teatr po prostu

O tyle sprawach chciałbym opowiedzieć, ale życie żyje się za szybko, trudno wszystko ogarnąć i ubrać w formę. Dlatego dzisiaj o emocjach związanych z teatrem. Tak się złożyło, że w ostatnich dniach byłem na trzech wartych polecenia (z różnych powodów) spektaklach. Żeby trochę zburzyć porządek, opowiem od końca, czyli od wczorajszego wieczoru.

Przestawałem już wierzyć w teatr i jego siłę, również w siłę aktorskich kreacji. A teatr to jednak piękna sprawa – jak napisała mi Kalima, kiedy opowiedziałem jej o swoich emocjach, których dostarczył wczorajszy spektakl „Józef i Maria” Petera Turriniego w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Studio. Dwoje starych ludzi. Ona, Maria – sprzątaczka w supermarkecie, samotna, w wiecznym konflikcie z synową, która odebrała jej syna i jemu samemu wolność i niezależność. On, Józef – pracuje na wózkach w tymże supermarkecie, samotny, poglądy polityczne zabiły jego marzenie o pracy w teatrze. Wigilijny wieczór. Maria wprawdzie kupiła synowej najdroższe perfumy, bo jakby nie kupiła temu „kurwiszonowi” najdroższych, to dopiero syn by się nasłuchał, ale nie liczy na kolację wigilijną z rodziną, najwyżej zostawi prezenty pod drzwiami. Józef, wolnomyśliciel i abstynent w żadne „boże narodzenia” nie wierzy. Maria kończy zmywać podłogę, Józef kończy rozwozić towar. Przyłapuje ją na odpijaniu z butelki whiskey. Robi jej wykład o abstynencji. Już więcej nie mogło tych dwojga ludzi dzielić. Inni pracownicy już wyszli. Zostają w markecie sami. I jak możemy się domyślić (a nie będę opowiadał kolejnych zwrotów akcji) będą to najbardziej wyjątkowe święta ich życia. Tej nocy mogą dać sobie wszystko. I dają, łącznie z tym, na co być może wcześniej nie mieli odwagi. Prawdziwy koncert gry aktorskiej Ireny Jun i Stanisława Brudnego. Są zabawni i wzruszający w tej grze, która toczy się o wszystko. Irena Jun przechodzi w tym spektaklu wiele metamorfoz. I właściwie muszę iść ten spektakl zobaczyć jeszcze raz, żeby spokojniej, z mniejszymi emocjami napisać o jej kunsztownej, misternie utkanej roli. Jej mimika (z zagryzaniem warg, wydymaniem policzków), gesty, zmiany głosu, rytm i melodia mówienia zapadają w pamięć na długo. Taka gra to już aktorskie niebo, do którego wstęp mają nieliczni. To więcej niż wielkie aktorstwo. Widziałem w życiu może kilka takich ról, trzy, może cztery, a chodzę do teatru często i w teatrze pracowałem. To po prostu trzeba zobaczyć. Stanisław Brudny, którego rola nie pozwala aż na tak wiele, bo nie jest tak napisana jak rola Marii, jest wspaniały i przejmujący, zwłaszcza w fenomenalnej i trudnej scenie niszczenia świątecznej atmosfery, w której właściwie wyzywa na pojedynek wszystkich wyzyskujących i spychających innych na margines życia. W tej scenie na żywo śpiewa Marta Ledwoń, mocny i piękny głos. „Józef i Maria” to spektakl, który dotyka tego, co w człowieku najpiękniejsze, a często skrywane, spychane w kąt albo niezauważane przez innych – miejsca, które daje nam prawo do szczęścia, miejsca prawdziwego światła, z którego bije wbrew wiekowi. Dawno nie zdarzyło mi się niczego tak bardzo przeżyć, tak mocno wejść w spektakl, siedziałem jak wbity w fotel, z kamieniem w gardle, którego nie mogłem połknąć. Nie tylko ja. Pierwszy raz też przeżyłem coś takiego, jak wczoraj, co zdarzyło się już po spektaklu. Aktorzy wychodzili do ukłonów trzy razy, publiczność przestała bić brawo, aktorzy zeszli w kulisę. Ale żaden z widzów nie wyszedł. Nagle wszyscy wstaliśmy i odbyła się właściwie owacja na stojąco wobec pustej sceny. Zaskoczeni aktorzy wyszli na nią po raz czwarty. To było mocne, prawdziwie oczyszczające, chociaż bolesne, bo wysadziło ducha w powietrze. Pójdę na pewno jeszcze raz. Ten perfekcyjnie wyreżyserowany spektakl, w którym wszystko spełnia swoją rolę (cudnie kiczowata scenografia mojej ulubionej scenografki Barbary Hanickiej), budujące rytm i napięcie światło Wojciecha Pusia (ostatnio niestety coraz częściej widzę w teatrze, że zmiana świateł polega na jaśniej-ciemniej), muzyka Jacka Grudnia, jakby filtrowana przez głowy bohaterów sztuki. Przekład Danuta Żmij-Zielińska, współpraca dramaturgiczna Jakub Roszkowski.

