Piękni dwudziestoletni

Edyta Bartosiewicz na poniedziałkowym koncercie

Dwa absolutnie cudne wieczory. W poniedziałek byłem na uroczystości wręczenia kryształowych Zwierciadeł, czyli nagród miesięcznika „Zwierciadło”, które w tym roku otrzymali Andrzej Wajda (nagroda specjalna), Karolina Gruszka i Grzegorz Bral. Ale wieczór pozostanie w pamięci nie tylko z powodu laureatów, ale chyba przede wszystkim z powodu fenomenalnej Edyty Bartosiewicz, która zaśpiewała koncert po jedenastoletniej przerwie (nie licząc Orange Festival). Śpiewała i wyglądała zjawiskowo, młodzieńczo, ważniejsze nawet, że zobaczyłem na scenie artystkę szczęśliwą, znów na właściwym miejscu. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej śpiewanie sprawiało jej aż taką radość i frajdę. Nie ukrywała swojego szczęścia i mówiła o nim między piosenkami. Nie jest łatwo spotkać naprawdę szczęśliwych ludzi, prawdziwa to radość, również wzruszenie. Edyta Bartosiewicz zaśpiewała swoje wielkie przeboje. Dzisiaj, po latach przerwy, poszukiwania siebie, po latach smutku, właśnie w momencie powrotu na scene, brzmiały mocniej, dotkliwiej. „To jest mój sen/ ten sen przeraża mnie/ w pokoju bez ścian zamykam się/ nie ma nic nie ma mnie niby bezpiecznie/ ale wcale nie jest dobrze w moim śnie”.  Już jest dobrze. Już jest bardzo dobrze. Wspaniale zabrzmiał też „Blues for you”, dla mnie właściwie odkrycie. Patrzyłem na Bartosiewicz i myślałem o Eli Czerwińskiej, o tym, jakim szczęściem emanuje od momentu, w którym postanowiła odmienić swoje życie i po latach nieobecności wrócić na scenę. Miałyby sobie pewnie dużo do powiedzenie. I może sobie jeszcze to wszystko kiedyś opowiedzą.

Wczoraj, po miesiącach oczekiwania, premiera kinowa filmu Magdaleny Łazarkiewicz „Maraton tańca” według scenariusza, jaki napisała wspólnie z Maciejem Kowalewskim. O filmie, który wczoraj widziałem już po raz trzeci, pisałem tutaj obszernie, łatwo odnaleźć. Przejmuje mnie uczciwość tego kina, jego bezpretensjonalność, brak tezy, co rzadkie u naszych twórców i to upominanie się o ludzi, którzy nie ze swojej winy znaleźli się na marginesie życia, ludzi z duszy uczciwych, nawet jeśli życiowe okoliczności spowodowały ich cwaniactwo, kazały oszukiwać. Ale dusza pozostała jasna. Jestem fanem tego filmu, nad którym unoszą się dwie piękne dusze Anny Iwaszkiewicz (producentki) i Piotra Łazarkiewicza, którzy tutaj tego filmu już nie doczekali. Zresztą to im jest dedykowany. Ma dla mnie ogromne znaczenie. Będę sobie do tego filmu czasem wracał i w nim pomieszkiwał. Ten film wzrusza mnie też z innego powodu. Piękną rolę zagrała w nim Bogusława Schubert, wspaniała aktorka, którą za dyrekcji Macieja, zaprosiliśmy do współpracy z Teatrem Na Woli. Wczoraj dużo o niej myślałem, bo Bogusia, będąc w najlepszym zawodowym momencie, rzuciła zawód, pożegnała się z teatrem i kinem, nie chce do niego wracać. Chce sobie żyć życie i chociaż trudno to zrozumieć, szanuję tę decyzję. Miło było się więc z Bogusią spotkać wczoraj chociaż tak, patrząc na nią na ekranie. 

Magda Łazarkiewicz też wraca po latach przerwy. Była wczoraj szczęśliwa.

Poza tym wśród gości wspaniała pani Danuta Szaflarska. Przypomniałem sobie, jak będąc świeżo upieczonym studentem dziennikarstwa zaczepiłem panią Danutę na Starym Mieście. Miałem przy sobie kalendarz, w którym napisała mi dedykację. Mam go do dzisiaj. Kocham ludzi, którzy zawsze są dziećmi, a pani Danuta Szaflarska nic ze swojego dziecięctwa nie straciła. Pozostała młodzieńcza, uśmiechnięta, ciekawa życia i świata, twórcza i rozwijająca się, pracowita i poszukująca, jako aktorka na wskroś nowoczesna. Cieszę się, że miałem okazję wielokrotnie oglądać panią Danutę na scenie, w ostatnich latach na przykład w „Uroczystości” i w „Między nami dobrze jest” w TR Warszawa, w „Waszej Ekscelencji” w Teatrze Współczesnym, w wybitnym kameralnym spektaklu „Żar” według Sandora Maraia (ze Zbigniewem Zapasiewiczem i Ignacym Gogolewskim).

Dzisiaj jest Dzień Dziecka, myślę więc o księdzu Janie Twardowskim, którego miałem przyjemność i zaszczyt znać, którego często odwiedzałem w drewnianym domu u sióstr Wizytek, którego spotkania autorskie zdarzało mi się prowadzić, wreszcie który podarował mi wstęp do mojego drugiego tomiku wierszy „Drzewa wierzą naprawdę”. Myślę o szczęściu. O tym, jak wiele osób odczuwa jego brak. I o tym, jak ksiądz mówił swoim spokojnym głosem: „Jeśli nie wiesz dokąd iść, sama cię droga zaprowadzi”. Ksiądz Jan mógł urodzić się tylko w Dniu Dziecka.

A w szufladzie w biurku mam zdjęcie księdza, portret, jaki umieściłem w książce „Rozum spokorniał. Rozmowy z twórcami kultury” (zresztą tytuł tej książki też ksiądz Jan mi podarował).

Ks. Jan Twardowski

JESZCZE

Jeszcze się trzymasz własnego szczęścia za włosy

odkładasz sobie w byle garnuszku

piszesz pamiętnik to znaczy stawiasz sobie pomnik

dlatego powietrze karmi cię skąpo

nie prowadzą niewidzialne ręce

to co wielkie nie przychodzi mimo woli

ból daremny – bo nie umierasz

nie umiesz oddać siebie

jakże masz dostać wszystko

(z tomu „Jak tęcza co sobą nie zajmuje miejsca”, PIW, Warszawa 1997)