świat zakryty Julii Hartwig

Intensywna lektura, to określenie Julii Hartwig, które chętnie sobie przywłaszczam, zwłaszcza, że tak właśnie czytam od dwóch dni „Dziennik” poetki (Wydawnictwo Literackie, 2011). Chyba od czasów studenckich odkrywam pisarstwo Julii Hartwig, czytelnicy moich kolejnych blogów wiedzą o tym doskonale. Od lat kupuję i namiętnie czytam kolejne tomy wierszy. Cenię bardzo jej „Apollinaire’a”, przekłady poezji amerykańskiej. Do ostatniego tomiku wierszy „Gorzkie żale”, o którym kilkakrotnie pisałem, wracam odkąd wyszedł. Bardzo „Dziennika” byłem ciekawy, zwłaszcza, że Julia Hartwig niechętnie dotąd odsłaniała prywatność, w wywiadach była zazwyczaj powściągliwa. „Dziennik” jest lekturą wspaniałą, od której dosłownie nie można się oderwać. Przywłaszczam go sobie, jakby był pisany dla mnie. Czytając też czuję, że był mi właśnie w tym momencie potrzebny.

Ważnym fragmentem świata Julii Hartwig jest Paryż, chętnie do niego wraca we wspomnieniach, przywołuje spotkania z francuskimi pisarzami, artystami, wizyty w muzeach, paryskie uliczki i mieszkania przyjaciół i znajomych, których odwiedzała. Fenomenalne fragmenty dotyczące wizyty u Konstantego Jeleńskiego i Leonor Fini, również w pracowni Jana Lebensteina. „Dziennik”, który obejmuje lata 2008-2010 poprzedza obszerny szkic biograficzny, w którym Julia Hartwig opowiada koleje swojego losu. O swoim pierwszym wyjeździe do Paryża w 1947 roku pisze, że był szansą na „wydobycie się z atmosfery przyduszenia”. Czytając ten szkic biograficzny uderzony jestem lapidarnością a równocześnie siłą wspomnień: „W roku 1948 poznałam Ksawerego Pruszyńskiego, z którym związały mnie serdeczne więzy. Latem następnego roku odbyliśmy piękną podróż z północy na południe Francji, a potem na południowy zachód, w okolice Biarritz, gdzie zakopaliśmy się na dwa tygodnie w domu góralskim u stóp Pirenejów, w nikomu nieznanej, ale pięknie nazywającej się wiosce Col de Roland. Stamtąd urządziliśmy wypad nad granicę hiszpańską gdzie Ksawery chciał ze szczytu góry rzucić okiem na kraj, w którym jako reporter przebywał w czasie wojny hiszpańskiej. Pamiętam, że niemal odruchowo, patrząc w tamtą stronę, podniósł pięść w górę na znak dawnej solidarności z tymi, po których stronie się opowiedział”. Jak wiele jest w tych dwóch akapitach, w słowach i za słowami. Jak bardzo to sugestywne obrazy. Mnie przywołują na myśl „Dziennik” Virginii Woolf, zresztą nie bez powodu, Julia Hartwig kilkakrotnie w swoim „Dzienniku” wraca do tego, który pisała Woolf. U autorki „Fal” i „Pani Dalloway” na stronach dziennika też ożywają postacie i zdarzenia czasem za jednym pociągnięciem pędzla, i choć akwarela wspomnienia rozmywa się, wszystko zostaje wciąż wyraźne, jasne, mocne. Zainteresowało mnie to, co jeszcze w szkicu biograficznym Julia Hartwig pisze o twórczości Nervala, odnosząc to do siebie: „Gdybym wyciągnęła ostateczne wnioski z tej lekcji, ośmieliłabym się wypowiedzieć w mojej poezji to wszystko, co jest moim światem zakrytym: urojenia, sny, przewidzenia, ból, który najtrudniej jest odsłonić. I zrobić to językiem nie znającym egzaltacji, ciemne wyrazić jasnym”. W „Dzienniku” wiele jest o szukaniu formy, o prawdziwej esencji sztuki i powinnościach artysty, jak choćby w interesujących rozważaniach o poezji Miłosza, która wolałaby się cieszyć, a często musiała zabierać głos w sprawach esencjonalnych dla kraju. Piszę teraz, właściwie wciąż z lektury „Dziennika”, choć dobijam już brzegu, i wciąż odnoszę codzienne zapiski poetki do tego, co napisała w poprzedzającym „Dziennik” szkicu, usprawiedliwiając niejako czy tłumacząc owo zakrywanie. „Jak długo fermentują w nas czasem wątki życia naszego i naszych bliskich, może świadczyć fakt, że o niewoli brata napisałam wiersz dopiero niedawno, a więc po przeszło pół wieku” (mowa o aresztowaniu wybitnego fotografika Edwarda Hartwiga przez NKWD i wywiezieniu go do obozu na północy Rosji).

