szalom!

Tel Awiw widziany z Jaffy

Trzeci dzień w Izraelu, a czuję jakbym był tu od wielu. Przede wszystkim przyleciałem dosyć zmęczony, bo przed wylotem byłem jeszcze w Łodzi, w Teatrze Małym, na festiwalu monodramów, gdzie Ela wygrała dla naszego spektaklu „Smażone zielone pomidory” nagrodę publiczności. Potem nocna podróż do Tel Awiwu, nad ranem w hotelu, i właściwie ten wtorek był dosyć widmowy, byłem ale jakoby mnie nie było, głowa pękała, zmęczenie ostatnich tygodni i różne stresujące sytuacje miały swój wpływ. Zebrałem się jakoś w drugiej połowie dnia, poszedłem na długi spacer wzdłuż Allenby, wydała mi się aleją trochę rozczarowującą, i nagle w poszukiwaniu czegoś ładnego skręciłem na Carmel Market, trafiłem akurat na stoiska artystów sprzedających swoje prace (zdaje się we wtorki i piątki). Usiadłem w ogródku którejś z knajpek, żeby zjeść. Przy stoliku obok dwie kobiety, starsza i młodsza, jak się później okazało matka i córka. Pytają, jak mi smakuje, czy pierwszy raz w Izraelu, po co przyjechałem, jak powiedziałem, że zbierać materiał do nowej książki, zaczęły mnie wypytywać o poprzednie, i dosyć dokładnie streściłem fabuły (no nie ma nic wspanialszego dla autora niż zainteresowane nim osoby), i nagle jakbyśmy się znali lata całe. Matka urodziła się w Izraelu, ale teraz mieszka w Kanadzie, córka mieszka pod Tel Awiwem.

We środę wstałem skoro świt, pojechałem autobusem do Jerozolimy (jedzie około godziny), i dopisuję Jerozolimę do listy najpiękniejszych miast świata, jakie widziałem, a były to dotąd: Thira i Chania w Grecji, Barcelona, Rzym, Paryż z największej ilości powodów, no i Jerozolima. Pierwsze wrażenie, miasto-ogród, zachwycająca architektura, zielone papugi zjadające granaty prosto z drzewa, palmy, cyprysy, drzewa obsypane oliwkami, niezwykłe zapachy drzew i ogrodów. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie dzielnica Abu Tor, a kiedy spacerowałem po Promenadzie Pokoju, tak fotografowałem, że po prostu się w pewnym momencie zgubiłem (nie po raz pierwszy). Właśnie w Abu Tor miałem ważne spotkanie z kimś ważnym dla mojej przyszłej książki (na razie nie chcę ani nie mogę niczego zdradzać), a przy okazji dużo smutku i rozczarowania, bo druga ważna bohaterka mojego tekstu, dla której tutaj również przyjechałem zmarła przed dwoma tygodniami, spóźniłem się. Już nie opowie. A potem długi spacer i wywiad z izraelskim pisarzem i historykiem, Tomem Segevem (w Polsce wyszła dotąd jedna jego książka, biografia Wiesenthala, a za chwilę wychodzi druga, głośny „Siódmy milion”, nakładem PWN). Potem spacer na Stare Miasto, jakiś w biegu jedzony obiad.

Bałem się, że nie zdążę na czas wrócić do Tel Awiwu, gdzie wieczorem, o 20.00 w Instytucie Francuskim, przy klimatycznym bulwarze Rotschild, brałem udział w spotkaniu z pisarzem Uri Orlevem, autorem książki „Wyspa na ulicy Ptasiej”. Spotkanie organizowały wspólnie Instytuty Polski i Francuski, było poświęcone głównie francuskiemu wydaniu jego „Wierszy z Bergen-Belsen”, a ja mówiłem o jego twórczości przez pryzmat „Wyspy na ulicy Ptasiej”. Spotkanie tłumaczone na francuski, polski i hebrajski (uczestnicy byli z kilku krajów) przyciągnęło sporą publiczność. Pan Uri Orlev z uśmiechem dziecka, rozbrajająco szczery i dowcipny. Po spotkaniu, ponieważ przyjechałem z Polski, podeszło do mnie wiele osób, żeby opowiedzieć historię swoją albo rodziców, urodzonych w Tarnowie, Szczecinie, Włocławku. Te rozmowy po angielsku lub francusku, bo często bywało, że rodzice nie uczyli dzieci polskiego (o wojnach językowych pisze Tom Segev w „Siódmym milionie”). Wzruszające chwile. Pewna pani opowiedziała mi, dlaczego napisała książkę pod tytułem „Autobiografia Nikogo”, inna mówiła, że z mojego wystąpienia po polsku rozumiała tylko słowo „ona” i poczuła się jak w domu, bo przypomniała sobie, że mama opowiadając o niej innym mówiła „ona”. Niezwykłe rozmowy, wyszedłem chyba jako ostatni.

Dzisiaj absolutnie cudny dzień z bratankiem Dory Diamant i jego żoną, lunch na słonecznej plaży w Tel Awiwie, potem Stara Jaffa, gdzie mają prawo mieszkać tylko artyści prowadzący swoje galerie i atelier, spacer po pchlim targu. Kiedyś pisałem tutaj, że Mariusz Szczygieł podarował mi swoje czeskie wydanie „Gottlandu”, gdzie pod rozdziałem „Pani Nieimitacja” złożyła autograf jego bohaterka, siostrzenica Franza Kafki, córka Ottli, Vera Saudkova. Zabrałem ten egzemplarz do Tel Awiwu i poprosiłem bratanka Dory Diamant, aby złożył obok swój autograf. Dla mnie to znaczące – Gottland z autografami siostrzenicy Kafki i bratanka Dory. Później, w małej restauracji w Jaffie, pan Diamant pokazywał mi różne niepublikowane zdjęcia Dory, jej córki Franciszki, ich przyjaciół. Ojciec pana Diamanta był starszym bratem Dory. Był zaskoczony, że tyle o Dorze i jego rodzinie wiem. „Takie piękne dłonie, a taka krwawa robota” – powiedział Franz Kafka do Dory Diamant, kiedy się poznali, w kuchni sprawiała ryby. A potem Kafka dla Dory opuścił dom, zamieszkali razem w Berlinie, była z nim do końca, jego ostatnia miłość, osoba mu najbliższa. A to nie koniec moich spotkań tutaj. Co za sen!