Passione

Znakomita Pietra Montecorvino w filmie "Passione"

Zaklinać czas, powtarzać za Beckettem, że kolejny piękny, szczęśliwy dzień. Osłonić się przed słońcem parasolką. Byle słońce gdzieś znaleźć. Teraz pojawia się w ogrodzie coraz rzadziej, małym fragmentem, przez chwilę. Ale trzeba się jakoś krzątać, wypełniać dzień, zapisywać kalendarz datami, starać się kończyć go z uśmiechem, z poczuciem, że dobrze jest tak jak jest. Kilka dni temu obejrzałem niezwykły film „Passione” Johna Torturo, film o mieście i jego muzyce. Film o Neapolu. Nigdy tam nie byłem, ale zawsze mnie interesował, choćby z powodu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który mieszkał w Neapolu większą część swojego życia i zresztą wielokrotnie o nim pisał. Film Johna Torturo jest taki jak czas, w jakim powstał. Rozpięty pomiędzy gatunkami, ani dokument ani fabuła, nawet nie film stricte muzyczny,  pokazuje żywą tkankę miasta, jego duszę, jego muzykę. Nostalgiczne pieśni Misi, muzyka arabskich mieszkańców miasta, chwilami kiczowate piosenki, jak ta o poszukiwaniu ropy w Neapolu. A jednak film porywa, wsysa w siebie, pokazuje wąskie uliczki, wysokie kamienice, kluby muzyczne, wytwórnie płytowe, ludzi, ich historie, również historię miasta na archiwalnych fotografiach. I chociaż nie lubię się przemieszczać, takie filmy jak „Passione” odsłaniają tęsknotę za poznawaniem, uświadamiają, że bycie w jednym miejscu jest ograniczeniem, przecież tyle świata jest obok, nawet tutaj, w Warszawie, i tyle, tyle świata jest poza nią.

Gustaw Herling-Grudziński, jeden z moich ulubionych pisarzy w „Dzienniku pisanym nocą” 30 kwietnia 1984 roku zapisał: „Przeczytałem kiedyś w gazecie o pożarze domu samotnych starców. Wybuchł za dnia, więc wszystkich mieszkańców zdołano uratować. Ale spłonęły, bądź zostały zniszczone w trakcie gaszenia pożaru, ich osobiste pamiątki, stare listy, fotografie rodzinne. Starców z wypalonymi resztkami pamięci i przeszłości przeniesiono szybko do innego domu. Wkrótce potem zaczął się tam pomór, tak gwałtowny, że w ciągu trzech miesięcy nowy dom prawie opustoszał. Przez jakiś czas miałem zamiar napisać o tym opowiadanie. Dałem sobie w końcu spokój, zrozumiawszy, że w kilku zdaniach gazetowej wiadomości tkwiło już gotowe opowiadanie, które nie zniosłoby nadmiaru słów. Opowiadanie najkrótsze: ile ich, i jak znaczących, przeoczamy w kronikach wypadków! Dostojewski dobrze wiedział co robi, nie żałując czasu na wertowanie gazet codziennych”.

Więc też pozostawię bez komentarza ten wpis Herlinga. Natychmiast zatęskniłem znów za jego pisaniem. Zdjąłem z półki „Dziennik pisany nocą” i może uda się wieczorami pożyć jego życiem i jego sprawą, za jego biurkiem, gdzieś za wysokimi oknami starej kamienicy w Neapolu.

Stos książek piętrzy się przy łóżku. I tyle tam światów, podróży i słów. Tak się drogi i słowa przecinają. A jutro znów parasolka!

PS

Mistrzowska rola Małgorzaty Rożniatowskiej w moim monodramie „Uwaga – złe psy!” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, znów na deskach teatru. Tym razem zapraszam do Teatru Studio w Warszawie w najbliższą niedzielę, 18 września o godz. 17.00.