Bóg rzeczy małych

Może trzeba do końca wychorować, żeby dokończyć przemianę, zrzucić starą skórę? Po całym tym ciężkim roku, praktycznie braku lata, na koniec dopadł mnie jeszcze jakiś wirus i trzymał przez ostatni tydzień, trochę leżałem, trochę czytałem, trochę odsypiałem, trochę traciłem głos, ale już go odzyskałem, i chociaż jeszcze nie jestem całkiem zdrowy, dzisiaj czuję się dużo, dużo lepiej, nawet czytałem na słońcu, w ogrodzie. Żałuję tylko, że przez tę grypę nie mogłem w piątek uczestniczyć w urodzinach pani Haliny Bortnowskiej, wybitnej publicystki, na której zajęcia dziennikarskie kiedyś chodziłem i naprawdę bardzo chciałem na nich być.

Mimo choroby cały ten tydzień byłem właściwie na słońcu, na Zanzibarze, bo w pasjonującej lekturze książki Małgorzaty Szejnert „Dom żółwia. Zanzibar”, o której tutaj już wspominałem, a która ukaże się 13 października (Wyd. Znak). Dokonanie Małgorzaty Szejnert jest imponujące, ilość informacji, aspektów i tematów, z jakich buduje swoją opowieść o Zanzibarze właściwie obezwładnia i rozkłada na łopatki takich adeptów sztuki dziennikarskiej, za jakiego sam się uważam. Historie domów, ich mieszkańców, ulic, zwierząt, nawet duchów tworzą właściwie nie książkę a omal biblijną księgę. Wykracza Małgorzata Szejnert daleko poza granicę reportażu. Opowiada o żyjących mieszkańcach Zanzibaru z równą fascynacją, co o tych, którzy wcześniej zamieszkiwali ich domy. Nagle czas jakby nie grał roli. Jakbyśmy oglądali album z pomieszanymi zdjęciami. Patrzymy na fotografie socrealistycznej sztuki (dzielnica, którą mieszkańcy nazywają Berlin, bo zaprojektowana została przez architektów z Niemiec Wschodnich), na wciąż dziewicze miejsca na wyspie, tak samo jak oglądamy pałac Sułtana. Co temat, to pasjonująca wędrówka. A to poszukiwanie grobu sułtana (cmentarz zamknięty na kłódkę, i nikt nie ma do niej klucza), a to blokowisko zbudowane na planie krzyża, a to inwestorzy okradający mieszkańców z „oceanu” (przez budowę hoteli w pierwszej linii przy brzegu), a to wielomiesięczna wędrówka żółwicy Suzie, albo choćby wizyty reporterki w Muzeum Państwowym Zanzibaru (w czasie blackoutu, czyli długich przerwach w dostawie prądu, wizyty o świeczce).

W Zanzibarze, który opowiada Małgorzata Szejnert właściwie można się przejrzeć. I to jest w tej książce tak dojmujące.

Chciałbym jeszcze na moment pozostać z książką Szejnert, bo pomyślałem, że napiszę dzisiaj o trzech pieśniarkach. A to dlatego, że w ostatnich dniach pisano o nich więcej.

Bi Kidude, fot. Aubrey Fag

Małgorzata Szejnert na Zanzibarze odwiedza ponadstuletnią pieśniarkę taarabu (w pewnych czasach zakazany, bo to rodzaj pieśni komentujących rzeczywistość, czasem protest-songów) Bi Kidude, która uczyła się śpiewać od innej wielkiej pieśniarki zanzibarskiej Siti binti Saad. Siti śpiewała dla żony sułtana, o której dzisiaj nikt nie pamięta, za to sława Siti wciąż trwa, bo jako pierwsza Afrykanka nagrała w Bombaju (koniec lat 20. i początek 30.) dwieście pięćdziesiąt utworów na czarne płyty. Bi Kidude jest niejako jej następczynią, ale tak naprawdę jest żywą legendą Zanzbiaru. Kiedy wyjechała w długą trasę koncertową, mieszkańcy Zanzibaru pomyśleli, że umarła. I kiedy nagle napisano w prasie, że wraca na wyspę, nie było chyba osoby, która nie poszłaby przywitać Bi Kidude. Sama Bi Kidude nie ma poczucia czasu, pamięta, że to wielkie powitanie było już wtedy, kiedy jej przyszywany prawnuk miał już telefon komórkowy. Pisze Małgorzata Szejnert, że kiedy Bi Kidude opowiada o Siti binti Saad, „całkowicie odlatuje w przeszłość, jakby mata z plastikowych pasków, na której siedzimy w korytarzu jej domku, była czarodziejskim dywanem. Unosi pomarszczoną twarz i uśmiecha się szeroko bezzębnymi ustami. Ręką o chudym przegubie obciążonym wielkim błyszczącym zegarkiem wybija rytm piosenki, którą właśnie słyszy; jest w tej chwili w pałacu sułtana Kalify u jego żony Matuki. Nie widzi ściany z surowych pustaków, podartej zasłony, szaflika na wodę, nie słyszy, jak wnuczka lub prawnuczka szura saganami (pełno tu wnuków, chociaż Bi Kidude nie miała dzieci) i jak ryczy zdezelowany motocykl uruchamiany przez wyrostków pod pobliskim blokiem stanowiącym jedno z ramion krzyża Michenzani”. Kiedy Bi Kidude wsiada do samolotu jest jak królowa, cała w kolorowych draperiach, pod które chowa pasy, bo nigdy ich nie zapina.

