i dobrze, że już nie uczę

Rzadko coś obśmiewam, ale muszę obśmiać i to natychmiast, bo nie mogę wyjść ze zdumienia i szczęka jak mi opadła na stopę tak tam nadal leży. Otóż miałem telefon z pisma „Press” – to profesjonalne pismo dotyczące problemów i warsztatu dziennikarzy, robione dla dziennikarzy i przez dziennikarzy, zawsze uważałem „Press” za profesjonalne pismo dla mediów i o mediach. Zadzwoniono do mnie z propozycją przeprowadzenia wywiadu z pewnym felietonistą, którego cenię. Wprawdzie termin oddania tekstu do publikacji był krótki, ale dopytałem konkretnie o resztę – temat, objętość, honorarium i powiedziałem, że zastanowię się do jutra, czy uda mi się w tym terminie tekst napisać i odpowiem mailem. Wówczas usłyszałem – „Ale jest coś jeszcze. Jest u nas taka zasada, że dziennikarz, który ma z nami współpracować i przeprowadzić rozmowę, wcześniej składa u naczelnego listę swoich pytań do wywiadu, naczelny to czyta, poprawia i ewentualnie uzupełnia”. Myślałem, że źle słyszę. Więc zapytałem jeszcze raz. Nie przesłyszałem się. Pomijając, że nigdy nie idę na wywiad z pytaniami, owszem, jestem zawsze dobrze przygotowany, naczytany, mam notatki z różnych tekstów i rozmów, ale żadnych pytań, bo nigdy nie wiem, gdzie rozmowa zaprowadzi. Poza tym wywiad nie polega na zadaniu pytań ustalonych z naczelnym. To jakaś paranoja by była – pytanie – odpowiedź – pytanie – odpowiedź. Przez dziewięć lat uczyłem wywiadu na Wydziale Dziennikarstwa UW i ostatnie, co kazałbym zrobić studentom to iść na wywiad z kartką z pytaniami. I dobrze, że przestałem uczyć, bo widać zmieniły się metody pracy i zmienił się warsztat profesjonalisty.

Oczywiście odmówiłem. Powiedziałem, że po pierwsze jeśli ktoś z pisma dla profesjonalistów proponuje mi napisanie tekstu to wie, kim jestem, co zrobiłem, co napisałem, opublikowałem itd. Nie mam zamiaru zdawać żadnego egzaminu ani wykazywać się przed naczelnym. Po drugie nie mogę się na to zgodzić, bo nie akceptuję takich metod i nie mogę pozwolić na psucie zawodu.

Podziękowałem za propozycję, powiedziałem, że jest mi miło, że akurat o mnie pomyślano i mnie wybrano do przeprowadzenia tej rozmowy, ale obrażać się jednak nie dam. Biedna ta pani, która musiała mi przekazać prośbę naczelnego, bo usłyszała mój komentarz.

Mam nadzieję, że moi koledzy-dziennikarze nie godzą się na takie egzaminy.