niebo tutaj jest zupełnie inne

Móc znowu przebiec granicę wyobraźni, wskoczyć w marzenia, albo po prostu rozhuśtać się i będąc w górze zapomnieć o wieku. Nie tylko zajrzeć w dzieciństwo ale i w nim pomieszkiwać, przykryć troskę zawadiackim uśmiechem, bo przecież jakoś to będzie i o, już jest, i śmieję się, coraz głośniej i coraz zdrowiej, szczerze, prawie do łez. Kolejne filmy Doroty Kędzierzawskiej pozwalają widzowi obudzić w sobie dziecko, zobaczyć siebie w tym jasnym momencie, w którym wszystko jeszcze może się zdarzyć, ale akurat teraz jest słońce i mrużę oczy i już biegnę przed siebie. Obejrzałem wczoraj nowy film Doroty Kędzierzawskiej „Jutro będzie lepiej”, którego oficjalna premiera 9 listopada, chociaż film pojeździł już po festiwalach i został nagrodzony na przykład w Berlinie. Pozwoliłem sobie, albo to film mi pozwolił, całkowicie wejść w świat trójki bezdomnych chłopców z jakiegoś rosyjskiego miasta, którzy mieszkając na dworcu wpadają na pomysł ucieczki do raju, do Polski, przez zieloną granicę, a jak kiedyś wrócą do ojczyzny, to wrócą „jak pany”, tak sobie obiecują. Starszy Waśka i mały Pietia są braćmi. Liapa jest kolegą starszego brata. Na początku Waśka i Liapa próbują uciekać bez małego ale jego nie można zgubić. Nawet nie wiem, czy tego chcą, chociaż tak bardzo usiłują. To przecież Pietia jest najmłodszy, największe więc dziecko z całej trójki, a więc tylko Pietia może tak bezgranicznie wierzyć i ufać w świat z lepszym jutrem. Bez niego nie byłoby pewnie tej historii ani tego filmu. Oleg Ryba, chłopiec, który go gra daje się pokochać właściwie od pierwszej chwili. Ma wielkie oczy, jest szczerbaty, uśmiechnięty od ucha do ucha i potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji, wystarczy, że na targu uśmiechnie się do starszej odganiającej go kobiety sprzedającej chleb i powie do niej: „ciocia, ciocia, niech ciocia da chlebka, ciocia jest taka piękna, że aż zwariować można”, i ciocia już sama zaczyna się śmiać, bo wszystko na jej twarzy jest poza pięknem, tym zewnętrznym i tym z ducha. A kiedy wreszcie chłopcy trafią do Polski i na posterunku trafiają pod opiekę policjanta (gra go znakomicie Stanisław Soyka), który próbuje im pomóc, ale sprawa wygląda beznadziejnie, Pietia jest jedynym przytomnym, który orientuje się w sytuacji i: „wujku, wujku, powiedz, jak jest”, „wujku, niech mnie wujek weźmie na rączki”. Pietia to urwis, mały cwaniak, który potrafi roztłuc każde serce. I nawet nie chcemy wiedzieć, gdzie zaprowadzi go życie. Ten jeden jedyny moment, w którym właśnie jego dziecięco-dorosłe życie się dzieje na ekranie, jest tym, z którego nie chcemy wyjść. Wiele scen absolutnie zapada w pamięć – a to Pietia próbuje kupić psa na targu, a to tresuje swojego pluszowego misia, bo jest niegrzeczny, a to już po polskiej stronie mała dziewczynka chce się podzielić z chłopcami chlebem, a to na posterunku chłopcy są traktowani jak dorośli i policjant nawet ma ochotę podzielić się z nimi papierosami. A to scena, w której chłopcy rozmawiają a właściwie zarykują się marzeniem o powrocie do domu „jak pany”. Historia trzech chłopców uciekających do lepszego świata trzyma od pierwszej do ostatniej sceny jak najlepsze kino drogi. Plenery na fenomenalnych zdjęciach Artura Reinharta też grają tu jedną z głównych ról. Ten podzielony granicami politycznymi bezkres pięknego i w gruncie rzeczy uporządkowanego świata, w którym dzieciństwo się nie starzeje (choćby pani Danuta Szaflarska w innym filmie Doroty Kędziarzawskiej „Pora umierać”), daje do myślenia, zatrzymuje, chwilami nawet obezwładnia. Dzieciństwo jeszcze ma przestrzeń, dopiero dorosłość odbiera jej fragment po fragmencie. W dzieciństwie świat nie ma granic, bo nawet jeśli są wyznaczone drutem kolczastym, to można pod nim przejść, przeczołgać się i przeskoczyć do innego fragmentu świata, do innego fragmentu wolności. Filmy Doroty Kędzierzawskiej nie są filmami o dzieciach ani nie są filmami o dorosłych. Są o sile marzeń, o przestrzeni, którą można mieć w sobie rozległą i zieloną, o niebie, które chociaż jest wszędzie takie samo, to wszędzie też w dziecięcej wyobraźni zupełnie inne, o drodze, której finał, czasem okrutny, łatwo przewidzieć, ale którą jednak trzeba przejść.

Film Doroty Kędzierzawskiej i Artura Reinharta będzie można teraz obejrzeć w wielu miejscach, w ramach ich projektu „Polska Światłoczuła”. Może też w twoim miejscu?

Polska Światłoczuła