Piosenka o końcu świata

Ela jako Evelyn Coach, foto Adam Kozak/Agencja Gazeta

Owszem, miałem przez te dwa lata pracy nad monodramem „Smażone zielone pomidory” różne wątpliwości, bałem się, że nie zdołamy skończyć spektaklu, że nie znajdziemy teatru, który pozwoli nam go dokończyć na scenie, w przestrzeni, ze światłem i dźwiękiem, że nie wyjdziemy poza strych, na którym Ela raz po raz mówiła tekst i gdzie go nieustannie zmienialiśmy, robiliśmy skróty, adaptacja powstawała właściwie do końca. Nie było łatwe zmieszczenie tej gęstej powieści w siedemdziesięciominutowym spektaklu tak, by nie uronić nic z tego, co powoduje jej siłę, aby nie zgubić opowieści o jej bohaterach, relacji między postaciami.

Dzisiaj ulga, bo wczorajszy premierowy spektakl w Teatrze Stara ProchOffnia, mamy poczucie, skupił uwagę widzów. Publiczność współtworzyła spektakl, swoimi rekacjami dialogowała z Elą, bawiła się i wzruszała. Reakcja publiczności piękna, miałem wrażenie, że każdy trafiał na jakiś swój fragment, czy moment. Z kolejnymi scenami było coraz cieplej i coraz bliżej od Eli do publiczności i od publiczności do Eli. Czułem, że widzowie ją pokochali i dla mnie, który ten tekst słyszał przecież setki razy, który ten tekst zna na pamięć, to było naprawdę wzruszające. Ktoś powiedział, że Ela była smakowita. Mam nadzieję, że życie tego spektaklu będzie długie i da i Eli i publiczności radość i satysfakcję. Bo to spektakl z jej perspektywy odważny, w którym zdecydowała się odsłonić przed publicznością, opowiedzieć o sobie, o swoim zawodzie i o trudnym powrocie na scenę.

Pamiętam, mieliśmy dużą trudność w konstruowaniu obu postaci, Evelyn Coach i Pani Threadgoode, żeby nie naśladować ról stworzonych w filmie. W spektaklu obie są zupełnie inne niż w filmie, a jednak, mam poczucie, to ten sam duch, który w swojej powieści zapisała Fannie Flagg. Bo to w gruncie rzeczy opowieść o jednym życiu (na które składają się losy bohaterek), w którym na to, co wydarzyło się dobrego i złego, patrzy się jako na konieczność, w gruncie rzeczy jak na dobre wspomnienie, bo to, co złe też miało swój smak – sól do pomidorów wydobywa z nich znacznie więcej.

Więc ten spektakl, te role urodziły się. Wczoraj otrzymała je publiczność. Jestem ciekawy dalszego ich życia.

Dobro zawsze zostanie. Przedwczoraj nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za najlepszy reportaż literacki otrzymała Swietłana Aleksijewicz, autorka ważnej i mocnej książki „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” (oczywiście Wydawnictwo Czarne). – Nagrodę otrzymał również tłumacz książki, Jerzy Czech.

Autorka jest Białorusinką mieszkającą na Zachodzie. Przed laty razem z wielkim autorem białoruskim Wasilem Bykowem, protestując przeciwko reżimowi Łukaszenki, wyjechała na Zachód. Bykow nie żyje. Reżim wciąż trzyma się mocno. Swietłana Aleksijewicz nie może mieszkać w ojczyźnie. Obsesyjnie opisuje to, co sama nazywa czerwoną utopią. Odbierając nagrodę powiedziała, że przemierzyła były Związek Radziecki wzdłuż i wszerz, i czerwony człowiek wciąż ma się dobrze. Mówiła, że każda kolejna jej książka jest straszniejsza od poprzedniej. Mówi, że straszne jest czytać jej książki i straszne ich nie czytać. Cytowała jedną z bohaterek „Wojny…”: To były okropne czasy, ale rodziły się piękne dzieci.

Dobro ocaleje, chociaż jak mówi Aleksijewicz „Człowiek jest przywiązany do historii jak pies łańcuchowy do budy”. To jedno z najmocniejszych zdań, jakie słyszałem.

Po wręczeniu nagród zaśpiewała Aga Zaryan, a piszę o tym w kontekście Czesława Miłosza, o którym dopiero co pisałem. Otóż Zaryan skończyła właśnie nagrywać płytę (a właściwie dwie płyty, bo polską i angielską) dedykowaną Miłoszowi. Powiem, że jej wykonanie „Piosenki o końcu świata” Miłosza, wstrząsające. Dobrze znam ten wiersz, a znów mnie uderzył. I dlatego już dzisiaj tę płytę polecam i dlatego dzisiaj wracam do wiersza Miłosza.

Czesław Miłosz

Piosenka o końcu świata

 

W dzień końca świata

Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,

Rybak naprawia błyszczącą sieć.

Skaczą w morze wesołe delfiny,

Młode wróble czepiają się rynny

I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata

Kobiety idą polem pod parasolkami,

Pijak zasypia na brzegu trawnika,

Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa

I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,

Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa

I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,

Są zawiedzeni.

A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,

Nie wierzą, że staje się już.

Dopóki słońce i księżyc są w górze,

Dopóki trzmiel nawiedza różę,

Dopóki dzieci różowe się rodzą,

Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,

Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,

Powiada przewiązując pomidory:

Innego końca świata nie będzie,

Innego końca świata nie będzie.

 

Warszawa, 1943