poruszenie świata

Pogoda kaprysi. Przekonuje, że żaden stan nie jest trwały. Przed tygodniem pracowałem w ogrodzie. Musiałem wypielić pokrzywy, chwasty, które jak giganty wyrastały po deszczu. Chociaż w jakimś sensie podobała mi się ta dzika część. Podważałem małą łopatką i wyrywałem bestialsko, z korzeniami. W korzeniach i pod nimi ogromne mrowiska. Poruszenie mrówek zdezorientowanych z powodu tego kataklizmu. Przenoszenie białych jajeczek na inną stronę, ucieczka z wyrwanych korzeni. Jeszcze przez dwa dni ptaki miały swoją prawdziwą „Ucztę Babette”, wydłubując z poruszonej ziemi jajeczka mrówek i pewnie same mrówki. Przypomniał mi się piękny film, który kiedyś widziałem w kinie „Mikrokosmos”, o życiu, którego nie zauważamy. Przypomniał mi się właśnie tamtego dnia, kiedy poruszyłem czyjś świat, kiedy spowodowałem, że zdezorientowane mrówki próbowały ratować, co się da, przenosić gniazda, szukać bezpieczeństwa.

Porządkowanie czyjegoś świata.

W dniu premiery „Smażonych zielonych pomidorów” 14 maja (czyli dziesięć dni przed znalezieniem w ogrodzie trzydniowego Kota Alfredo) Ela Czerwińska podarowała mi małą sadzonkę pomidora. Z zaskoczeniem patrzę, jak się przyjął, jak rośnie, jak wybuchł właściwie. Jak się przyjął i żyje.

Z zaskoczeniem patrzę, jak Kot Alfredo walczył najpierw o znalezienie, potem o życie, teraz jeśli o coś walczy, to o zabawę, o uwagę.

Z zaskoczeniem patrzyłem jak Kot Tutka postrzelony przed dwoma laty z wiatrówki (jeszcze pod poprzednim adresem, pod którym zostały dwa duże świerki Patryk i Patrycja, japońska wiśnia zakwitająca nawet zimą, wątła brzózka, o której ocalenie walczyłem, choć rosła praktycznie na ścianie domu, bluszcz, okradający ogród a więc i inne rośliny z wody i miejsca, pojedyncze peonie, forsycja i często chorujący ale walczący o siebie bez, tak często fotografowane przeze mnie winne krzaki oplatające okna do ogrodu), walczył o swoje życie. Teraz jeśli o coś walczy, to o swoje miejsce w domu. Kot Alfredo trochę poruszył jej świat.

Chwile wolności. Wyszło słońce.

*

Sylvia Plath

Grzyby

Wśród nocy, bardzo

Blado, dyskretnie,

Bardzo cichutko

Nasze paluszki, nasze noski

Ugruntowują się w glebie,

Sięgają po powietrze.

Nikt nas nie ujrzy,

Nie zatrzyma, nie zdradzi;

Drobne cząsteczki ustępują.

Miękkie piąstki uparły się,

Aby podważyć igłę sosny,

Podściółkę z liści,

A nawet bruk.

Nasze młoty, nasze tarany

Bezuche i bezokie,

Doskonale bezgłośne

Poszerzają pęknięcia,

Rozpychają otwory. My

Pożywiamy się wodą

I okruchami cienia,

Grzecznie ułożone, prosimy

O trochę albo o nic.

A takie mnóstwo nas!

A takie mnóstwo nas!

Możemy być półkami, możemy

Być stołami, jesteśmy pokorne,

Jesteśmy do jedzenia,

Rozpychamy się łokciami

Na przekór nam samym,

Nasz szczep się mnoży.

Zanim nastanie dzień,

Odziedziczymy ziemię.

Już nogę mamy w szparze drzwi.

(przekład Jan Rostworowski; Sylvia Plath „Godziny nad ranem”, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, 1995)