Powroty

Pada.

Ciągle powroty.

Kiedy zacząłem poważnie myśleć o pisaniu, zacząłem od opowiadań. Lubię do dzisiaj czytać krótkie formy. Wtedy również usiłowałem je pisać, trochę eksperymentowałem. Mój literacki debiut to było opowiadanie wydrukowane w magazynie „Topos”. Kilka moich opowiadań opublikował pan Wiesław Myśliwski w swoim literackim piśmie „Sycyna”. Do dzisiaj jestem dumny z tamtej publikacji. Potem zająłem się dziennikarstwem, potem napisałem „Bagaże Franza K., czyli podróż, której nigdy nie było” (Mariusz Szczygieł określił ją jako powieść faktu), później powieść „Bądź moim Bogiem”, później „Złodziei koni”, w tym czasie też kilka sztuk i scenariusze filmowe. Jednak ciągle tęskniłem za ulubioną formą. Prawdę mówiąc mijał czas, a ja coraz bardziej oddalałem się, później już bojąc się zmierzenia z opowiadaniem, ze zmieszczeniem całego świata w krótkiej formie.

Ponieważ niedawno zacząłem zbierać dokumentację do nowej książki i wiem, że trochę potrwa zanim zdołam ją napisać, postanowiłem naprawdę wrócić do opowiadania. I to jest bardzo trudne. Zacząłem coś, mam pomysł, właściwie wyklarowaną w głowie fabułę, ale tak trudno jest używać mniej słów, pisać bardziej esencjonalnie, budować nastrój dwoma, trzema zdaniami, powściągnąć się, ograniczyć. Próbuję sobie przypomnieć, jak to było wtedy, kiedy pisałem opowiadania właściwie naturalnie.  Chciałbym znów wejść w ten nastrój.

Jest trudno, ale się nie poddaję.

Powroty. Wczoraj w teatrze IMKA obejrzałem adaptację „Dzienników” Witolda Gombrowicza. Znakomicie zagrany spektakl, a obsada wspaniała: Mikołaj Grabowski, Iwona Bielska, Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk, Tomasz Karolak, Andrzej Konopka. Plus zjawiskowa interpretacja wokalna Olgi Mysłowskiej. „Dzienniki” uwielbiam, czytałem ostatni raz ze trzy lata temu, chcę znów do nich wrócić. Wczorajszy spektakl zaostrzył mój apetyt na „Dzienniki” Gombrowicza, chyba najoryginalniejsze dzienniki w światowej literaturze w ogóle. Przy „Dziennikach” Gombrowicza na przykład „Dzienniki” Franza Kafki (którego przecież wielbię) są zaledwie „próbą zapisu”, a wychwalane pod niebiosa „Dzienniki” Sandora Maraia są pełną patosu i egzaltacji wypowiedzią oderwanego często od rzeczywistości pisarza.  Czekam na trzeci tom „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza. Pierwszy był dosyć nierówny, ale trudno się dziwić, zaczął go pisać będąc bardzo młodym, drugi przeżyłem boleśnie. Bardzo ciekawy jestem trzeciego. Mam nadzieję, że wyjdzie jeszcze w tym roku.

Wczoraj wiadomość o śmierci Amy Winehouse, którą bardzo ceniłem, mam obie jej płyty. Natychmiast okrzyknięto ją współczesną Janis Joplin. Wczorajszy tekst o niej w „Wysokich obcasach”, który przecież, kiedy szedł do druku, nie przeczuwał tego, co się stanie, kończy się słowami: „żyje”. Myślę o tym, w jak dziwnych czasach żyjemy. Ona właściwie umierała na oczach publiczności. Po jej ostatnich koncertach, kiedy była zapita i upadała na scenie, brutalne komentarze. Nikt jej nie pomógł. Gazety pisały często o jej ćpaniu, o uzależnieniu od alkoholu, a obok nie było nikogo, kto by jej pomógł z tego wyjść, kto by zrobił pranie mózgu. Podobno zaczęła się leczyć. Podobno nie chciała już pić. Tak mówi właścicielka restauracji niedaleko domu Winehouse, której kilka dni temu piosenkarka miała powiedzieć: „Nie dawaj mi alkoholu”. Jej fani zbierają się pod jej domem, piszą listy. Czy na jakimkolwiek koncercie pojawiały się transparenty: „Amy nie pij, chcemy cię żywą!”? Nie sądzę. A może nie chcieliśmy jej żywej? Może chcieliśmy legendy? Kolejnej Janis Joplin, kolejnej członkini „klubu 27”, o czym tak chętnie pisze dzisiaj prasa.

Czy rodzina, agenci, producenci koncertów i płyt nie mogli jej z tego wyciągnąć?

Po Amy Winehouse zostały dwie naprawdę znakomite płyty, na których pokazała mistrzostwo, precyzję i prawdziwe piękno, którego mam poczucie w jej samej, nie chciano zobaczyć.

Piękno, którego już nie odsłoni przed publicznością. Piękno, przeciwko któremu tak mocno walczyła.  Do którego wczoraj wróciła.

„To była dobra dziewczyna” – powiedziała ta sama właścicielka restauracji.

Tylko tyle.