Przedwczoraj w Teatrze Kamienica premiera „Zamkniętego świata” Catheriny Aigner, w przekładzie Karoliny Bikont, przygotowana przez impresaryjny Teatr Finestra. Od razu powiem, że tekst czytałem wcześniej, jestem jego fanem, bliski jest zresztą tekstowi Turriniego „Józef i Maria”. To naprawdę inteligentnie napisany komediodramat, smakowity, nie żaden tam ubaw po pachy, przeciwnie chwilami śmiech przez łzy. W spektaklu dwie główne role grają mistrzynie komedii, Krystyna Sienkiewicz (Lucyna) i Zofia Czerwińska (Ernestyna). Dwie dogryzające sobie sąsiadki (mieszkają przez ściane), samotne, chociaż Lucyna ma dwoje dzieci (matkująca matce Amanda – Anna Dereszowska i potrafiący namówić matkę na wszystko, Filip – Rafał Cieszyński). W finale pojawia się też niejaki „wuj Krzysztof” Dariusz Taraszkiewicz (reżyser). Obie aktorki – Krystyna Sienkiewicz i Zofia Czerwińska w fenomenalnej formie. Kiedy grają wspólne sceny, naprawdę iskrzy, a publiczność szaleje z radości. Lucyna jest kompletnie szurnięta, właściwie jest dzieckiem swoich dzieci, żaden realizm czy też pragmatyzm do niej nie dociera, dosłownie wszystko można jej wybaczyć, jest chodzącym urokiem i nieporadnością. Ernestyna żyje życiem Lucyny, podsłuchując przez ścianę to, co dzieje się w jej mieszkaniu, bywa przez Lucynę upokarzana, mimo to pojawia się znowu, bo daje jej to szansę na przeżycie jakiejkolwiek relacji, namiastki jakiegoś gwarnego domu. Rola dawno nie widzianej w teatrze Zofii Czerwińskiej zabawna, jednak naznaczona dramatyzmem, stonowana, precyzyjniej prowadzona, z doskonale rozłożonymi akcentami. Dla tego duetu i dla tekstu naprawdę warto ten spektakl zobaczyć.  Tak jak wspomniałem, temat podobny jest do „Józefa i Marii”, też mówi o prawie do światła, do decydowania o sobie, o prawie do marzeń, do złudzeń i do błędów. Po obejrzeniu „Józefa i Marii” myślę sobie, czym mógłby być „Zamknięty świat”, gdyby miał wytrawnego reżysera.

No i ubiegły tydzień. W końcu dotarłem do Teatru IMKA Tomasza Karolka na „Wodzireja” inspirowanego scenariusza Feliksa Falka, w znakomitej dramaturgii i adaptacji Tomasza Śpiewaka i świetnej reżyserii Remigiusza Brzyka. Opowiadaną przed laty historię z filmu Brzyk i Śpiewak przenieśli w dzisiejsze korporacyjne realia. Lutek (Wojciech Błach, aktor, którego wcześniej nie widziałem na scenie, dla mnie odkrycie) wspina się po doskonale nam znanej drabinie sukcesu, żeby jednak poprowadzić przełomowy bal, musi poddać się najpierw praniu mózgu, pozbyć się konkurentów, skupić na tym jednym, jedynym celu. Jest na to gotowy, inaczej zostanie przez korporacyjną maszynę wypluty i legnie w podkoszulku na kanapie przed telewizorem.

„Wyobraź sobie swoje życie za pięć lat. Jak chciałbyś, żeby wyglądało? Gdzie będziesz wtedy mieszkał? Z kim? Ile zarabiał? Dla kogo pracował? Jakim samochodem jeździł? Jak będzie wyglądała twoja rodzina? Nie ograniczaj się. Bądź ze sobą szczery. Jak naprawdę chciałbyś żyć?

Nie ma znaczenia, czy jesteś z Warszawy, Dzierżoniowa czy Nowego Jorku. Czy jesteś mężczyzną czy kobietą, czy pochodzisz z zamożnej rodziny czy z biednej. Jeśli naprawdę wiesz, co chcesz osiągnąć, czego pragniesz, jeśli jesteś świadomy swoich marzeń, możesz zmienić swoje życie”.

I Lutek zmienia swoje życie. Spektakl jest barwny, dynamiczny, pełen niespodzianek, zaskakujący, świetnie poprowadzony, iskrzy dowcipem, ironią i uderza prawdą o pokoleniu, które czasem myśli, że nie ma ucieczki. Znakomita praca całego zespołu aktorskiego: Magdy Boczarskiej, Agnieszki Roszkowskiej, Andrzeja Konopki, Piotra Żurawskiego, Sebastiana Pawlaka. Plus fantastyczne światło i zaskakująca scenografia (Anna Maria Karczamrska). Powiem tak: bawiłem się znakomicie, i chyba śmiałem najgłośniej (po poprowadzeniu chyba podobnej, co Lutek liczby imprez).