Cafe Muller

Pina Bausch w spektaklu "Cafe Muller"

Trudno wrócić do rzeczywistości po paru magicznych spotkaniach i rozmowach z Jean-Claude’em Carriere’em, dla kogoś z takimi zainteresowaniami, jak ja, absolutny punkt odniesienia, mistrz po prostu, obezwładniający intelekt o nieograniczonych horyzontach. Dziękuję za możliwość przeżycia tej przygody Basi Stępień i Magdzie Malejczyk. Raz jeszcze polecam gorąco jego książki „Alfabet zakochanego w Indiach” i „Alfabet zakochanego w Meksyku”. Pan Jean-Claude Carriere jest już w Paryżu, a ja wracam do pracy tutaj, do pisania, notatek, wywiadów i lektur. A liczba książek do przeczytania, które mam na biurku i przy łóżku coraz większa. Wśród nich „Drwal” Michała Witkowskiego, biografia Nałkowskiej, „Dziennik” Julii Hartwig, który przyszedł dziś rano razem z biografią Danuty Wałęsy, której poruszający fragment publikował czwartkowy „Duży Format”. Wczoraj jednak, wracając do rzeczywistości zajrzałem do nowej książki Anity Janowskiej (autorki mojej lektury numer jeden, czyli „Mój diabeł stróż”). To właściwie powieść, ma tytuł „Wariacje jesienne” i została właśnie wydana przez wydawnictwo WAB. Zajrzałem i od razu wpadłem. Jednym haustem, można by powiedzieć, przeczytałem połowę. Drugą połowę zostawiłem na dzisiejszy wieczór. Ale to, co już teraz mogę powiedzieć z półmetka tej podróży, to że tę książkę równie dobrze mógłby napisać Woody Allen, bo ma ona ten sam klimat nowojorskich rozmów (czy też pseudorozmów) tak zwanych intelektualistów. Tutaj podglądamy życie polskich pisarzy w domu pracy twórczej w Oborach, ich wysiłek w pozyskiwaniu uczuć innych pisarzy, zazdrość, drobne i całkiem grube intrygi, plus rozmowy o literaturze i życiu – Anita Janowska autoironicznie obnaża znaczenie tych rozmów i naprawdę jakbym chwilami słyszał Allena, z całym jego poczuciem humoru, neurozami, obezwładniającą ironią. Mnie dosłownie rozbroiła intryga ukarania grafomańskiego poety (a w jego odczuciu usidlenia, a nie ukarania), która kończy się tym, że grafoman zaczął pisać prawdziwą poezję. Trochę jak w filmie Allena „Koniec z Hollywood” – nakręcony przez ślepego reżysera film poniósł klęskę w Stanach ale odniósł sukces w Europie. Mnie ta niewielka książka Anity Janowskiej po prostu bawi i cieszy.  Niedługo zaproszę tutaj, na blogu, do przeczytania rozmowy z Anitą Janowską, bo od czasu do czasu chcę zamieszczać tutaj wpisy inne niż te blogowe.

A najważniejsze to, że obejrzałem w końcu film „Pina” Wima Wendersa, który jest hołdem złożonym genialnej tancerce i choreografce, Pinie Bausch, będąc jednocześnie dziełem samym w sobie. Ten film porusza energią i precyzją tancerzy i układów, ich niebywałą siłą, wyprowadzeniem stworzonych przez Pinę Bausch spektakli w przestrzeń miejską – na ulicę, do metra, w góry, dodając do żywiołów, które wyznaczały rytm spektakli Piny Bausch, kolejne – pełne życia miasto i wielkie otwarte przestrzenie. Ale przecież scena, nawet niewielka była dla Piny Bausch  otwartą żywą przestrzenią, z deszczem i wiatrem, z grudami ziemi i rosnącymi w niej kwiatami. Pina uczyła tancerzy komunikować się ze światem poprzez własne ciało. Dlatego na ekranie widzimy ich milczących, a ich wspomnienia są jedynie z offu. Jedna z tancerek prosi, żeby Pina odwiedziła ją we śnie. Pyta, dlaczego jeszcze tego nie zrobiła. Czuć ich miłość i tęsknotę za guru, jakim niewątpliwie była dla nich Pina Bausch, obdarowując swoją czułością a nie, jak czasem bywa w teatrze, upokarzając. Wenders pokazuje między innymi fragmenty słynnego spektaklu „Cafe Muller”, na scenie wypełnionej krzesłami. Pokazuje tańczącą Pinę Bausch i tancerkę, która ją później zastąpiła. Obie tańczą perfekcyjnie, niczego temu drugiemu wykonaniu nie można zarzucić, poza siłą, drapieżnością i charyzmą Piny Bausch, jakiej nie znalazłem o tej drugiej tancerki, która mówi zresztą, że nie chciała tego tańczyć, że chciała, żeby Pina Bausch zawsze tę rolę tańczyła. Z ciała Piny Bausch, z jej gestu, z jej twarzy emanuje coś nadludzkiego, czego żadnym słowem nie można uchwycić. Tańczy z zamkniętymi oczami, a potem mówi, że nawet z zamkniętymi oczami trzeba umieć patrzeć, że zdarzyło jej się pod powiekami patrzeć w dół a nie przed siebie, i że wtedy niczego nie czuła, niczego nie umiała w sobie odnaleźć. Takie zjawisko jak Pina Bausch, taki żywioł wybucha raz. I nigdy więcej. Wimowi Wendersowi udało się to pokazać. Nie tylko złożył hołd, ale dał do zrozumienia, że są artyści, którzy komunikując się z niebem i z ziemią tworzą sztukę, która również wybucha tylko raz.  Wenders na taśmie uchwycił fenomen teatru, czyli energii nieuchwytnej i nie dającej się powtórzyć. Wielki, wspaniały film.

Z tego miejsca chcę bardzo pogratulować mojej koleżance Zycie Rudzkiej, która właśnie została laureatką Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Jej sztuka „Zimny bufet” została więc uznana najlepszą polską sztuką roku 2011. Trzymałem kciuki. Bardzo gratuluję.