Wielki stół

z Hanną Krall, foto Zofia Zija i Jacek Pióro

Wczoraj był taki dzień. Soczysty. Dzień intensywnej i twórczej pracy. Tylko taką intensywnością żyję naprawdę. Lubię spokój, lubię czytać, długo pić kawę – nawet z najmniejszej filiżanki. Ale tylko intensywna praca podsyca apetyt, jest pokarmem o wielu smakach, które rozlewają się, aż robi się błogo.

Czekałem na taki gęsty, soczysty dzień od tygodni.

W południe, na Saskiej Kępie, jednej z moich ulubionych dzielnic, nagrywałem rozmowę z Katarzyną Nosowską, artystką, którą cenię od lat. Przez te lata właściwie co jakiś czas wracał do mnie apetyt na rozmowę. Nie wiem. Czułem się nie dość przygotowany, może zbyt konwencjonalny, nie byłem gotowy. Teraz taki moment nadszedł i pomyślałem, że nie mogę już czekać. Nagrałem spory materiał, nad którym teraz będę pracował.

Z Saskiej Kępy wróciłem dosłownie na godzinę do domu, przejrzeć jeszcze wszystkie notatki zrobione w ostatnich dniach do spotkania, które wczoraj wieczorem prowadziłem w Teatrze Żydowskim, w ramach Festiwalu Warszawa Singera. Miałem tremę, bo i odpowiedzialność duża. Pani Hanna Krall po raz pierwszy poprosiła mnie o prowadzenie swojego spotkania autorskiego, promującego jej ostatnią książkę „Biała Maria”. Długo trwały nasze pertraktacje, żeby na spotkaniu w ogóle odbyła się rozmowa. Pani Hanna niechętna jest swoim publicznym wystąpieniom a zwłaszcza wypowiedziom.

Starałem się maksymalnie skrócić swoją wypowiedź o książce, żeby móc dłużej pytać. Przede wszystkim o to, co mnie nurtowało najbardziej. Ostatnio pani Krall zadeklarowała, że nie będzie już więcej pisać, że „Biała Maria” to jej ostatnia książka. Powiedziałem, że kiedy z ust reportera słyszę takie deklaracje, mogę mieć poczucie, że skończyła się w nim ciekawość świata, a przecież w „Białej Marii” nitka opowieści prowadzi od losu do losu, od bohatera do bohatera, prowadzi również poprzez biografie postaci z pozoru epizodycznych, więc mógłbym przypuszczać, że ciekawość reportera się nie wyczerpała. Skąd więc taka decyzja? Pani Krall odpowiedziała, że już zmieniła zdanie i że teraz dopiero napisze swoją ostatnią książkę. – Jest taki fragment w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z reporterką, a który ukazał się w „Zwierciadle”, gdzie pytam, czy często sama sobie zaprzecza. Odpowiedziała wtedy, że zawsze.

Pytania też dotyczyły granicy reportażu i dopuszczalności fikcji. Również tego, w jaki sposób losy bohaterów „Białej Marii” związały się ze sobą.

Na spotkaniu pani Zofia Kucówna fenomenalnie przeczytała ostatnią, trzecią część „Białej Marii”, to był w zasadzie monodram, nie lektura. Gotowy materiał na scenę. Genialna interpretacja, zresztą pani Zofia Kucówna od wielu lat czyta na spotkaniach teksty Hanny Krall.

A ponieważ na spotkaniu były autorki moich ulubionych blogów Małgosia i Renia, poszliśmy jeszcze na kawę, żeby dopowiedzieć sobie to, co dzieje się już w realnym, a nie wirtualnym świecie, w którym się znamy. Po prostu żeby opowiedzieć sobie również o książkach, których świat jest dla mnie zawsze bardzo realny.

Kiedy wczoraj Hanna Krall opowiadała, w jaki sposób trafiały do niej poszczególne losy i jak wplatały się w opowieść, wyobraziłem sobie, że właściwie to ona zaludniała świat swojej powieści tymi bohaterami, wiedziała kto w tym świecie jest jeszcze potrzebny i wiedziała, że jeśli świat ma być prawdziwy, to muszą w nim być dobrzy i źli ludzie, że muszą być w nim spokój i lęk,  wybaczenie i wina niezarzucalna, Wielki Scenarzysta i scenarzysta „Dekalogu”.

A właśnie wieczorem, kiedy wróciłem do domu, w TVP Polonia był ósmy odcinek „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego, w którym opowiadany jest wątek żydowskiej dziewczynki, której odmówiono chrztu, główny wątek książki Hanny Krall „Biała Maria” rozpostartej pomiędzy dwiema stronami wielkiego stołu.