Cesaria Evora

Bi Kidude zaczynała bardzo późno, najpierw przeżyła gęsto swoje życie, a później nasycała nim śpiewane przez siebie pieśni. Tak było z Cesarią Evorą z Wysp Zielonego Przylądka. Ogłoszono właśnie, że z powodów zdrowotnych Evora musiała przerwać trasę koncertową i ogłosiła koniec swojej muzycznej kariery. We wszystkich informacjach prasowych napisano, że Evora zawsze występowała boso, bo solidaryzowała się z biednymi mieszkańcami Wysp. Nie jest to do końca prawda. Dwa lata temu nagrałem rozmowę z Cesarią Evorą, która ukazała się w mojej książce „Hotel Europa”. Wynika z niej raczej, że Evora nie zakłada butów na scenie na znak protestu ale i uporu, jaki w niej nigdy nie osłabł. Powiedziała, że dzisiaj ma szofera, który wozi ją na przejażdżki po Mindelo (rodzinnym mieście, w którym nadal mieszka), ale ogląda je tylko zza okien samochodu. „Kiedy nie miałam butów, nie pozwalano mi tamtędy chodzić. Nie chodzę”. Powiedziała też: „Kiedyś dostąpiłam zaszczytu i zostałam zaproszona przez właścicieli kina Eden Park, żeby zaśpiewać. Błagali mnie, żebym przyszła w butach, których nie miałam. Powiedzieli, że mi je kupią. Nie chciałam, ale długo mnie namawiali, więc się zgodziłam. Wytłumaczyli, że na koncercie będą ważni ludzie z Portugalii. To dla nich miałam wystąpić w butach. O nie! – pomyślałam. Właściciele Eden Park podarowali mi parę czarnych sandałów, którą kupili u znanego szewca z Mindelo, Joao Pereiry. Założyłam buty, zobaczyłam, że odetchnęli z ulgą. Kiedy stanęłam w kulisie i już miałam wejść na scenę, zdjęłam je i weszłam na nią boso. Nie przerwali, kiedy śpiewałam. Kiedy skończyłam, wrzuciłam sandały do plastikowej torby i wyszłam”. Mówiła też, że kiedy nie będzie mogła śpiewać powie do swojego producenta: do widzenia, już nie mogę, nie pojadę w żadną trasę. I pewnie skoro już to powiedziała, zdania nie zmieni. Choć trudno to sobie wyobrazić. Moja dobra znajoma, Elżbieta Sieradzińska, przyjaciółka Evory, jeździła na wszystkie jej koncerty. Porządkowała swoje życie i plany pod terminy tras koncertowych, a Evora zawsze na nią czekała.

Chavela Vargas

Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” przynosi z kolei portret mieszkającej w Meksyku dziewięćdziesięcioletniej pieśniarki Chaveli Vargas, muzy Pedro Almodovara (tej, która pojawia się w filmie „Frida” i śpiewa słynną piosenkę „Llorona” – z tekstu dowiadujemy się m.in. że Chavela Vargas kochała Fridę Kahlo i mieszkała z nią i Diego Riverą; ja uwielbiam jej wykonanie „Piensa en mi”). Chavela Vargas prawdziwą karierę zaczęła robić dopiero po 70., chociaż śpiewała całe życie. Jednak żeby stać się tą Chavelą Vargas, której pieśni znamy, musiała się wielokrotnie stoczyć, wypić cysterny tequili – podobno jej brat policzył, że wypiła 45 tysięcy litrów tequili. Żyła swoje barwne, gęste, czasem brutalne, czasem ekscytujące życie. A potem, jak mówi, wróciła z popiołów. Pedro Almodovar powiedział: „Chavela śpiewa nam i opowiada, jak kochaliśmy, ile przecierpieliśmy i jak bardzo się pomyliliśmy. Ale to nie rachunek sumienia. Słuchając jej, godzisz się z własnymi błędami i masz ochotę pognać na ulicę, aby znów je popełnić”. Kiedyś dziennikarz „El Pais” zapytał Chavelę, czy myśli o śmierci. Odpowiedziała, że rozmawia sama z sobą. Mówi sobie: „Idziesz dobrą drogą. Chciałaś być wolna i taka pozostałaś. Kończy się twój dzień i koniec nastąpi wkrótce. Będzie piękny

Żegnamy się

niepostrzeżenie

z małymi rzeczami

tak jak drzewo

które jesienią traci liście

A przecież smutek to powolne

umieranie prostych rzeczy

Małych rzeczy

od których

wciąż boli serce”.

Aleksandra Lipczak, autorka portretu Chaveli Vargas w sobotnich „Wysokich obcasach” pisze, że na razie pieśniarka zapowiada kolejną płytę. Serce boli, ale nie gaśnie.