do ostatniej kropli sosu

wczorajszy gulasz

W ostatnich dniach naprawdę spełniam się w jedzeniu, no, uwielbiam to robić. Nie wiem, co mi się stało, ale wstaję rano, robię kawę i myślę o tym, co mógłbym zrobić na obiad. Wczoraj gotowałem gulasz. Kończyłem też lekturę nowej powieści Stefana Chwina „Panna Ferbelin”. Chwin znakomicie opowiada, ale to, co naprawdę uwielbiam, to pewien rodzaj kreacji literackiej wykraczającej poza strukturę jednej powieści. Również w „Pannie Ferbelin” wraca do swoich tematów – do Kleista, do Hanemanna, do rodzenia się zła, czy na przykład siły malarstwa  Caspara Davida Friedricha. Na okładce cytuje fikcyjne opinie o książce zamieszczane przez gazety, których już nie ma, bądź wypowiedziane przez postacie znane z jego wcześniejszych książek. Lubię takie pisarstwo, które prowadzi nieustanny dialog z sobą. Powieści Austera, Rotha. Chwin podejmuje tym razem, ale przecież nie po raz pierwszy, temat ideologii, religijnych przekonań, fanatyzmu i prześladowań ale właściwie stanowi to pozór do opowieści o obywatelu, który przegrywa z państwem. Pod pozorem powieści omal przygodowej, filmowej bardzo, podejmuje Stefan Chwin temat, który interesował największych pisarzy świata, w tym najważniejszego dla mnie, Franza Kafkę. Przy łóżku leży teraz opasły tom esejów Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”, za który dostał tegoroczną Nagrodę Literacką Gdynia. A poza tym lato zapowiada się pod znakiem lektur biograficznych, bo na mojej ścisłej liście są wydane niedawno biografie Korczaka (napisała Joanna Olczak-Ronikier), Nałkowskiej (oczywiście Hanna Kirchner; a swoją drogą podziwiam panią Kirchner, że oddała Nałkowskiej całe życie) i Haliny Mikołajskiej (biografia, na którą czekam od dawna, którą sam kiedyś miałem ochotę napisać, ale ubiegła mnie Joanna Krakowska) – wyjdzie w sierpniu. Na stronie wydawnictwa WAB, na razie nieduża zapowiedź tej książki, ale jakże apetyczna:

„Człowiek nie jest książką […], wymyka się ocenom krytyków, jeśli chcą ustrzec się przed tanim moralizowaniem. Zawodzi historyków, pozostawiając ich w wiecznej niepewności. Nie liczy się z czytelnikami, prowadząc ich na manowce niejasnych celów i skrywanych motywacji, prawd i pozorów, zakłamań i tajemnic. Lekceważy archiwistów i bibliotekarzy, gubiąc kartki – dokumenty, plącząc rozdziały i zapisy bibliograficzne” (Joanna Krakowska).

Piszę to wszystko wspólnie z kotem Alfredo, który zapowiada się na niezłego czytelnika i pisarza. Zobaczymy, co z tego ruchliwego zwierzaka wyrośnie.

Więc wczoraj było gotowanie gulaszu, czytanie i oglądanie filmów. Nagle jednego dnia chyba wszystkie stacje świata postanowiły pokazać wartościowe filmy i sam już nie wiedziałem, jak dokonać wyboru. Obejrzałem więc po raz drugi wspaniałą „Prawdziwą historią” z genialnym Anthony Hopkinsem. Kurczę, dorosły człowiek, a spłakałem się jak pensjonarka, kiedy grany przez niego konstruktor i kierowca pobił rekord prędkości, czym spełnił swoje marzenie, ale oczy zaszkliły mi się już wcześniej, kiedy od innych „rajdowców” dostał tytuł kierowcy roku. Prosty, bezpretensjonalny, wciągający film. I chyba zaraz po nim trafiłem na „Pokój Marvina”, który obejrzałem po raz pierwszy. Film z kręgu takich tytułów jak „Stalowe magnolie”, „Czułe słówka”, „Zielone smażone pomidory” czy „Sekretne życie pszczół”. Przede wszystkim jednak fenomenalne aktorstwo: Meryl Streep, Diane Keaton, Leonardo DiCaprio. Znakomite zdjęcia Piotra Sobocińskiego. Nie wiem, jak mogłem ten film wcześniej przegapić. No i wieczór filmowy zakończyłem „Królową”, obejrzaną po raz drugi. Cóż za rola. Mirren zachwyciła mnie też ostatnio kreacją w „Ostatniej stacji”, biograficznym filmie o Tołstoju.

A ponieważ przed snem znów zamarzyłem o sztuce… kulinarnej, przed snem zanurzyłem się w listach Julii Child i Avis Devoto „As Always, Julia”, niezwykłe, te kobiety potrafiły kilka długich listów napisać o majonezie. To jest prawdziwa sztuka.

Smacznego.