mgła

Wanda Wiłkomirska, fot. Jacek Łagowski/AG

Maestra. Wanda Wiłkomirska. – Taki jest tytuł dwupłytowego albumu, którego właśnie słucham, a który dostałem w imieninowym prezencie od Agaty, mojej specjalnej agentki Scully. Płytę wydało w tym roku Polskie Radio. Coś długo w tym roku trwają moje imieniny, co jest miłe. Minął tydzień a ja wciąż w świątecznym nastroju. Panią Wandę Wiłkomirską uwielbiam jako człowieka i kocham jako wielką skrzypaczkę. Na tej płycie zarejestrowane są jej wykonania utworów Brahmsa, Grażyny Bacewicz, Andrzeja Panufnika, które nagrano w 1955, 1974 i 1979 roku. Mogę nawet powiedzieć, że mam dla pani Wiłkomirskiej czułość. Kiedyś przygotowując się do wywiadu z nią (a takich sesji mieliśmy kilka) miałem okazję uczestniczyć w jej kursie mistrzowskim w Gdańsku, oczywiście uczestniczyłem biernie – nigdy nie grałem na żadnym instrumencie, a do szkoły muzycznej zdawałem sześć razy, na akordeon (nie wiem, dlaczego) i nigdy mnie nie przyjęto, i chyba na tamtym kursie miało początek moje uczucie do pani Wiłkomirskiej. Poruszające były jej rozmowy z młodymi skrzypkami, często dziećmi. Jej uwaga, poświęcenie i empatia. Miałem też przyjemność słuchać w łódzkiej filharmonii koncertu Wandy Wiłkomirskiej, którym dyrygował jej brat. I to są wrażenia, które mimo upływu lat nie słabną. Wtedy, w Łodzi, trzymałem pod marynarką dyktafon i nagrywałem koncert. Później posłałem go do Borów Tucholskich, Krysi, żeby mogła w tym uczestniczyć. Nie wiem, czy ta kaseta jeszcze istnieje, ale nawet jeśli gdzieś zaginęła, to wspomnienie jest silne. Wanda Wiłkomirska – jedno z najważniejszych spotkań mojego życia, na pewno.

Jej głos, sposób opowiadania, narracje. Rzadko spotyka się kogoś, kto ma aż taki dar mówienia, a przy tym też uwagi i słuchania. Zatrzymywania się. Skupienia. Ciekawości.

Dzisiaj w „Gazecie” czytałem komentarze do wczorajszego literackiego Nobla dla szwedzkiego poety Tomasa Transtromera. Wśród tych wypowiedzi jest jedna szczególnie uderzająca. To komentarz Larsa Gustafssona, szwedzkiego poety i dramaturga: „O czym traktuje poezja Tomasa Transtromera? Odpowiedziałbym: o chwili, w której rozchodzi się mgła. Kiedy na krótki moment powstaje szczelina w codzienności”. I to chyba najpiękniejszy komentarz do poezji w ogóle.

W ten właśnie sposób czuję skrzypcowe wykonania Wandy Wiłkomirskiej istniejące w szczelinie codzienności. Tam, gdzie rozchodzi się mgła. Konkretne, a równocześnie absolutnie nieuchwytne.

Sztuka potrzebna jest po to, żeby pokazywać właśnie takie momenty, aby rozsuwać chwile. Mam teraz piękny czas spotkań z arcyciekawymi ludźmi. To jakieś szczęście, że wybrałem ten zawód (albo on wybrał mnie), że mogę słuchać ich historii, nagrywać, zapisywać, czynić bliższymi. Przedwczoraj, w czasie jednego z takich spotkań, dostałem kopie rękopisów pewnego ważnego artysty, dotąd niepublikowanych, właściwie nieznanych, za każdym razem, kiedy przytrafia się coś takiego, kiedy zostaję wtajemniczony, jestem po prostu szczęśliwy. Bo ten zawód to jest moje miejsce na ziemi. Słowa, i pisanie w ogóle, to korzenie, za pomocą których się żywię i dzięki którym się trzymam, rosnę, dzięki którym mam swoje miejsce w świecie.

Tomas Transtromer

7 MARCA 1979

Dość mając wszystkich, którzy przychodzą ze słowami,

ze słowami, ale nie mówiąc nic,

wyjechałem na zaśnieżoną wyspę.

Pustkowie nie zna słów.

Niezapisane stronice ciągną się na wszystkie strony!

Natrafiam na ślady sarnich kopytek w śniegu.

Mowa, choć żadnych słów.

(przekład Czesław Miłosz)