w domu żółwia

księżniczka Salme, jeszcze nie wie, że zamieszka w Bydgoszczy

Nie, nie napiszę, że koty śpią, bo ile, na Boga, można spać? Może, wielbiciele kotów, jesteśmy z nimi z tęsknoty za wolnością, niezależnością, beztroskim snem? A może wybierają nas, bo chcą pokazać, co tracimy codziennym krzątaniem się?

I jak tu teraz z kotów przejść do żółwi? Mieliśmy z siostrą kiedyś żółwia, nazywał się Ludwik. Jednak, w przeciwieństwie do kota, trudno jest się od żółwia czegoś nauczyć. Tak mi się przynajmniej wydawało.

O, i teraz mam ten pasażyk, przejście do właściwego tematu (na marginesie: takie przejście nazywam butami Zygmunta Broniarka, który jest dziennikarzem potrafiącym połączyć ze sobą dowolne tematy, bez najmniejszego wysiłku).

Od trzech dni nie mogę wynurzyć się z nowej książki Małgorzaty Szejnert „Dom żółwia. Zanzibar”, która ukaże się nakładem wydawnictwa Znak 13 października.

Tych, którzy znają dwie poprzednie książki Małgorzaty Szejnert „Czarny ogród” i „Wyspę klucz”, nie muszę namawiać. Również w nowej książce opowiada Szejnert pasjonujące losy mieszkańców fragmentu świata, tym razem zwanego Zanzibarem, moim zdaniem książka ma wiele wspólnego z dwiema poprzednimi, chociaż pierwsza dotyczyła Śląska a druga Ellis Island, pozornie odległymi od egzotyki Zanzibaru. A jednak traktuję te trzy tytuły jako swoistą trylogię o tęsknocie i marzeniu, próbie porządkowania świata i uczynienia go lepszym. Nawet jeśli efekty tego porządkowania są okrutne a próby nieudane. Są to też książki o potrzebie zakorzenienia się. I naprawdę, kiedy pisze Szejnert o Zanzibarze, na którymi nigdy nie byłem, poprzez losy jego mieszkańców, czyni go bliskim, żeby nie powiedzieć swojskim.

Skąd Zanzibar? Małgorzata Szejnert wyznała w wypowiedzi dla wydawnictwa Znak, że zbliżając się do siedemdziesiątki zapragnęła nurkować. Udała się na Zanzibar. Kiedy znalazła się pod wodą przepłynęły nad nią dwa żółwie (a może przepłynął jeden, tego już nie pamiętam, musiałbym obejrzeć film promujący książkę raz jeszcze). Zaczęła drążyć ten temat. Dowiedziała się, że żółwica, która chce znieść jaja musi popłynąć do miejsca, w którym się urodziła, gdzie ujrzała światło i tam złożyć w wykopanym przez siebie miejscu około setki jaj. Czasem żółwice muszą przepłynąć tysiące kilometrów. Wracają na Zanzibar, gdzie nic już nie jest takie, jak było. Mnóstwo turystów na plaży, hoteli, budowa domów, gdzie więc ma złożyć swoje jaja?

Ta opowieść wydaje mi się metaforą całej trylogii Szejnert, metaforą wędrówki w poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, a więc siebie, tęsknoty za odmienieniem swojego losu.

W „Domu żołwia…” opowiada Szejnert historię wielu ludzi, których los związał z Zanzibarem. I właściwie co opowieść to niezwykły film. Porywająca historia Davida Livingstone’a, misjonarza, odkrywcy i pisarza usiłującego walczyć z niewolnictwem, i ostatnie akordy – niezwykły opis balsamowania jego ciała a następnie pielgrzymki z jego zwłokami do Wielkiej Brytanii. Historia księżniczki Salme Emily Ruete, córki zanzibarskiego sułtana, która wychodzi za mąż za Niemca, przenosi się do Europy, a nawet przez chwilę, u kresu swojego życia, mieszka w Bydgoszczy przy ulicy Mickiewicza 17 (nazwa ulicy jest późniejsza). Fascynujące, jak próbowały za nią decydować rządy Niemiec i Wielkiej Brytanii, by nie spotkała się ponownie z bratem, już wtedy sułtanem. W książce są fotografie księżniczki Salme zarówno w egzotycznych zanzibarskich kostiumach jak i w eleganckich strojach wiktoriańskich. Wyobrażam sobie tę egzotyczną postać spacerującą ulicami Bydgoszczy, podczas gdy mijający ją ludzie nie mają pojęcia jaki fragment świata nosi pod powiekami. Nabrałem od razu ochoty na lekturę wydanych w Niemczech wspomnień księżniczki. Ale jest też najstarsza żyjąca mieszkanka Zanzibaru Bi Kidude, która przed dwoma laty koncertowała w Polsce. Bi Kidude mówi, że skończyła sto lat, czasem nawet, że 116. Jest też wiele postaci o mniejszym znaczeniu dla historii, ale czy rzeczywiście? Choćby Rameh Oza, hinduski fotografik, właściciel starego atelier w Kamiennym Mieście na Zanzibarze. Książka jest bogato ilustrowana, a postać Rameha Ozy ma przecież znaczenie dla świata, skoro utrwala to, co mogłoby przestać istnieć. Pamiętam, że w poprzedniej książce Małgorzaty Szejnert fotografie też miały znaczenie. I tam i tu opowiada historię zdjęć, zastanawia się, kim są utrwaleni na fotografiach ludzie.

