Orhan Pamuk na Mazurach

Orhan Pamuk

Zaczęło się lato, wczoraj rano w TVN Maciej Nowak rekomendował ryby na Mazurach, więc rano zapakowaliśmy się z przyjaciółmi do auta i pojechaliśmy do Dłużka, Nart i nad jezioro Głęboczko popływać, poleżeć na pomoście, pogadać, no i oczywiście zjeść rybę. Pogoda piękna, barwy nasycone, zapach lasu, w jeziorze w Dłużku para łabędzi tańczyła widząc publiczność. Zanurzały się, wynurzały, wznosiły, podnosiły, machały skrzydłami. Do wody wpadało słońce. Warszawa wydawała się gdzieś daleko, omal na innej planecie. Czas się na kilka godzin zatrzymał. Wieczorem wróciliśmy do Warszawy, bo ten wyjazd „na rybę” był spontaniczny, a w domu Kot Tutka i Kot Alfredo. Oczywiście zabrałem ze sobą opasłą 700-stronicową powieść Orhana Pamuka „Muzeum niewinności”, ale przeczytałem na Mazurach ze trzy akapity. Chciałem nasycić wzrok raczej tym, co dokoła, w końcu też wystawić twarz do słońca, w końcu zmrużyć oczy. A teraz już nie mogę się doczekać, żeby otworzyć „Muzeum niewinności”, bo wpadłem w tę książkę, zanurzyłem się w niej i chcę w niej trochę popływać. Lubię prozę Pamuka, jego „Stambuł” był dla mnie absolutnym objawieniem. Niestety pożyczyłem, nie wiem komu, nie mam egzemplarza, będę musiał kupić, bo to książka, którą absolutnie powinno się mieć w domu. Nie byłem nigdy w Turcji, chcę pojechać, i wówczas będę zwiedzał Stambuł właśnie z Orhanem Pamukiem, a może uda mi się nawet namówić pisarza na wywiad. Wszystko jest w zasięgu naszych możliwości.

Ostatnio zostawiłem tutaj zwątpienie w sens jakiejkolwiek kreacji. Na szczęście to mija. Więcej słońca, więcej energii, więcej wiary. Za długo trwała pora deszczowa – pora burzowa, nie do zniesienia dla meteopatów. Parę dni temu wybrałem się do teatru. Trzy razy wracałem do domu się przebrać, bo mimo parasola, trzy razy wychodząc z domu oberwała się chmura i przemokłem do suchej nitki. Napisałem smsa do koleżanki, z którą szedłem do teatru: „Nienawidzę tego kraju”. „A czym ci zawinił?” – zapytała. „Położeniem geograficznym” – odpowiedziałem. Bo jednak Polska to nie Karaiby. Chociaż czasami duchowe Karaiby i owszem. No ale trudno kochać, jeśli akurat wychodzi się z domu, bo deszcz przestał padać i po zrobieniu stu kroków nagle po raz kolejny obrywa się chmura. Można zwątpić w sens chodzenia do teatru, jeśli szukać głębszych powiązań.

No, dobrze, wracam do powieści Orhana Pamuka. To dzisiaj moje wakacje.

Kanon na nowy blog

Dzisiaj kolejna odsłona kanonu najważniejszych książek. O pięciu tytułach, które zmieniły jej życie opowiada

Marta Mizuro, krytyczka literacka:

Tak osobistej listy książek jeszcze nie upubliczniałam i właściwie nie sporządzałam dotąd bilansu tych „zbójeckich”. Ale w końcu szufladkowanie lektur  to mój zawód, więc tylko chyba we śnie nie myślę o tym, co właśnie przeczytałam, badając też wpływ danego dzieła na swoje poczynania.

  1. Thomas Bernhard, Suterena –  przeczytałam tę niewielką powieść w jednym z  najgorszych dni mojego życia, kiedy straszliwie obawiałam się najbliższej przyszłości. Kończy się ona monologiem, w którym bohater, także niepewny jutra, powtarza jak refren – „Wszystko jedno”. Czytałam w pociągu, który jechałam do Wrocławia, powtarzałam to sobie niczym mantrę i nagle poczułam ulgę. To było dwadzieścia lat temu, ale do dzisiaj doskonale pamiętam ten stan. Jakbym sama sobie wymieniła krew.
  2. Patrick White, Wóz ognisty – teraz właśnie uświadomiłam, że tę książkę czytałam w zbliżonym czasie.  Było już po „Sturm und Drang”, lecz wszystko trwało w zawieszeniu. „Wóz” i w ogóle White’a  polecił mi pewien stary nauczyciel i biblioman. To bardziej on, w delikatny sposób, bez mentorskich wtrętów, ale właśnie podsuwając lektury, pomógł mi się poukładać, może bardziej niż White, którego twórczość połknęłam potem w całości.  Mocno upraszczając powiem, że to opowieść o tym, jak bardzo zły i jak bardzo dobry może być człowiek. I opowieść o wierności sobie oraz wierze, niekoniecznie w Boga.  „Wóz” otworzył mi oczy.
  3. Yasunari Kawabata, Śpiące piękności. Tysiąc żurawi – a po tej książce, zwłaszcza po pierwszym z dwu długich opowiadań, mam już pewność, iż przynajmniej raz w życiu zetknęłam się z czystym pięknem. Jasne, warto go szukać dalej, niekoniecznie w książkach, ale w zasadzie i tak już mogę umrzeć. W przekonaniu, że długi moment absolutnego zachwytu mnie nie ominął.
  4. Henry David Thoreau, Walden – wpływu tej książki nie odczułam od razu, ale coraz mocniej miesza mi w środku im jestem starsza. Im bardziej lubię się zaszywać, a mniej – nadużywać (mam nadzieję, że z tym zaszywaniem się nie chodziło Jancerce o esperal). Trucizna uaktywniła się gdzieś tak dziesięć lat temu, w momentu odkrycia właściwego lasu i najlepszej części siebie w nim. Tylko mój las jest obok jeszcze bardziej moich jezior.
  5. Ian Rankin, Wiszący ogród – są może, nawet na pewno, lepsze jego książki, ale to była pierwsza, którą przeczytałam. Tak, ten Rankin od Rebusa, nie chcę udawać, że nie schodzę poniżej Nobla. Dzięki Rankinowi  na dobre pokochałam powieści kryminalne, a skutki tej miłości są oczywiście opłakane.

PS: Oczywiście po skończeniu przyszła mi do głowy jeszcze jedna, ale postanowiłam być twarda. Niemniej podrzucam, jeśli dotąd nie wpadło Ci to w ręce: Fabienne Verdier „Pasażerka ciszy”, wydało to W.A.B. w serii Terra incognita, gdzieś z pięć lat temu. Mogłabym zajrzeć, ile dokładnie, ale w mojej galerii fejsbukowej jest zdjęcie obrazujące stan domowej biblioteki. Po ponad roku jeszcze gorszy i trzeba do tego dodać jeszcze szafę, dwie ściany, korytarz i kuchnię. Nie mam więc żadnej pewności, że „Pasażerka” leży tam, gdzie myślę, że leży. Wyboru nie komentuję, przejrzałam wpisy innych i chyba się z niczym nie powtórzyłam.