List otwarty do Anny B.

Coraz gorzej znoszę deszcz. Przypominam sobie stypendium w Finlandii, na którym byłem piętnaście lat temu. Pamiętam miesiąc deszczu i tęsknotę za wystawieniem twarzy do słońca. Chcę już po prostu zmrużyć oczy. A nawet niech od słońca łzy polecą. Nie pamiętam takiego roku jak ten. Oczywiście ratuję się muzyką, czytaniem, uciekam w pisanie, zapalam coraz więcej świateł.

Zrobiłem sobie prezent. Zamówiłem sobie prenumeratę „New Yorkera”. Dotąd czytałem w sieci, ale odkąd mam stały adres, zapragnąłem czytać drukowany magazyn. Zachwyciło mnie, że numer datowany na 25 lipca, był w mojej skrzynce na listy dzień później. Teraz czytam sobie o spektaklach i koncertach w Nowym Jorku, rekomendacje książkowe, połknąłem dosłownie bogaty, obszerny portret francuskiej intelektualistki Elisabeth Badinter. Żeby napisać taki portret trzeba spędzić z bohaterką, jej książkami, znajomymi, bliskimi i przeciwnikami wiele czasu. „New Yorker” zawsze stawiał na jakość tekstu, nigdzie się nie spieszył, miał miejsce. Portret Badinter ma wiele kolumn i pokazuje też szerokie tło społeczno-polityczno-ideologiczne Francji, a także paryskiego mieszczaństwa i statusu intelektualistów we Francji (jak pisze autor tego tekstu, są jak gwiazdy rocka). Myślę, że niezłomność zasad dziennikarskiej etyki, rzetelności, miejsca na tekst, właśnie stawianie na jakość spowodowały, że od tylu lat „New Yorker” jest na rynku i wciąż jest chętnie czytany, nie tylko w Stanach. Odkąd obserwuję próby profilowania „Przekroju”, zastanawia mnie, dlaczego wydawcy nie chcą skorzystać z prostego wzoru, jakim jest „New Yorker”, w Polsce takiego magazynu nie ma.

Musimy walczyć o jakość – życia, kultury, domagać się, kreować. Wbrew temu, co dzieje się wokół.

Koty śpią, trudno się dziwić w tym deszczu.

Wróciłem do książki Anity Janowskiej i Andrzeja Czajkowskiego „…mój diabeł stróż”, o której tyle tu pisałem. Wznowione właśnie przez WAB wydanie jest tak staranne, edytorsko piękne, że dałem się po raz kolejny pochłonąć tej dziwnej, trudnej, zapadającej w pamięć historii.

Ostatnio podarowałem przyjaciołom dwa kolejne egzemplarze tej książki, dzielę się nią, jakby była moja. Na obwolucie zacytowana jest Anna Bojarska: „Przeczytałam jednym tchem, z najwyższym zachwytem, i chciałabym błagać: ludzie, na miłość boską, zróbcie to samo!”.

A ja sporo myślę ostatnio o Annie Bojarskiej, której książki cenię, która dawno nie wydała nowej powieści, a tak chciałbym coś przeczytać, Pani Anno. – Napisałem kiedyś otwarty list do Anny Bojarskiej, więc i dzisiaj zwracam się osobiście.

Anna Bojarska

Drugi list otwarty do Anny Bojarskiej

Droga Anno w Paryżu,

stęskniłem się i za Tobą i za Twoimi książkami. Mam nadzieję, że piszesz i że niebawem podarujesz nie tylko mnie swoją nową książkę. A jeśli nie piszesz, bo życie jest zbyt gęste i pochłaniające, to błagam, znajdź szczeliny, w których nowa książka powstanie, znajdź przestrzeń na słowa, nie wierzę, że mogłabyś je porzucić tak samo jak nie wierzę, że mogłabyś porzucić Czytelników, których uwiodłaś i oswoiłaś. Tęsknię za rytmem Twojej prozy. Hanna Krall mówi, że dzisiaj o książkach mówi się najczęściej, że są hipnotyczne. Ale przecież Twoje takie były zawsze. Na granicy. Wracam do Twoich rozedrganych książek, ale one nie wystarczą. Chciałbym, żebyś znowu coś opowiedziała. Napisałaś kiedyś „List otwarty do królowej Wiktorii”. Piszę do Ciebie już drugi list otwarty, bo Twoje pisanie to nie jest jedynie Twoja i moja sprawa. Poza tym, kto, jeśli nie Ty, jest w stanie okiełznać to, co się teraz dzieje.

Uśmiecham się do Ciebie z deszczowej Warszawy i pozdrawiam.