Piszę z lektury, na gorąco, jeszcze książki nie skończyłem i wcale mi się tak nie spieszy z jej zamknięciem. Każda z jej stron porywa. Z jednej strony odurza intensywnością zapachów, z drugiej imponuje monumentalnym zadaniem, jakie Szejnert na siebie narzuciła. Przecież, gdyby tę książkę pisał Norman Davis albo Paul Johnson miałby pewnie researcherów i asystentów. Szejnert historię Zanzibaru przechodzi właściwie w pojedynkę, po reportersku. Może tu tkwi odpowiedź na coraz częściej stawiane w ostatnich latach pytanie, co jest siłą polskiego reportażu. Może poza talentem literackim autorów jego tajemnicą jest też ich ciekawość poszukiwań, omal archeologiczna cierpliwość i potrzeba zapisywania świata, a nie tylko potrzeba opowieści. A przez potrzebę zapisywania świata rozumiem próbę zaludniania go na nowo, składania z fragmentów, tak jak robi to Hanna Krall, jak robił to Ryszard Kapuściński, jak robi to Małgorzata Szejnert. Kiedy studiowałem mówiło się na dziennikarstwie, że mistrzami jest wielka trójka „K” – czyli Kapuściński, Kąkolewski, Krall (wymieniam według alfabetu). Trzy ostatnie wielkie książki Małgorzaty Szejnert łamią ten porządek. Nie wymieniam młodszych, bo za istotny uważam w tym wypadku wspólny fragment świata i dziejów historycznych, w jakie sami zostali rzuceni i w których kształtowali swoją zdolność patrzenia i słyszenia. I którzy wychowali właśnie to pokolenie młodszych, należy pamiętać, że Małgorzata Szejnert przejęła kierowanie działem reportażu w „Wyborczej” po Hannie Krall, była redaktorką tekstów Szczygła, Tochmana, Jagielskiego, Nowaka, Ostałowskiej, Hugo-Badera. Z kolei po Szejnert dział reportażu przejęli Paweł Goźliński z Mariuszem Szczygłem, kształtując kolejne pokolenie reporterów.

Oczywiście Paul Johnson i Norman Davis nie są reporterami, więc porównanie to ma swoje uzasadnienie tylko jeśli dotyczy monumentalności dzieł i rozległości badań. A że badania Szejnert w przypadku trzech jej ostatnich książek są monumentalne, nie mam żadnych wątpliwości.

Żółwice płyną tysiące kilometrów do miejsca swojego urodzenia. Tak się złożyło, że w najnowszym numerze „New Yorkera” jest autobiograficzne opowiadanie Alice Munro „Dear Life. A childhood visitation”. Opowiada w nim historię uważanej za obłąkaną kobiety, która zakradła się pod dom rodziców Munro (Alice dopiero się urodziła i leżała w łóżeczku), być może szukając własnego dziecka (wtedy już dorosłej córki). Munro opowiada też, jak jej matka, kiedy umierała, uciekła ze szpitala i próbowała wrócić do siebie, błądząc po okolicy.

„Jeśli w tym była fikcja, jak mówiłam, to byłoby za wiele, ale to jest prawda” – tłumaczy pisarka w swoim znakomitym opowiadaniu w „New Yorkerze” i jeszcze jedno zdanie z tej prozy: „Mówimy o sprawach, które nie mogą być wybaczone, albo których nigdy nie wybaczymy sobie. Ale wybaczamy – robimy tak cały czas”.

Zanotowałem to zdanie, żeby nie zgubić. I tak, w butach Zygmunta Broniarka, zdołałem opowiedzieć o śpiących kotach, o żółwiach z Zanzibaru, mieszkającej w Bydgoszczy księżniczce, i jeszcze to sobie wybaczyłem. Teraz spokojnie wracam do lektury.