Kafka i złodzieje pamięci

łajba, którą wyruszyłem w rejs

Nie ma w sobie nic z nowoczesnych, eleganckich wydań z obwolutami. Kiepski pożółkły papier, tekst odbity jak na powielaczu, z krzywymi marginesami, czasem odbity na stronie pochyło, momentami rozmazany. Okładka zrobiona z kartonu, bez żadnej ilustracji (imię, nazwisko, tytuł, logo oficyny), całość trzymają dwie zszywki. A jednak wyruszyłem w podróż tą starą, wciąż nie do pobicia łajbą. Zabijamy do różnych brzegów, trafiamy na różne lądy – Rzym, Neapol, Mediolan, Ferrara, Monte Cassino, Paryż. Gustaw Herling-Grudziński i jego „Dziennik pisany nocą 1983-1984” wydany przez Wydawnictwo CDN w Warszawie w 1987 roku, porwał mnie na nowo. Czytam wolno, bo chcę dobrze zapamiętać, przemyśleć, słuchać dłużej. W każdym fragmencie świata, jaki Herling-Grudziński opowiada, czy jest to świat realny, czy na kartach książek albo na płótnach mistrzów, jest zaproszenie do zatrzymania się, ale nie po to by jedynie kontemplować, raczej po to by poszukać tego fragmentu w sobie, jakby gdzieś tam został zgubiony, zatrzaśnięty, a teraz znów jest słyszalny.

Kluczem do tych dziennikowych zapisków jest to, co Herling mówi o pisarstwie Franza Kafki – „Im więcej myślę o Kafce, tym sceptyczniej odnoszę się do wszelkich interpretacji jego dzieła (w tym moich własnych). Zawsze przechodzą po omacku obok nieuchwytnej i ledwie wyczuwalnej istoty rzeczy, jak w nieskończonej grze w chowanego. Wyobraźnia Kafki żywiła się sokami zagadkowych przypowieści, a przypowieść można co najwyżej rozjaśnić trochę światłem innej przypowieści, nigdy zinterpretować”.

Mam takie samo poczucie czytając „Dziennik pisany nocą”, gdzie przypowieść funkcjonuje obok przypowieści. Wspomnienie podróży do Rzymu, podczas gdy Herling siedzi w dworcowej kawiarni przy stoliku i pisze, dziewczyna siedząca przy stoliku obok mówi do koleżanki: „Pewnie pisze list miłosny”, funkcjonuje obok wspomnień spod Monte Cassino, a te obok znakomitego opowiadania o Filippo Viscontim „Książę Mediolanu” („oplątany dzień w dzień, noc w noc, pajęczą siecią własnego strachu. Ten może gorzki sekret odkrył nareszcie przed samym sobą, przywołując z własnej woli znienawidzoną śmierć, przewracając się na drugi bok do pustej i białej ściany”), opowiadanie obok rozważań wokół tego, co zachodnia prasa pisze o Polsce i o „Solidarności”, opowieść o Zawieyskim, którego ucałował Gomułka (cytuje Zawieyskiego: „Byłem bardzo wzruszony – kobiety całowały mnie w policzki, aby uszczknąć śladów pocałunków Gomułki… Tańczyłem mimo chorej ręki i bezustannie się śmiałem”) obok wspaniałego opowiadania „Ugolone z Todi. Nekrolog filozofa”, gdzie opowiada między innymi ostatnie chwile życia Kanta, obok opowieści o Stendhalu snuje też opowieści o Orwellu. Przede wszystkim zaś zostawia pulsujące świadectwo chorego na polskość pisarza mieszkającego na obczyźnie, który nawet jeśli nie ma poczucia, że jest słyszalny, to nie przestaje wierzyć w siłę słowa. „Ostateczna walka rozegra się między złodziejami pamięci i okradanymi z niej narodami, społeczeństwami, jednostkami”.

Mógłbym tak długo o tym tomie, który wciąż jeszcze czytam, pewnie będę do niego wracał, bo pełen jest barwnych opowieści również o malarzach Balthusie, Modiglianim… Pełen jest opowieści o ludziach, którzy zmieniają historię świata i o takich, jak wieczny więzień, Ergastolano, który odgrodził się od świata na włoskiej wyspie i mimo zakończonego aresztu nie wychodzi poza obręb wyznaczonego sobie więzienia. Wiele też o znaczeniu tajemnicy. Herling pisze tu o ludziach z włoskiego Południa: „Zawsze uderzały mnie na Południu trzy ludzkie cechy: pogodny, mimo pozorów teatralnej dramatyczności, stosunek do śmierci; dyskrecja wobec cudzego nieszczęścia, zabobonna niechęć do jego poznania i zgłębienia; respekt dla samotności tych, którzy ją dobrowolnie i świadomie wybrali”.

Chciałbym, aby teraz ktoś wydał wszystkie tomy dziennika pisanego nocą w jednym. I aby świat odkrył diarystykę Herlinga-Grudzińskiego, mam wrażenie nawet w Polsce zapomnianą. Ma większą siłę rażenia niż chwalony przez świat dziennik Sandora Maraia, mam też poczucie, że wyżej jest od diarystyki Franza Kafki, co piszę niejako wbrew sobie jako wielbiciel obu.

Nie wiedziałem nawet, że stęskniłem się za pisarstwem Herlinga-Grudzińskiego, może więc teraz przyszedł czas, żebym czytał raz jeszcze, odkrył znów dla siebie, wyruszył w kolejną z nim podróż.

Czytałem i pisałem, a koty przewracały się, przeciągały, walczyły z potwornym umęczeniem swoimi sprawami.

tak?

czy tak?

a może jednak tak?