Obrazy z przeszłości jak w rozsypanym albumie wychylają się spod tych fotografii, które zarejestrowały się całkiem niedawno. Obraz paryskiej piwnicy przy Saint Germain, w której Julia Hartwig w towarzystwie Czesława Miłosza i Neli Micińskiej, słucha Juliette Greco, próbuje wydostać się spod fotografii z nowojorskiego mieszkania Allena Ginsberga na krańcu Greenwhich Village, na której Julia Hartwig, Artur Międzyrzecki, zgarnięta tam ze spotkania w Pen Clubie Elżbieta Czyżewska, no i oczywiście Ginsberg słuchają nagranej na taśmę lektury prozy Kerouaca, czytanej przez niego samego. To zaś zdjęcie wysuwa się spod innej fotografii, z pogrzebu profesora Kołakowskiego, gdzie spora część zebranych uczestniczy w uroczystości siedząc na wózkach inwalidzkich. – „Było to prawdziwe pożegnanie przez steranych wojnami weteranów. Tak, zwyciężyli w tej wojnie, mamy wolność i nawet europejskie przywileje, ale jakie smutne to nasze pobojowisko”.

Myliłby się ten, kto sądzi, że „Dziennik” nie jest zanurzony w życiu społecznym i politycznym. Pani Julia Hartwig świetnie zorientowana w polityce, raz po raz komentuje zdarzenia, z powracającym zdziwieniem, że tyle w polityce buty i chamstwa.

Mnie fascynują najbardziej chyba ślady po lekturach, komentarze do tekstów, poetyckie interpretacje, filtrowania przez siebie lirycznych światów, opowieści o pisarzach. Wspomnienie o Allenie Ginsbergu, do którego nawiązałem to w gruncie rzeczy wspaniały tekst o jego poetyckim świecie. Choćby już tylko dla tego tekstu warto sięgnąć po tę książkę. Pisze Julia Hartwig: „Szeroka, niemal biblijna fraza niosła go swoim oddechem wzdłuż i wszerz amerykańskiego kontynentu, podobnie jak jego wielkiego mistrza (Walt Whitman). Ale jakże odmienny jest to kontynent od Whitmanowskiego. Dźwięki jazzu mieszają się z szumem odjeżdżających greyhoundów, odprawianych z kolejnych stacji autobusowych, brzęk elektrycznej kasy w hali supermarketu przecina okrzyk przerażonego narkotyczną wizją przechodnia, pod amerykańską flagą rozbrzmiewa protest song”.

Bo „Dziennik” to jest również protest song, że odchodzą ci najbardziej wartościowi, najpiękniejsi, którzy poprzez swoją sztukę zmieniali świat, choćby na jedną chwilę, w przytulnych i nieprzytulnych mieszkaniach czytelników. Skończyłem akurat czytać w „Dzienniku” wspomnienia dotyczące Andrzeja Mandaliana, kiedy media podały, że zmarł. W „Dzienniku” wciąż jedzie autokarem spotkać się ze swoją mieszkającą w Armenii rodziną.

„Atmosfera była przyjazna, podróżowanie z Arturem rodzajem przygody, towarzystwo Andrzeja Mandaliana zapewniało swobodę i łatwość obcowania. Siedzieliśmy we trójkę na tyłach autokaru, nastroje wakacyjne i krajoznawcze. Wspaniałe widoki. Piękno Armenii jest pięknem krainy ewangelicznej: ogromne przestrzenie wzgórz, łąk, pastwisk, na których pastusi strzegą swoich trzód, posługując się zakrzywionymi, przypominającymi pastorały laskami”.