nasza przeszłość jest arcydziełem

W końcu, korzystając z choroby (deszczowa Barcelona skutkuje przeziębieniem) obejrzałem film „Drive”, o którym tyle mówili mi przyjaciele. Rzeczywiście jest to jeden z oryginalniejszych filmów, jakie widziałem, intryguje swoją poetycką formą, muzyka Badalementiego sama nasuwa skojarzenia z „Miasteczkiem Twin Peaks”, zaś przewrotna sensacyjna fabuła przywraca znów obrazy z filmów Tarantino. Ale tak naprawdę „Drive” nie jest bliski żadnemu z filmów. Jest oryginalny od początku do końca, ma swój własny świat, język i kompozycję. Nie będę go opowiadał, bo cała fabuła opiera się na zwrotach akcji, powiem tylko, że z zachwytem patrzyłem, jak swoją rolę buduje Ryan Gosling, właściwie od pierwszych znaczących ról nie poddający się jakimkolwiek schematom. Po raz pierwszy zobaczyłem go w fenomenalnym filmie „Miłość Larsa”, który trochę przeszedł bez echa, zupełnie niesłusznie, bo to jeden z piękniejszych filmów robiących rewoltę schematycznemu myśleniu. Potem już śledziłem wszystko, rola w „Blue Valentine” wspaniała. A w „Drive” jest zabawny, nieprzenikniony, czuły, brutalny, opiekuńczy i agresywny. Całą swoją rolę zbudował na sprzecznościach i to właściwie powoduje, że się od tego filmu nie można oderwać. Nagle coś świeżego, odkrywczego, naprawdę dobre i wciągające swoim klimatem kino.

Kurując się zanurzyłem głowę w lekturze „Alfabetu zakochanego w Meksyku” Jean-Claude’a Carriera, francuskiego scenarzysty i pisarza, z którym już 17 listopada będę prowadził spotkanie w warszawskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Znałem poprzednią książkę Carriere’a, zmysłowy „Alfabet zakochanego w Indiach”. Książka meksykańska jest równie pyszna, i naprawdę mam teraz ochotę pojechać do Meksyku. Carriere opowiada go po swojemu, wywracając trochę myślenie i wyobrażenia turysty, który patrzy na maski nakładane na kulturę. Do Meksyku Carriere wracał wielokrotnie, tam napisał swoje najsłynniejsze scenariusze do filmów Bunuela. Ta książka to w gruncie rzeczy zabijanie wspomnień, które Carriere tak tłumaczy: „Matar el recuerdo, zabić wspomnienie. Oto doskonały środek na uwolnienie się od nostalgicznej kołysanki: wrócić na miejsce wspomnienia. Spędzić tam godzinę lub dwie. Powrót, przez sam fakt, że życie trwa dalej na naszych oczach, usuwa dobre wspomnienia i – na szczęście – czasem również niedobre”. Opowiada o swoim powrocie do hotelu San Jose Purua, a właściwie do tego, co z hotelu pozostało. To właśnie w nim, przy długim drewnianym stole siedział z Bunuelem i rozmawiali o scenach, które później, wieczorem pisał, aby rano pokazać je reżyserowi. Zabijanie wspomnień, ale jakich wspomnień! Pisze Jean-Claude Carriere o pracy nad filmem „Viva Maria!”: „Przez tydzień lub dwa jadłem obiad u Jeanne Moreau, która sprowadzała trufle z Francji, a kolację u Brigitte Bardot, która dla swych gości tańczyła na bosaka: sam wdzięk, nieustająca harmonia, arcydzieło naszego pokolenia(…) Każdy reporter marzył, by go tu przysłano – przy okazji można było zwiedzić Meksyk – i cały czas wlekliśmy za sobą setkę dziennikarzy. Dotąd się dziwię, że w tych warunkach udało mi się kiedyś kąpać w oceanie sam na same z Brigitte. Meksykańscy członkowie ekipy przezwali ją Huesito [Kostka]. Przez cały czas kręcenia była dzielna, a nawet bohaterska, bez wahania biegała po dachu jadącego pociągu i brnęła bez ochronnego kombinezonu („to mnie pogrubi”) przez czarne, bardzo podejrzane bagnisko. Pewnego dnia, kiedy zwiedzaliśmy razem, za Papantlą, legalny burdel, w pełni zorganizowany, nawet z wieżyczkami strażniczymi, zobaczyliśmy przez okno pokoju jednej z dziewcząt zdjęcie uśmiechniętej Brigitte, niedaleko obrazka z Najświętszą Panienką z Guadalupe, która jest obecna wszędzie”. Ta książka utkana jest nie tylko ze wspomnień i anegdot, opowiada historię kraju, przewroty i rewolucje, dokonania kulturowe, mówi o nastrojach i emocjach, nie tyle o kulturze śmierci co braku jej znaczenia, o przemocy i skłonności do samobójstw, można z niej wynotować nazwiska najlepszych fotografów („Meksyk, podobnie jak Indie, jest fałszywym rajem dla fotografów”), którzy pokazali Meksyk inaczej albo nazwiska reżyserów filmowych, na które wcześniej nie trafiliśmy. Wspaniała księga o znikaniu. A ponieważ, jak wspomniałem, już za kilka dni będę prowadził spotkanie z autorem, mam okazję wrócić również do „Alfabetu zakochanego w Indiach”, który przeczytałem zaraz kiedy wyszedł, dwa lata temu, i chętnie w tę lekturę ponownie dam nura.

A skoro o kinie, to jeszcze jedna wspaniała wiadomość. Film Agnieszki Holland „W ciemności” zdobył właśnie nagrodę publiczności na festiwalu w Mar del Plata w Argentynie. Trzymam kciuki za ten wstrząsający film, który jest polskim kandydatem do Oskara. Jestem tą historią przejęty jeszcze bardziej, odkąd poznałem panią Krystynę Chiger, między innymi której los opowiedziany został przez Agnieszkę Holland.

* Alfabet zakochanego w Meksyku, Jean-Claude Carriere, przełożył Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2011

Jean-Claude Carrier i Andrzej Wajda spotkają się w warszawskiej redakcji „Gazety Wyborczej” w cyklu „Teatr, Muzyka, Kino w Gazeta Cafe” już 17 listopada o godz. 19.00. Serdecznie zapraszam, wstęp wolny.